O odwadze bycia sobą

Zawsze uważałam się za osobę dość odważną i mało podatną na wpływy otoczenia. Od dziecka byłam „inna”. Odporna na modę, głupie pomysły rówieśników, bezsensowne wymagania ze strony nauczycieli i rodziców. W szkole uczyłam się tylko tego, czego chciałam się uczyć i co sama uznawałam za interesujące, wartościowe i mogące się przydać w życiu. Całą resztę traktowałam jak zło konieczne, zbędny balast niepotrzebnie obciążający już i tak „zapchany” wszelką wiedzą nadwydajny mózg.

Zawsze żyłam „pod prąd”. Na tyle wyraźnie, że dawało mi to pewne poczucie wolności. Ale z drugiej strony na tyle rozsądnie, że nie pakowałam się w kłopoty idąc w zaparte. Zawsze wiedziałam kiedy odpuścić, gdy robiło się gorąco.

Całe życie szukałam balansu między tym, kim naprawdę jestem, a kim muszę być, aby społeczeństwo ogólne pojęte mnie akceptowało. By móc jakoś wtopić się w tłum, moje „dziwactwa” musiały być do przyjęcia. Musiałam mieścić się w granicach szeroko pojętej normy.

Zawsze ubierałam się w to, co ciepłe i wygodne, a nie w to, co ładne i modne. Tylko raz w życiu założyłam buty na szpilkach, a potem od razu wyrzuciłam je do kosza. To samo zrobiłam z pierwszym biustonoszem, który podarowała mi moja ciocia. Nie cierpię biustonoszy. Nigdy ich nie nosiłam i już raczej nie zacznę.

Jest mi kompletnie wszystko jedno w co jestem ubrana. Potrafię się czuć dobrze we wszystkim. Mogę chodzić nawet w worku na kartofle, pod warunkiem, że mi będzie w nim wygodnie.

Nie czuję dyskomfortu (i nigdy nie czułam), że jestem gorzej ubrana niż inne dziewczynki (czy w dorosłym już życiu) kobiety. Mam to w nosie, co inni ludzie o mnie myślą. Jestem (i zawsze byłam) totalnie odporna na krytykę, wyzwiska, złośliwe docinki, wyśmiewanie, zawstydzanie, itp. I zawsze się zastanawiałam skąd u mnie, takiej nadwrażliwej osoby, taka totalna obojętność na to co myślą i mówią o mnie inni? Bez wątpienia już się z tym urodziłam, bo pamiętam to nawet ze szkoły czy z własnego, przydomowego podwórka.

Mam więcej książek niż ubrań. Całe półki. Zwłaszcza tych, z nutami. Nie chodzę do fryzjera (od zawsze noszę prosto obcięte, półdługie włosy, które dla wygody zaplatam w warkocz. Nie farbuję włosów. Nie mam lakieru do paznokci ani kosmetyków do robienia makijażu. Nie czuję takiej potrzeby, aby się sztucznie upiększać. Staram się dbać o higienę, aby zawsze być czystą, wyglądać świeżo i neutralnie pachnieć. I tyle. Tak więc nie przypominam typowej kobiety. Zresztą… nie jestem jakoś bardzo przywiązana do swojej płci. Jest mi ona raczej obojętna.

Często słyszałam od innych kobiet, że pewnego dnia to się zmieni. Gdy młodość zacznie przemijać, to wtedy zacznę się malować, chodzić do fryzjera itp. Za parę dni kończę 47 lat. I nic. Wciąż lubię swój naturalny wygląd. I nie czuję potrzeby, aby cokolwiek w nim zmieniać. Tak naprawdę jest mi zupełnie obojętne jak wyglądam. I tak… to jest wolność. Gdy nie czuję się emocjonalnie uzależniona od opinii innych ludzi na mój temat.

Jeśli próbuję trzymać się jakichś standardów, kanonów, to kryje się za tym tylko (i aż!) zdrowy rozsądek. Zrobię dla ludzi więcej, jeśli będą mnie postrzegać jako osobę neutralną ( w swoich poglądach, zachowaniu, sposobie bycia, sposobie ubierania się). Trudno zaufać osobie, która zbyt mocno odbiega od przyjętych norm. Ludzie boją się inności. Od wszelkiej maści „dziwolągów” wolą się trzymać z daleka. Albo… spalić to coś na stosie. Kiedyś płonęły stosy podsycane drewnem. Teraz wymyślono hejt w internecie. Jedna cholera.

Balans. Równowaga między tym, kim naprawdę jestem, a tym, czego wymaga bycie i współistnienie międzygatunkowe na planecie zwanej Ziemią. To tak z grubsza, jeśli chodzi o sprawy powierzchowności.

Moje zachowanie i postępowanie w sytuacjach tak zwanych trudnych, kryzysowych, wymagających odwagi, determinacji i pomysłowości, to już zupełnie inna bajka. Tu moje odstawanie od normy jest już zdecydowanie bardziej widoczne. Tu pozwalam sobie na więcej. Jestem bardziej sobą. Choć nawet i tu czasem muszę się hamować, bo gdy przesadzę, ludzie często rozumieją moje zachowania opatrznie. Nie mieści im się w głowie na przykład, że można być aż do tego stopnia bezinteresownym. Zaraz zaczynają się dopatrywać jakiegoś ukrytego motywu (np. ona to robi, bo na pewno czegoś ode mnie chce, tylko jeszcze boi się powiedzieć). Ale ten problem dotyczy na szczęście tylko dorosłych. A ja nie dla nich tu przyszłam.

Mam fantastyczną pracę, która pozwala mi się wspaniale realizować. Stały kontakt z dziećmi daje możliwość wpływania na ich rozwój. Mam wiele cudownych doświadczeń w pracy z młodzieżą. Obserwowanie, jak dzieci pod wpływem rozmów ze mną się zmieniają, nabierają pewności siebie, wzrasta ich poczucie własnej wartości, jak odblokowują się w nich z dawna skrywane emocje, odnajdują w sobie odwagę, aby np. postawić się toksycznemu rodzicowi. Jestem przy nich i wspieram je całym sercem, gdy powoli uczą się wytrwałości, dokładności, cierpliwości, samodzielności, asertywności, odpowiedzialności. Patrzę, jak przy moim wsparciu wygrywają kolejne małe-wielkie bitwy swego młodego życia, i wtedy czuję, że moje istnienie tutaj ma sens. Ktoś musi im przecież to wszystko pokazać, że można inaczej. Normalnie.

Tak bardzo tęsknię za taką NORMALNĄ normalnością.

To, co widzę tu, na Ziemi, to z reguły patologia. W każdym razie ja tak to odbieram. Z zaznaczeniem, że patologia powszechnie występująca nie staje się normą i nigdy nie powinna być rozumiana jako normalność. Jest jedynie powszechnie występującą patologią.

Każdy, najmniejszy nawet kroczek, aby to zmienić, to wielki sukces. Staram się więc robić jak najwięcej małych kroczków.

Dobroć nie jest postrzegana w obecnym świecie jako walor, a raczej jako słabość i naiwniactwo. W rzeczywistości, która mnie otacza, trzeba mieć cholerną odwagę, by być dobrym (w pełnym znaczeniu tego słowa).

Gdyby złota rybka podarowała mi jedno i tylko jedno życzenie na moje 47 urodziny, poprosiłabym ją o odwagę. Abym miała jej jeszcze więcej. I aby mi jej nigdy nie zabrakło.

7 myśli na temat “O odwadze bycia sobą”

  1. Jesteśmy w takim razie z tego samego rocznika 🙂 Cieszę się, że jest jeszcze ktoś, kto nie znosi staników i nie maluje się. Nie znam się na tym kompletnie. Do płci podchodzę bardzo podobnie, co ciekawe. Szpilek nosić nie umiem. Nie miałam, nie mam i mieć pewnie nie będę. Elegancja? O zgrozo to glany. Nie każdy umie zaakceptować taką formę elegancji, ale trudno. Mam jedne od lat już może 18. No, długie spódnice lubię. Luźne i wygodne. Tak, wygoda przede wszystkim.
    Życzę Ci tej odwagi już dziś, w takim razie. Wszystkiego dobrego.

    Polubienie

    1. Ten sam rocznik? Naprawdę? No to mamy ze sobą jeszcze więcej wspólnego na to wychodzi 🙂
      Jesteś jedyną kobietą, jaką poznałam, która nie nosi stanika. No to już jesteśmy dwie 🙂
      Anita, chciałam skomentować kilka wpisów na twoim blogu, ale tam nie ma takiej opcji. Masz zapewne wyłączone komentowanie w ustawieniach bloga. Spróbuj to włączyć, to będę mogła odnosić się do tego, co piszesz. Nie ma też możliwości zalajkowania postów. Sprawdź to proszę i włącz, jeśli ci się uda.

      ps. A za życzenia bardzo dziękuję. Będę świętować za kilka dni, 26-go.

      Polubienie

      1. Dawno temu wyłączyłam komentarze i polubienia. Jest to celowe działanie. Na stronie głównej jest podany mail. Nie jestem pewna czy chce wracać do komentarzy. Pomyślę o tym.

        Polubienie

      2. Pomyśl proszę. Wiadomo, że ludzie zdarzają się różni, ale przecież każdy głupi i niegrzeczny komentarz możesz wykasować. Poza tym, to działa tak, że jeśli pozytywnych, mądrych komentarzy jest więcej, to to odstrasza żartownisiów i zwykle w takim miejscu boją się zostawiać swoje popłuczyny.
        Jeszcze inna sprawa jest taka, że na takich blogach, jak twój czy mój raczej tłoku nie będzie 😉
        A mnie będzie się łatwiej odnosić do tego, co napisałaś pod poszczególnymi postami.
        Ale jeśli z jakiegoś powodu nie zmienisz zdania, oczywiście uszanuję twoją decyzję i będę pisać na maila.
        Przytulam!

        Polubienie

      3. Przeczytałam i zrozumiałam. Niech zatem zostanie tak, jak jest. To twoja świadoma decyzja i w pełni dla mnie zrozumiała. Jeśli będziesz miała ochotę „poplotkować”, to zapraszam do „mojego ogródka”. Zawsze miło mi czytać twoje komentarze. Ale jeszcze milsza jest dla mnie świadomość, że gdzieś tam jesteś. Daleko, ale co tam. To przecież nie ma znaczenia.

        Polubienie

      4. To było wtedy. Teraz, jak wiesz, mam rok wychodzenia. Czas przemian gruntownych. Może tego również to dotyczy i czas wyjść… Niech będzie więc… Zapraszam w takim razie.

        Polubienie

Dodaj odpowiedź do Anita Anuluj pisanie odpowiedzi