Był 2002 rok. Kwiecień. W niewielkim schronisku w górach udało nam się zorganizować spotkanie dla niewielkiej grupy osób. Cel tego spotkania można by określić jako „doświadczanie innych stanów świadomości”. Zaplanowaliśmy na ten czas sesję regresji hipnotycznej, świadome przechodzenie przez proces śmierci, taniec transowy, saunę indiańską (sweat lodge), spotkanie ze swoim duchem opiekuńczym i wiele innych zadań.
Spotkanie to prowadził mój znajomy szaman, człowiek kompetentny i doświadczony. Wiedziałam, że planuje na zakończenie chodzenie po rozżarzonych węglach. Ale ponieważ uczestnictwo w poszczególnych sesjach było całkowicie dobrowolne, mogłam w tym uczestniczyć, albo nie. Nikt mnie nie namawiał ani tym bardziej do niczego nie zmuszał. I o ile z początku nie negowałam tego jakoś bardzo, zastanawiałam się, rozważałam możliwość, a może by jednak? To bardzo szybko zmieniałam zdanie, gdy zobaczyłam jak to na żywo wygląda.
Ognisko paliło się przez dwa dni non stop. Podczas gdy my doświadczaliśmy dziwów w specjalnie przygotowanej do tego sali, poproszone przez nas osoby ciągle dorzucały drewno do ogniska. Żeby przygotować ścieżkę po której można przejść, trzeba spalić coś koło tony drewna.
Potraficie sobie wyobrazić, jak takie ognicho wygląda? Jest przeogromne!!!
Gdy to zobaczyłam, zwątpiłam od razu. Powiedziałam sobie: „O nie, moja droga! Żadnych takich hec! Masz wystarczająco dużo problemów, żeby jeszcze wylądować w szpitalu z poparzonymi nogami.” I oznajmiłam wszystkim, że ja w tym zbiorowym samobójstwie uczestniczyć nie zamierzam. Usadowiłam się wygodnie gdzieś z boku i cichutko siedząc obserwowałam rozwój dalszych wydarzeń.
Żeby można było chodzić po rozżarzonych węglach, trzeba najpierw rozgrabić ognisko i przygotować kilkumetrowej długości ścieżkę. I tu pojawił się pewien problem, bo żar od ogniska bił taki, że nie można było do niego podejść na odległość półtora metra (żarzące się węgle mają coś koło 600 – 800 stopni Celsjusza).
Trzeba było przywiązać grabie do ponad dwumetrowej długości kija i wtedy pomalutku prace zaczęły się posuwać na przód. Żarzące się węgle rozgrabiono. W końcu ścieżka była gotowa. Miała może ze cztery metry długości i około 70 cm szerokości. Ponoć powinna być dłuższa i szersza, ale nie mieliśmy więcej drewna do spalenia. Jak się wkrótce okazało, te cztery metry w zupełności wystarczyły, aby na zawsze odmienić życie wielu osób.
Moje pierwsze wrażenie gdy zobaczyłam ścieżkę?
Dziwne uczucie niepokoju. Czułam, że za chwile wydarzy się coś niezwykłego. Cokolwiek to będzie, będzie niezwykłe. Stałam z boku ścieżki. Wtedy powiał wiatr i dmuchnął na ścieżkę. Lekko przestygłe (jak mi się wydawało) węgielki nagle rozbłysły jaskrawo-pomarańczowym światłem. W niektórych miejscach zapłonęły żywe języczki ognia. Wyglądało to upiornie, niczym droga do piekła – tak samo fascynujące co przerażające.
Najpierw oczywiście nasz prowadzący poinstruował nas co mamy robić i jak się zachowywać. Powiedział też czego nie robić, by nie zrobić sobie krzywdy (choćby to, że nogawki spodni muszą być podwinięte co najmniej do kolan, aby się nie zapaliły). A potem stanął przed ścieżką skoncentrowany i tak niezwykle pewny siebie, jakby zamierzał przejść po zwykłej desce rozłożonej nad strumykiem.
Przeszedł. Zaraz potem pokazał nam swoje stopy, na których nie było widać nawet śladu poparzeń. Zatkało mnie kompletnie. Paniczny strach, który czułam, zniknął nagle ustępując miejsca ciekawości. A może jednak się odważę? – po raz pierwszy zakołatała mi w głowie ta myśl.
Kolejne osoby z grupy wchodziły na ścieżkę i bezpiecznie przechodziły na drugą stronę. Wszyscy dokładnie oglądali swoje stopy. Nikt się nie poparzył. Za to niektórzy skarżyli się na to, że przez ten żar stopiły im się włosy na łydkach. Atmosfera stawała się coraz bardziej podniosła i niezwykła. Każda kolejna osoba, której udało się przejść, wybuchała tak wielką radością, że można by ten stan z powodzeniem określić euforią.
Wtedy ja też podjęłam decyzję, że ja też chcę przejść.
Dlaczego zmieniłam zdanie? Co mnie do tego skłoniło? Zadałam sobie pytanie – „Skoro oni przeszli i nic im się nie stało, to dlaczego ja mam tego nie zrobić? W czym jestem od nich gorsza? Skoro inni mogą, to dlaczego nie ja?” Kropką nad „i” była moja przyjaciółka, od wielu lat chorująca na stwardnienie rozsiane. W czasie tego spotkania nie czuła się najlepiej, bardzo słabo chodziła. Ale uparła się, że chce przejść i przeszła. Była pierwszą kobietą z grupy, która się odważyła. Drugą byłam ja.
Co czuje człowiek, gdy stoi przed ścieżką z żarzących się węgli? Przede wszystkim – gorąco. Buchający w jego stronę żar. Ledwie dało się wystać w odległości pół metra. Ale i tak zimny pot płynął mi stróżką po plecach. Ze strachu oczywiście. Potwornie się bałam. Stałam w kałuży wody totalnie przerażona. Miałam ochotę stamtąd uciec. Próbowałam słuchać, co prowadzący do mnie mówi i opanować emocje. Starałam się skupić na sobie, wyciszyć umysł. A potem jeszcze parę głębokich wdechów, wejście wgłąb własnego umysłu, koncentracja.
I wtedy miało miejsce najdziwniejsze 15 sekund mojego życia. W mojej głowie nagle odezwał się głos. Mój własny głos. A raczej dwa głosy, które zaczęły ze sobą prowadzić przedziwny dialog.
– Zrobisz to.
– Nie, nic z tego, nie dam rady!
-Dasz radę.
– Nie dam rady. Przecież tu potrzeba cudu!
– No więc ten cud się wydarzy i to będzie twój cud. Twój i tylko twój. Ty sama go dokonasz. A potem już zawsze będziesz czuła, że nie ma dla ciebie rzeczy niemożliwych.
– Dobrze, zrobię to, zrobię! Uda mi się!
Nagle poczułam spokój. Wszechogarniający mnie spokój. Spokój totalny i absolutny. Nigdy wcześniej ani nigdy potem już czegoś takiego nie czułam. I pewność, że mogę to zrobić. I że mi się uda. To było coś absolutnie niezwykłego!
Wkoło rozlegał się rytmiczny głos bębna. I wtedy właśnie usłyszałam cichy głos prowadzącego: „Idziesz!”
Dotknął delikatnie moich pleców, dając mi tym samym sygnał, że już czas. W jakiś przedziwny sposób wyczuł, że jestem gotowa, by to zrobić. Zupełnie, jakby słyszał tę całą rozmowę, która miała miejsce w mojej głowie.
Pierwszy krok…
Czas się zatrzymał, dźwięki przestały dźwięczeć, wszelki ruch wokół zamarł.
A ja szłam. Nie czułam nawet gorąca. Nie czułam niczego. Byłam maksymalnie skoncentrowana na sobie i na tym, by po prostu iść. I nie bałam się już. Wiedziałam, że nic mi się nie stanie. Po prostu wiedziałam! Czułam to! I ta pewność była we mnie tak potężna, że w tym stanie mogłabym zrobić chyba wszystko.
Żaden, ale to absolutnie żaden człowiek nie wejdzie na ścieżkę z żarzących się węgli, jeśli nie wytworzy w swoim umyśle tego stanu absolutnej pewności. Pewności, że nic złego mu się nie stanie. Gdyby tej pewności nie wytworzył, po prostu nie zrobiłby tego pierwszego kroku. Natura tak nas zaprogramowała, że odruchowo unikamy gorąca. To się nazywa „odruch bezwarunkowy”. Mamy w genach zaprogramowane, by uciekać przed ogniem. I wydawałoby się, że z poziomu świadomości nie mamy na to żadnego wpływu. Ale, jak się przekonałam na własnej skórze, mamy na to wpływ! Mamy wpływ na wszystko! Umysł człowieka jest POTĘŻNY !!!
Nauka, w tym konkretnym przypadku fizyka, wyjaśnia wiele. Jeśli ścieżka nie jest zbyt długa, a kroki stawia się szybko, ryzyko poparzenia jest bardzo niewielkie ze względu na niskie przewodnictwo węgla. Tylko że ja tego wtedy nie wiedziałam. A nawet, gdybym wiedziała, niczego by to pewnie nie zmieniło, bo teoria teorią, a praktyka to zupełnie co innego. Zresztą nie miało to znaczenia czy ścieżka miałaby dwa, trzy czy pięć metrów. Gdy próbujesz wejść bosymi stopami do świeżo rozgrabionego ogniska, znaczenie ma sam fakt, że się na to decydujesz i że jesteś w stanie uwierzyć, że możesz, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Tu chodzi o pokonanie własnych lęków i ograniczeń. O udowodnienie sobie, że przy odpowiedniej motywacji wszystko jest możliwe.
To doświadczenie dało mi bardzo wiele. Miałam generalnie trudne życie, ale gdy tylko przychodziło zwątpienie, kryzys, zawsze przypominał mi się ten moment, gdy robiłam pierwszy krok. I to uczucie euforii, gdy zwycięsko schodziłam ze ścieżki z żarzących się węgli. Wracała mi odwaga, nadzieja, wiara w siebie. I zawsze wtedy mówiłam sobie: „Po ogniu chodziłaś, a z tym sobie nie poradzisz?” Od tej pory wiedziałam, że poradzę sobie ze wszystkim. Już zawsze.
Wiara we własne siły to niezwykle przydatne narzędzie. To piękny dar, na który zapracowałam swoją własną determinacją i odwagą. Bardzo pomaga żyć. I to doświadczenie taką wiarę we własne siły mi dało. Wszystkim gorąco polecam. Piękna przygoda, a wspomnienia i doświadczenia z tamtego czasu – bezcenne!
