Firewalking – czyli chodzenie po rozżarzonych węglach

Był 2002 rok. Kwiecień. W niewielkim schronisku w górach udało nam się zorganizować spotkanie dla niewielkiej grupy osób. Cel tego spotkania można by określić jako „doświadczanie innych stanów świadomości”. Zaplanowaliśmy na ten czas sesję regresji hipnotycznej, świadome przechodzenie przez proces śmierci, taniec transowy, saunę indiańską (sweat lodge), spotkanie ze swoim duchem opiekuńczym i wiele innych zadań.

Spotkanie to prowadził mój znajomy szaman, człowiek kompetentny i doświadczony. Wiedziałam, że planuje na zakończenie chodzenie po rozżarzonych węglach. Ale ponieważ uczestnictwo w poszczególnych sesjach było całkowicie dobrowolne, mogłam w tym uczestniczyć, albo nie. Nikt mnie nie namawiał ani tym bardziej do niczego nie zmuszał. I o ile z początku nie negowałam tego jakoś bardzo, zastanawiałam się, rozważałam możliwość, a może by jednak? To bardzo szybko zmieniałam zdanie, gdy zobaczyłam jak to na żywo wygląda.

Ognisko paliło się przez dwa dni non stop. Podczas gdy my doświadczaliśmy dziwów w specjalnie przygotowanej do tego sali, poproszone przez nas osoby ciągle dorzucały drewno do ogniska. Żeby przygotować ścieżkę po której można przejść, trzeba spalić coś koło tony drewna.

Potraficie sobie wyobrazić, jak takie ognicho wygląda? Jest przeogromne!!!

Gdy to zobaczyłam, zwątpiłam od razu. Powiedziałam sobie: „O nie, moja droga! Żadnych takich hec! Masz wystarczająco dużo problemów, żeby jeszcze wylądować w szpitalu z poparzonymi nogami.” I oznajmiłam wszystkim, że ja w tym zbiorowym samobójstwie uczestniczyć nie zamierzam. Usadowiłam się wygodnie gdzieś z boku i cichutko siedząc obserwowałam rozwój dalszych wydarzeń.

Żeby można było chodzić po rozżarzonych węglach, trzeba najpierw rozgrabić ognisko i przygotować kilkumetrowej długości ścieżkę. I tu pojawił się pewien problem, bo żar od ogniska bił taki, że nie można było do niego podejść na odległość półtora metra (żarzące się węgle mają coś koło 600 – 800 stopni Celsjusza).

Trzeba było przywiązać grabie do ponad dwumetrowej długości kija i wtedy pomalutku prace zaczęły się posuwać na przód. Żarzące się węgle rozgrabiono. W końcu ścieżka była gotowa. Miała może ze cztery metry długości i około 70 cm szerokości. Ponoć powinna być dłuższa i szersza, ale nie mieliśmy więcej drewna do spalenia. Jak się wkrótce okazało, te cztery metry w zupełności wystarczyły, aby na zawsze odmienić życie wielu osób.

Moje pierwsze wrażenie gdy zobaczyłam ścieżkę?

Dziwne uczucie niepokoju. Czułam, że za chwile wydarzy się coś niezwykłego. Cokolwiek to będzie, będzie niezwykłe. Stałam z boku ścieżki. Wtedy powiał wiatr i dmuchnął na ścieżkę. Lekko przestygłe (jak mi się wydawało) węgielki nagle rozbłysły jaskrawo-pomarańczowym światłem. W niektórych miejscach zapłonęły żywe języczki ognia. Wyglądało to upiornie, niczym droga do piekła – tak samo fascynujące co przerażające.

Najpierw oczywiście nasz prowadzący poinstruował nas co mamy robić i jak się zachowywać. Powiedział też czego nie robić, by nie zrobić sobie krzywdy (choćby to, że nogawki spodni muszą być podwinięte co najmniej do kolan, aby się nie zapaliły). A potem stanął przed ścieżką skoncentrowany i tak niezwykle pewny siebie, jakby zamierzał przejść po zwykłej desce rozłożonej nad strumykiem.

Przeszedł. Zaraz potem pokazał nam swoje stopy, na których nie było widać nawet śladu poparzeń. Zatkało mnie kompletnie. Paniczny strach, który czułam, zniknął nagle ustępując miejsca ciekawości. A może jednak się odważę? – po raz pierwszy zakołatała mi w głowie ta myśl.

Kolejne osoby z grupy wchodziły na ścieżkę i bezpiecznie przechodziły na drugą stronę. Wszyscy dokładnie oglądali swoje stopy. Nikt się nie poparzył. Za to niektórzy skarżyli się na to, że przez ten żar stopiły im się włosy na łydkach. Atmosfera stawała się coraz bardziej podniosła i niezwykła. Każda kolejna osoba, której udało się przejść, wybuchała tak wielką radością, że można by ten stan z powodzeniem określić euforią.

Wtedy ja też podjęłam decyzję, że ja też chcę przejść.

Dlaczego zmieniłam zdanie? Co mnie do tego skłoniło? Zadałam sobie pytanie – „Skoro oni przeszli i nic im się nie stało, to dlaczego ja mam tego nie zrobić? W czym jestem od nich gorsza? Skoro inni mogą, to dlaczego nie ja?” Kropką nad „i” była moja przyjaciółka, od wielu lat chorująca na stwardnienie rozsiane. W czasie tego spotkania nie czuła się najlepiej, bardzo słabo chodziła. Ale uparła się, że chce przejść i przeszła. Była pierwszą kobietą z grupy, która się odważyła. Drugą byłam ja.

Co czuje człowiek, gdy stoi przed ścieżką z żarzących się węgli? Przede wszystkim – gorąco. Buchający w jego stronę żar. Ledwie dało się wystać w odległości pół metra. Ale i tak zimny pot płynął mi stróżką po plecach. Ze strachu oczywiście. Potwornie się bałam. Stałam w kałuży wody totalnie przerażona. Miałam ochotę stamtąd uciec. Próbowałam słuchać, co prowadzący do mnie mówi i opanować emocje. Starałam się skupić na sobie, wyciszyć umysł. A potem jeszcze parę głębokich wdechów, wejście wgłąb własnego umysłu, koncentracja.

I wtedy miało miejsce najdziwniejsze 15 sekund mojego życia. W mojej głowie nagle odezwał się głos. Mój własny głos. A raczej dwa głosy, które zaczęły ze sobą prowadzić przedziwny dialog.

– Zrobisz to.

– Nie, nic z tego, nie dam rady!

-Dasz radę.

– Nie dam rady. Przecież tu potrzeba cudu!

– No więc ten cud się wydarzy i to będzie twój cud. Twój i tylko twój. Ty sama go dokonasz. A potem już zawsze będziesz czuła, że nie ma dla ciebie rzeczy niemożliwych.

– Dobrze, zrobię to, zrobię! Uda mi się!

Nagle poczułam spokój. Wszechogarniający mnie spokój. Spokój totalny i absolutny. Nigdy wcześniej ani nigdy potem już czegoś takiego nie czułam. I pewność, że mogę to zrobić. I że mi się uda. To było coś absolutnie niezwykłego!

Wkoło rozlegał się rytmiczny głos bębna. I wtedy właśnie usłyszałam cichy głos prowadzącego: „Idziesz!”

Dotknął delikatnie moich pleców, dając mi tym samym sygnał, że już czas. W jakiś przedziwny sposób wyczuł, że jestem gotowa, by to zrobić. Zupełnie, jakby słyszał tę całą rozmowę, która miała miejsce w mojej głowie.

Pierwszy krok…

Czas się zatrzymał, dźwięki przestały dźwięczeć, wszelki ruch wokół zamarł.

A ja szłam. Nie czułam nawet gorąca. Nie czułam niczego. Byłam maksymalnie skoncentrowana na sobie i na tym, by po prostu iść. I nie bałam się już. Wiedziałam, że nic mi się nie stanie. Po prostu wiedziałam! Czułam to! I ta pewność była we mnie tak potężna, że w tym stanie mogłabym zrobić chyba wszystko.

Żaden, ale to absolutnie żaden człowiek nie wejdzie na ścieżkę z żarzących się węgli, jeśli nie wytworzy w swoim umyśle tego stanu absolutnej pewności. Pewności, że nic złego mu się nie stanie. Gdyby tej pewności nie wytworzył, po prostu nie zrobiłby tego pierwszego kroku. Natura tak nas zaprogramowała, że odruchowo unikamy gorąca. To się nazywa „odruch bezwarunkowy”. Mamy w genach zaprogramowane, by uciekać przed ogniem. I wydawałoby się, że z poziomu świadomości nie mamy na to żadnego wpływu. Ale, jak się przekonałam na własnej skórze, mamy na to wpływ! Mamy wpływ na wszystko! Umysł człowieka jest POTĘŻNY !!!

Nauka, w tym konkretnym przypadku fizyka, wyjaśnia wiele. Jeśli ścieżka nie jest zbyt długa, a kroki stawia się szybko, ryzyko poparzenia jest bardzo niewielkie ze względu na niskie przewodnictwo węgla. Tylko że ja tego wtedy nie wiedziałam. A nawet, gdybym wiedziała, niczego by to pewnie nie zmieniło, bo teoria teorią, a praktyka to zupełnie co innego. Zresztą nie miało to znaczenia czy ścieżka miałaby dwa, trzy czy pięć metrów. Gdy próbujesz wejść bosymi stopami do świeżo rozgrabionego ogniska, znaczenie ma sam fakt, że się na to decydujesz i że jesteś w stanie uwierzyć, że możesz, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Tu chodzi o pokonanie własnych lęków i ograniczeń. O udowodnienie sobie, że przy odpowiedniej motywacji wszystko jest możliwe.

To doświadczenie dało mi bardzo wiele. Miałam generalnie trudne życie, ale gdy tylko przychodziło zwątpienie, kryzys, zawsze przypominał mi się ten moment, gdy robiłam pierwszy krok. I to uczucie euforii, gdy zwycięsko schodziłam ze ścieżki z żarzących się węgli. Wracała mi odwaga, nadzieja, wiara w siebie. I zawsze wtedy mówiłam sobie: „Po ogniu chodziłaś, a z tym sobie nie poradzisz?” Od tej pory wiedziałam, że poradzę sobie ze wszystkim. Już zawsze.

Wiara we własne siły to niezwykle przydatne narzędzie. To piękny dar, na który zapracowałam swoją własną determinacją i odwagą. Bardzo pomaga żyć. I to doświadczenie taką wiarę we własne siły mi dało. Wszystkim gorąco polecam. Piękna przygoda, a wspomnienia i doświadczenia z tamtego czasu – bezcenne!

Milczenie jest złotem

Nadwydajny umysł widzi i rozumie więcej. Czasem zbyt dużo. Zbyt dużo, by móc normalnie żyć. Zwłaszcza, gdy wokoło niemal sami „normalni” ludzie.

Już od dawna nie mówię tego, co naprawdę myślę. Bo nie potrafię.

Przychodzi do mnie klient. Zaczyna coś mówić o kościele, o religii. O tym, że córka do komunii idzie niedługo. I żebym jej odpuściła teraz trochę, żebym nie zadawała za dużo, bo przygotowania do komunii są teraz absolutnie najważniejsze. Pianino może poczekać. Oczywiście nie jestem tym zachwycona. Szkoda dziecka. Zwłaszcza, że takie zdolne. Kilka tygodni bez ćwiczenia i będzie regres. Ale cóż… muszę uszanować decyzję klienta. W końcu ma do niej prawo.

I nie ma znaczenia, jak bardzo miałabym mu powiedzieć, że ten Bóg, w którego on tak żarliwie wierzy, nie istnieje. Ten, który straszy piekłem i kusi niebem. Nie ma nieba, ani nie ma piekła. A całe to religijne zamieszanie nie ma najmniejszego sensu. To tylko strata czasu, łamane przez „życie w ciągłym lęku przed grzechem”, łamane przez „życie w ciągłym poczuciu winy”.

Ale oczywiście mu tego nie powiem. Nie mogę mu tego powiedzieć. Nie mam prawa. Najprawdopodobniej przyjdzie i w jego życiu taki czas, gdy w naturalny sposób dojrzeje do zmiany przekonań. Zapewne jeszcze wiele wcieleń musi przeżyć, wiele doświadczyć aby to mogło nastąpić, ale kiedyś na pewno nastąpi. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Wszyscy zmierzamy w tym kierunku.

Dla kogoś takiego, jak ja, kto pamięta swoje poprzednie wcielenia, tkwienie w świecie ludzi głęboko religijnych, jest rzeczą wyjątkowo trudną. Gdybym szczerze i otwarcie mówiła wszystkim co myślę (na przykład o religii) ludzie zaczęliby mnie unikać. Zaczęli by mnie postrzegać jako tę „dziwną” panią, niebezpieczną. Straciłabym pracę. Lepiej, żeby dzieci nie miały ze mną kontaktu. Bo jeszcze „zarażę je” swoimi chorymi poglądami. Zakładam więc grzecznie jedną ze swoich masek i pytam z uśmiechem, czy sukienka już wybrana i ilu zaprosili gości? Dopytuję, czy babcia z dziadkiem przyjadą na komunię wnuczki. Rozmawiam z nimi tak, jakby i dla mnie ten temat był ważny. Wspieram słowem, proponuję pożyczenie sztućców na czas imprezy (gdyby im zabrakło), życzę dużo siły, wytrwałości i pięknej pogody na samą uroczystość. Szczerze i od serca. I naprawdę się cieszę, gdy potem opowiadają, że impreza fantastycznie się udała i wszyscy byli zadowoleni. Nie ma znaczenia, jak bardzo bezsensowne wydaje mi się całe przedsięwzięcie. Ale to przecież nie moje życie. Jakie ja mam prawo kogokolwiek oceniać, albo mówić mu, co jest dla niego dobre, a co nie? Jakie ja mam prawo mówić komuś innemu jak ma żyć?

Wystarczyło mi siedem lat. Tyle miałam, gdy swoim nadwydajnym umysłem połączyłam wszystkie kropki i stwierdziłam, że nie chcę chodzić do kościoła. Że religia to bzdura. Posłuchałam tego, co mówi ksiądz, a potem poobserwowałam, jak się zachowuje, jak żyje. I uznałam, że coś się tu bardzo nie zgadza. Dopiero póżniej, gdy nauczyłam się definicji słowa hipokryzja, zrozumiałam, co wtedy czułam.

Bardzo rzadko mówię to, co naprawdę myślę. A ponieważ nie potrafię kłamać, najczęściej milczę, gdy nie mogę powiedzieć prawdy.

Raz jeden zrobiłam wyjątek. Pewnego dnia zapukali do moich drzwi świadkowie Jehowy. Zaczęli zasypywać mnie swoimi broszurkami i mówić mi, co powinnam robić, żeby trafić po śmierci do ich nieba. Jedna z tych osób była bardzo napastliwa, wręcz agresywna w swoich wypowiedziach. Postanowiłam więc zrobić eksperyment i po prostu powiedziałam im prawdę. Wszystko to, co wiem i co myślę. Że coś takiego, jak śmierć, nie istnieje. Że nie ma Boga takiego, jak oni go postrzegają, w sensie „dziadka na chmurce”, który za dobre wynagradza, a za złe karze. Że dusze wcielają się setki razy w różne ciała, przyjmując na siebie różne role (od oprawców po ofiary), aby móc wszystkiego doświadczyć i uczyć się na swoich błędach. Tylko w ten sposób, powtarzając lekcje, przerabiając nowe tematy, można się doskonalić i wzrastać duchowo, co jest przeznaczeniem każdego z nas.

Opowiedziałam im też o jednym z moich wcieleń na planecie innej, niż Ziemia.

Już nie dyskutowali ze mną. Szybko się ulotnili w milczeniu i od tamtej pory nie zapukali do moich drzwi. Zapewne zostałam wpisana na „czarną listę” tych osób, których absolutnie nie należy już nigdy więcej odwiedzać. W ich oczach jestem pewnie potencjalnie niebezpieczna.

Bardzo bym ciała, ale nie mogę mówić prawdy. Muszę udawać „normalną”, by jako tako normalnie żyć. Może to właśnie dlatego większość ludzi uważa mnie za osobę małomówną. Faktycznie tak jest. Mówię właściwie tylko wtedy, gdy muszę. Staram się też jak mogę nie częstować świata moimi poglądami na rzeczywistość, unikam odpowiedzi na trudne pytania, zgrabnie zmieniam temat na inny, bezpieczniejszy. Gdy mi się czasem coś wymsknie, robi się nagle sztywno i nieprzyjemnie, a atmosfera wokół nagle gęstnieje.

Niezwykle rzadko też jestem napraszana gdziekolwiek. Na wszelkiego rodzaju imprezy się nie nadaję. Alkoholu nie pijam. W zasadzie nie jem też mięsa, co dla wielu osób stanowi niejaki problem, bo musiałyby specjalnie dla mnie przygotowywać osobne dania. Nie bawią mnie też rozmowy o głupotach. Szybko zaczynam się nudzić w towarzystwie podchmielonych śmieszków, którym zaczynają się plątać języki.

Czasem próbuję zacząć jakiś ciekawy dla mnie temat, ale zwykle nie ma odzewu. Rzadko udaje mi się kogoś wciągnąć w bardziej interesującą rozmowę dotyczącą jakiegoś poważniejszego, trudniejszego tematu. Gdy widzę, że nikogo mój temat nie zainteresował, wtedy milknę. Bo i któż by chciał rozmawiać o tym, że sadzimy za mało drzew, że należałoby budować więcej zbiorników retencyjnych, powinniśmy się zastanowić jak inaczej pakować produkty w sklepach, aby ograniczyć ilość plastikowych opakowań, albo że moglibyśmy obsiewać pola uprawne inaczej, zostawiając wąskie pasy nieużytków i na nich siać chwasty i kwiaty nektarodajne, dla trzmieli i pszczół. Każdego roku wysiewam w swoim ogrodzie facelię dla pszczół. Ale kogo to obchodzi?

Nasi grali wczoraj. Wygrali 2:0 (ktoś zmienia nagle temat). I rozmowa toczy się dalej. Jak widać są sprawy ważne i ważniejsze.

Tak, jednak wolę milczeć. Bo czasem po prostu szkoda prawdziwych słów.

Czas zmian

Po raz kolejny życie udowodniło mi, że robienie jakichkolwiek życiowych planów nie ma najmniejsze sensu. A może inaczej. Planować można, ale bez zbytniego przywiązywania się do swoich planów. Bo los (łamane przez przeznaczenie) ma wobec nas swoje własne plany.

Już po raz drugi w ciągu ostatnich kilku lat zmuszeni jesteśmy wyprowadzić się z wynajmowanego domu, bo właściciel postanowił ów sprzedać. Trudno się żyje bez kawałka własnego kąta. Dzisiaj masz miejsce, żeby głowę położyć, a jutro już nie. Ale jakimś cudem pojawiła się szansa, aby kupić własny dom. Właśnie podpisaliśmy umowę. Pod koniec czerwca mamy dostać klucze do własnego domu.

Czuję się dziwnie. Powinnam skakać z radości, bo przecież zawsze marzyłam o własnym domu. I moje marzenie właśnie się spełnia. Tymczasem wpadłam w jakieś dziwne odrętwienie. To wszystko wydaje mi się jakieś takie… mało rzeczywiste.

Myślę, że to dlatego, iż właśnie sobie uświadomiłam, że miejsce, w którym aktualnie mieszkam, było jak dotąd tym najszczęśliwszym, w którym dane mi było żyć w obecnym wcieleniu. Szczęśliwy dom. Duży, ze sporym ogrodem pełnym zwierzaków i własnoręcznie posadzonych drzew i kwiatów. Całe lato spędzane na dworze, grzebanie w ziemi, podlewanie pomidorów, podglądanie, jak wróble podkradają kurom pszenicę z kurnika. Parka zaprzyjaźnionych gołębi, która czeka na mnie co rano, aby pozbierać ziarno, które rozsypuję specjalnie dla nich na trawie. Moje świnki morskie z zaangażowaniem koszące trawnik. Trzmiele oblatujące wierzbę iwę i zbierające pyłek z kwitnących bazi. Sama te wierzby posadziłam. Z myślą o trzmielach właśnie. Jest ich sporo w tej okolicy ku mojej wielkiej radości Bo jeszcze są.

Nie, wcale nie mam ochoty się stąd wyprowadzać. To dobry dom. Czuję się tu bardzo szczęśliwa. A teraz to wszystko trzeba będzie zostawić i iść dalej. Zaczynać od nowa, w innym miejscu.

Czasem sobie myślę, że już mi się nie chce. Zaczynać od nowa. Może to starość? A może za dużo wzięłam sobie na łeb w tym wcieleniu i po prostu czuję się zmęczona? Chciałabym już odpocząć. Mam nadzieję, że będę się przeprowadzać po raz ostatni w tym życiu, bo nie lubię przeprowadzek. I że wierzba iwa, którą posadzę w swoim nowym ogrodzie szybko urośnie, bym mogła się cieszyć wiosną z widoku oblatujących ją trzmieli. Że i tam znajdzie się miejsce, by wysiać facelię dla pszczół. I jakiś kącik dla moich kur, które tak chętnie przesiadują na moich kolanach w ciepłe, słoneczne dni.

Dom będzie mały, ciasny. Nie będzie w nim tyle miejsca, ile mieliśmy tutaj. Trochę się obawiam tej ciasnoty. Ale też wiem, że szybko się przyzwyczaję. Zawsze szybko się przyzwyczajam do zmian. Tylko na początku jest ciężko. Potem, mój nadwydajny umysł bardzo szybko zaczyna dostrzegać nowe możliwości i eksploduje wręcz od ilości pomysłów na zagospodarowanie nowej przestrzeni. A gdy ta zaczyna nabrać wyraźniejszych barw i kształtów, gdy zmienia się powoli w moją własną, osobistą przestrzeń, wtedy przychodzi radość, spełnienie i spokój.

Mam nadzieję, że to będzie równie szczęśliwy dom. Dom, z którego już nikt nie każe mi się wyprowadzać. Nigdy. No chyba, że od razu na tamten świat. Ale wtedy, to już odejdę zadowolona, spełniona i… bez żalu.

Praca jak życie

Ostatnio mam bardzo płodny czas. Ale to norma u mnie. Wiosna przyszła. Pracuję niemal cały czas. Dzieci dorosłe, zajmują się sobą. Więc wreszcie mogę poświęcić czas na moją ukochaną pracę.

Bardzo dużo piszę ostatnio. Utwory fortepianowe głównie. Cokolwiek bym nie robiła, mój nadwydajny mózg gdzieś tam w tle wciąż robi to, co najbardziej kocha – a więc tworzy. Obecnie padło na muzykę. Rozsadzam pomidory i jednocześnie układam w głowie nuty na pięcioliniach. Odkurzam i myślę o palcowaniu. Mieszam zupę w garnku i jednocześnie tworzę w głowie melodię i harmonię do niej, dodaję i sprawdzam kolejne dźwięki. Jak to będzie razem brzmiało? Może tak, a może lepiej będzie inaczej? Jak już mi się w głowie co nieco wyklaruje i poukłada, wtedy siadam do pianina, by to przegrać i sprawdzić jak brzmi na żywo. Czasem coś poprawiam, a czasem nie.

Gdy siadam do komputera, zwykle mam już w głowie gotowy cały utwór. Albo jego większą część. Od razu do zapisania. Innym razem całymi godzinami mogłabym siedzieć przy pianinie improwizując i nagrywając swoje improwizacje. Potem pozostaje te co ciekawsze pomysły zapisać i dopracować.

Tak więc praca miesza mi się i zlewa z codziennym życiem, a życie z pracą. Nawet nie jestem w stanie oddzielić jednego od drugiego. Pracuję nawet wtedy gdy zasypiam i gdy budzę się rano. W zasadzie najlepsze pomysły zwykle przychodzą mi do głowy zaraz po przebudzeniu lub na krótko przed zaśnięciem. Gorzej, gdy przed zaśnięciem, bo wtedy nie ma już mowy o spaniu. Trzeba wstać i zapisać tych kilka kropek na pięciolinii, żeby nie zapomnieć i rano móc do tego wrócić.

Bycie w takim twórczym „ciągu” zawsze było dla mnie czymś naturalnym i pięknym. To zwykle przychodzi falami. Czasem się wzmaga, a czasem nieco przygasa. Jesienią zwykle odpoczywam od pracy twórczej. Wiosną zaś przeżywam istne twórcze eksplozje, a mój niezmordowany mózg wydaje się nie do zatrzymania. W każdej chwili coś tworzy.

Cudownie jest mieć pracę, którą się kocha. Zarabiam pieniądze, a czuję się tak, jakbym wcale nie pracowała. Nie znaczy to, że nie bywam zmęczona. Bywam i to bardzo. Czasem czuję się tak, jakby mózg mi się przegrzał z wysiłku. Ale to jest takie fajne zmęczenie. Zmęczenie podszyte świadomością, że zrobiło się coś naprawdę dobrego, pożytecznego, ciekawego. Ja po prostu żyję. Żyję twórczo. Ostatni miesiąc zaowocował napisaniem ponad dziesięciu utworów fortepianowych i dwóch nowych piosenek.

Bardzo lubię pracować z moimi studentami w różnym wieku. Uczę wszystkich – od kilkuletnich dzieci, przez młodzież, aż do osób w wieku mocno już zaawansowanym. Praca z osobami w każdym wieku wymaga elastyczności, innego spojrzenia. Każdy nowy student, to nowe wyzwanie. Zawsze. Bo nie ma dwóch identycznych osób. Każdy uczy się trochę inaczej i wymaga innego podejścia. Uwielbiam to.

Wiosna przyszła. To jest mój najlepszy czas. Pewnie nie będę tu teraz zbyt często zaglądać, bo rozsadza mnie energia twórcza, którą chciałabym należycie spożytkować. Ale gdy mi się zatęskni, napiszę coś czasem.

Przeprosić siebie

Pralka właśnie skończyła prać. Niosąc naręcze mokrego prania przywaliłam małym palcem w futrynę drzwi. Szłam boso. Jęknęłam z bólu i zaklęłam wściekła. Po policzkach mimowolnie popłynęły mi łzy. Ból był naprawdę potężny.

„Co ci się stało, mamusiu?” – mój niespełna czteroletni synek zapytał z zaciekawieniem.

„Nic takiego – odpowiedziałam – niechcący uderzyłam się w mały palec u nogi”.

„Hmmm…. – mały pomyślał chwilę, po czym z niezmierną powagą zapytał – a przeprosiłaś siebie? Przecież gdy się niechcący kogoś uderzy, to trzeba go przeprosić. Jak się siebie uderzy, to też trzeba siebie przeprosić.”

No genialne! – pomyślałam sobie. On nie ma jeszcze nawet czterech lat, a już wie takie rzeczy. A ja w wieku lat trzydziestu kilku jeszcze do takiej mądrości nie dotarłam.

Niby takie oczywiste. Ale czy na pewno? Czy zawsze jesteśmy tego w pełni świadomi? Czy w stosunku do siebie zawsze jesteśmy tak samo wyrozumiali, jak w stosunku do innych ludzi? Czy sobie potrafimy współczuć tak samo, jak innym? Czy potrafimy sobie wybaczać naszą niedoskonałość? Czy potrafimy należycie zadbać o własne potrzeby? Czy dbamy o siebie tak samo gorliwie, jak o innych? I wreszcie, czy potrafimy sami siebie przeprosić, gdy z tych czy innych powodów, świadomie lub nie, robimy sobie krzywdę?

Tym jednym zdaniem: „a czy przeprosiłaś siebie?” mój synek udzielił mi niesamowicie ważnej, życiowej lekcji. Kochaj bliźniego, jak siebie samego. Nie bardziej!

Dbanie o siebie, kochanie siebie, bycie dla siebie dobrym, wyrozumiałym nie od zawsze było dla mnie takie oczywiste. Zawsze zaniedbywałam siebie. Zawsze inni ludzie byli ważniejsi, niż ja. Moje potrzeby zawsze były na dalszym planie. Czasem zdawało mi się, że nie zasługuję na to, by wystarczająco dbać o siebie. Zmienił to mój synek, właśnie wtedy, tamtego dnia.

Czasem, to sobie myślę, że najwięcej ważnych, życiowych lekcji nauczyły mnie zupełnie przypadkowe osoby, w tym dzieci.

Zrobiłeś coś głupiego? Coś ci się nie udało? Pomyślałeś o sobie źle? Świadomie lub nieświadomie zadziałałeś na swoją niekorzyść?

Przeproś siebie. Wybacz sobie. Nikt nie jest doskonały. I daj sobie drugą szansę. Mimo niepowodzeń myśl o sobie dobrze. Zasługujesz na to tak samo, jak każda inna osoba na tym świecie. Potraktuj siebie samego z tą samą troską, współczuciem i wyrozumiałością, z jakimi traktujesz innych ludzi. Przecież jesteś maleńką cząstką tego samego świata, który tak podziwiasz i kochasz. Zrozum to wreszcie! Ty też zasługujesz na szacunek i miłość.

Bo przecież jeśli ja sama nie zadbam o siebie, to kto to zrobi?

„I… niech pan będzie dobry dla swoich dzieci!”

To był trudny dla mnie rok. Choroba postępowała, nie miałam pracy. Byłam zaraz po szkole, bez pomysłu na siebie. Próbowałam więc łapać się czego się dało. Od dziecka ładnie malowałam. Wpadłam więc na pomysł, że spróbuję zacząć tym zarabiać na życie. Zaczęłam malować obrazy. I miałam trochę szczęścia, bo zaczęły się one sprzedawać, a po roku, dwóch, zaczęłam funkcjonować w moim malutkim, rodzinnym miasteczku, jako młoda artystka. Zorganizowałam kilka wystaw, wygrałam jeden z lokalnych konkursów dla artystów plastyków. Potem dostałam kilka płatnych zleceń. Jednym z tych ciekawszych było namalowanie obrazów z martwą naturą do nowo powstałej restauracji.

A potem… dostałam zlecenie (a raczej prośbę) pomalowania ściany w naszym lokalnym domu dziecka. Na obrazku miało być dużo bawiących się zwierzątek, słoneczko, drzewka, tęcza – czyli wesoło i kolorowo.

No i zaczęłam swoją pracę. Zaprowadzono mnie do odpowiedniej sali, pokazano tę wybraną do pomalowania ścianę, udostępniono stoliki, abym mogła na nich stać podczas pracy. Dzieci podchodziły i zagadywały. Jedne z wyraźnym piskiem radości, inne nieśmiało, próbując być, a jednocześnie zniknąć. Obserwowały z dużym zainteresowaniem, jak postępuje proces twórczy i jak pojawiają się na ścianie coraz to nowe zwierzątka. Niektóre z dzieci chciały pomagać. Mój mąż, który towarzyszył mi wtedy, nadzorował kolejność w jakiej dzieci podawały mi farby i pędzle. Widziałam radość w ich oczach i to było dla mnie wspaniałe. W międzyczasie przychodzili też wychowawcy. Coś tam opowiadali o swojej pracy. O tym, jak to jest być wychowawcą w domu dziecka. Słuchałam z bólem serca.

A potem przyszedł grudzień. Ponieważ nie wzięłam ani grosza za swoją pracę, zostaliśmy oboje z mężem zaproszeni na wigilię do tegoż samego domu dziecka. Pani dyrektor chciała choćby w taki symboliczny sposób nam się zrewanżować i podziękować. Zaskoczyło mnie, jak skromna to była uroczystość. Chleb z dżemem i kilka plasterków kiełbasy. Do tego słodzona herbata. To wszystko, co dostały dzieci tego dnia do jedzenia. Żadnych prezentów. Ale była choinka. Żywa w dodatku. Więc jakaś namiastka świątecznej atmosfery była.

Nie zapomnę momentu dzielenia się z dziećmi opłatkiem. Niektóre milczały, inne płakały. Jeszcze inne próbowały składać życzenia sobie na wzajem i wychowawcom.

Jedna z dziewczynek podeszła do mojego męża z opłatkiem w małej rączce i powiedziała: „Dużo zdrowia, szczęścia i… i niech pan będzie dobry dla swoich dzieci.”

Są takie momenty w życiu, które z niewiadomych przyczyn pamięta się bardziej niż inne. To był jeden z takich momentów właśnie, który nie tylko potrafił wryć się w mój mózg i serce, ale też zaważyć na całym moim dalszym życiu. Gdyby te słowa wypowiedział ktokolwiek inny – moja sąsiadka, znajoma w pracy, jeden z przyjaciół, były by one oczywiście ważne, ale jednak na tyle oczywiste, że nie zapadłyby mi w pamięć na długo. W ustach siedmio, może ośmioletniej, przeraźliwie samotnej dziewczynki z domu dziecka, nabrały zupełnie innego wyrazu. Moc przekazu była nieporównywalna.

Potem, gdy już sama zostałam mamą, te słowa często powracały do mnie. I zastanawiałam się, czy jestem wystarczająco dobrą mamą dla mojego synka? Te słowa motywowały mnie do jeszcze cięższej pracy nad sobą. W końcu jestem DDD, a to raczej nie pomaga w byciu dobrym rodzicem. Musiałam poradzić sobie ze wszystkimi toksycznymi wzorcami zachowań, które zostały mi wdrukowane w dzieciństwie przez moich własnych rodziców. Te słowa wracały do mnie jak bumerang, zwłaszcza wtedy, gdy brakowało mi sił. Po wielu niedospanych nocach, gdy choroba mocno dawała mi się we znaki, ból towarzyszył mi nieustanie, a opieka nad jakże trudnym (autystycznym) dzieckiem wydawała się ponad moje siły. Pomocy nie miałam znikąd. Byłam sama i zdana wyłącznie na własne siły.

Wracały zawsze, gdy miałam dość i po prostu chciałam pójść po linii najmniejszego oporu – nakrzyczeć, strzelić klapsa w tyłek, obrazić się, odejść i mieć spokój choć przez chwilę. To dzięki tym słowom właśnie nigdy tego nie robiłam i zawsze w porę udało mi się opanować emocje, złapać dystans.

Ta mała dziewczyna, której imienia nigdy nie poznałam, jest ze mną do dziś. I zostanie w moim sercu na zawsze, jako jedna z najważniejszych nauczycielek życia w moim obecnym wcieleniu. Nawet nie potrafię powiedzieć ile jej zawdzięczam. Ona coś we mnie wtedy obudziła. Tym jednym wypowiedzianym zdaniem zapoczątkowała pewien proces. Podniosła moją samoświadomość o stopień wyżej. O dziwo! Choć były to słowa wypowiedziane do mojego męża, to właśnie na mnie podziałały. Widocznie to ja je przede wszystkim miałam usłyszeć.

„I niech pan będzie dobry dla swoich dzieci”.

Tak… bądźmy dobrzy dla naszych dzieci. Niech nam nigdy nie zabraknie cierpliwości, wyrozumiałości, spokoju, opanowania. Nie złośćmy się o byle co. Nie krytykujmy, nie szufladkujmy, nie odrzucajmy. Akceptujmy i kochajmy. Rozsądnie i konsekwentnie wyznaczajmy granice. Zadbajmy o to, aby nasze dzieci czuły się chciane, kochane i bezpieczne.

I przede wszystkim bądźmy stale obecni! Powtarzajmy wciąż naszym dzieciom, że w razie jakichkolwiek kłopotów, problemów, zawsze mogą liczyć na nasza pomoc i wsparcie.

Uczmy samodzielnego myślenia i ogólne pojętej życiowej samodzielności. Ale też pokazujmy, że czasem warto poprosić o pomoc i wsparcie. Pokazujmy na przykładzie swojego życia, które zachowania są właściwe, a które nie. Oczywiste jest przecież, że dzieci robią nie to, co im każemy, ale to, co my sami robimy. One kopiują nieświadomie nasze zachowania.

Uczmy postrzegania różnych odcieni szarości. Wszak świat nie jest czarno biały. Uczmy patrzenia z różnych punktów widzenia. Uczmy akceptacji i tolerancji, ale też jednocześnie asertywności i odwagi bycia sobą. Uczmy sztuki kompromisu. Motywujmy do działania, do poszukiwania własnej życiowej drogi. Uczmy nasze dzieci dbać o ich piękny dom zwany Ziemią. Uczmy szacunku do wszystkich żywych istot, a także dbałości o to, co pozostaje nieożywione. W końcu wszystko jest jednością.

Nie na darmo mówi się, że losy świata ważą się w dziecinnym pokoju. I dokładnie tak jest. Bo to od naszych dzieci, gdy dorosną, będzie wyglądało to, jaki kiedyś będzie ten świat.

O odwadze bycia sobą

Zawsze uważałam się za osobę dość odważną i mało podatną na wpływy otoczenia. Od dziecka byłam „inna”. Odporna na modę, głupie pomysły rówieśników, bezsensowne wymagania ze strony nauczycieli i rodziców. W szkole uczyłam się tylko tego, czego chciałam się uczyć i co sama uznawałam za interesujące, wartościowe i mogące się przydać w życiu. Całą resztę traktowałam jak zło konieczne, zbędny balast niepotrzebnie obciążający już i tak „zapchany” wszelką wiedzą nadwydajny mózg.

Zawsze żyłam „pod prąd”. Na tyle wyraźnie, że dawało mi to pewne poczucie wolności. Ale z drugiej strony na tyle rozsądnie, że nie pakowałam się w kłopoty idąc w zaparte. Zawsze wiedziałam kiedy odpuścić, gdy robiło się gorąco.

Całe życie szukałam balansu między tym, kim naprawdę jestem, a kim muszę być, aby społeczeństwo ogólne pojęte mnie akceptowało. By móc jakoś wtopić się w tłum, moje „dziwactwa” musiały być do przyjęcia. Musiałam mieścić się w granicach szeroko pojętej normy.

Zawsze ubierałam się w to, co ciepłe i wygodne, a nie w to, co ładne i modne. Tylko raz w życiu założyłam buty na szpilkach, a potem od razu wyrzuciłam je do kosza. To samo zrobiłam z pierwszym biustonoszem, który podarowała mi moja ciocia. Nie cierpię biustonoszy. Nigdy ich nie nosiłam i już raczej nie zacznę.

Jest mi kompletnie wszystko jedno w co jestem ubrana. Potrafię się czuć dobrze we wszystkim. Mogę chodzić nawet w worku na kartofle, pod warunkiem, że mi będzie w nim wygodnie.

Nie czuję dyskomfortu (i nigdy nie czułam), że jestem gorzej ubrana niż inne dziewczynki (czy w dorosłym już życiu) kobiety. Mam to w nosie, co inni ludzie o mnie myślą. Jestem (i zawsze byłam) totalnie odporna na krytykę, wyzwiska, złośliwe docinki, wyśmiewanie, zawstydzanie, itp. I zawsze się zastanawiałam skąd u mnie, takiej nadwrażliwej osoby, taka totalna obojętność na to co myślą i mówią o mnie inni? Bez wątpienia już się z tym urodziłam, bo pamiętam to nawet ze szkoły czy z własnego, przydomowego podwórka.

Mam więcej książek niż ubrań. Całe półki. Zwłaszcza tych, z nutami. Nie chodzę do fryzjera (od zawsze noszę prosto obcięte, półdługie włosy, które dla wygody zaplatam w warkocz. Nie farbuję włosów. Nie mam lakieru do paznokci ani kosmetyków do robienia makijażu. Nie czuję takiej potrzeby, aby się sztucznie upiększać. Staram się dbać o higienę, aby zawsze być czystą, wyglądać świeżo i neutralnie pachnieć. I tyle. Tak więc nie przypominam typowej kobiety. Zresztą… nie jestem jakoś bardzo przywiązana do swojej płci. Jest mi ona raczej obojętna.

Często słyszałam od innych kobiet, że pewnego dnia to się zmieni. Gdy młodość zacznie przemijać, to wtedy zacznę się malować, chodzić do fryzjera itp. Za parę dni kończę 47 lat. I nic. Wciąż lubię swój naturalny wygląd. I nie czuję potrzeby, aby cokolwiek w nim zmieniać. Tak naprawdę jest mi zupełnie obojętne jak wyglądam. I tak… to jest wolność. Gdy nie czuję się emocjonalnie uzależniona od opinii innych ludzi na mój temat.

Jeśli próbuję trzymać się jakichś standardów, kanonów, to kryje się za tym tylko (i aż!) zdrowy rozsądek. Zrobię dla ludzi więcej, jeśli będą mnie postrzegać jako osobę neutralną ( w swoich poglądach, zachowaniu, sposobie bycia, sposobie ubierania się). Trudno zaufać osobie, która zbyt mocno odbiega od przyjętych norm. Ludzie boją się inności. Od wszelkiej maści „dziwolągów” wolą się trzymać z daleka. Albo… spalić to coś na stosie. Kiedyś płonęły stosy podsycane drewnem. Teraz wymyślono hejt w internecie. Jedna cholera.

Balans. Równowaga między tym, kim naprawdę jestem, a tym, czego wymaga bycie i współistnienie międzygatunkowe na planecie zwanej Ziemią. To tak z grubsza, jeśli chodzi o sprawy powierzchowności.

Moje zachowanie i postępowanie w sytuacjach tak zwanych trudnych, kryzysowych, wymagających odwagi, determinacji i pomysłowości, to już zupełnie inna bajka. Tu moje odstawanie od normy jest już zdecydowanie bardziej widoczne. Tu pozwalam sobie na więcej. Jestem bardziej sobą. Choć nawet i tu czasem muszę się hamować, bo gdy przesadzę, ludzie często rozumieją moje zachowania opatrznie. Nie mieści im się w głowie na przykład, że można być aż do tego stopnia bezinteresownym. Zaraz zaczynają się dopatrywać jakiegoś ukrytego motywu (np. ona to robi, bo na pewno czegoś ode mnie chce, tylko jeszcze boi się powiedzieć). Ale ten problem dotyczy na szczęście tylko dorosłych. A ja nie dla nich tu przyszłam.

Mam fantastyczną pracę, która pozwala mi się wspaniale realizować. Stały kontakt z dziećmi daje możliwość wpływania na ich rozwój. Mam wiele cudownych doświadczeń w pracy z młodzieżą. Obserwowanie, jak dzieci pod wpływem rozmów ze mną się zmieniają, nabierają pewności siebie, wzrasta ich poczucie własnej wartości, jak odblokowują się w nich z dawna skrywane emocje, odnajdują w sobie odwagę, aby np. postawić się toksycznemu rodzicowi. Jestem przy nich i wspieram je całym sercem, gdy powoli uczą się wytrwałości, dokładności, cierpliwości, samodzielności, asertywności, odpowiedzialności. Patrzę, jak przy moim wsparciu wygrywają kolejne małe-wielkie bitwy swego młodego życia, i wtedy czuję, że moje istnienie tutaj ma sens. Ktoś musi im przecież to wszystko pokazać, że można inaczej. Normalnie.

Tak bardzo tęsknię za taką NORMALNĄ normalnością.

To, co widzę tu, na Ziemi, to z reguły patologia. W każdym razie ja tak to odbieram. Z zaznaczeniem, że patologia powszechnie występująca nie staje się normą i nigdy nie powinna być rozumiana jako normalność. Jest jedynie powszechnie występującą patologią.

Każdy, najmniejszy nawet kroczek, aby to zmienić, to wielki sukces. Staram się więc robić jak najwięcej małych kroczków.

Dobroć nie jest postrzegana w obecnym świecie jako walor, a raczej jako słabość i naiwniactwo. W rzeczywistości, która mnie otacza, trzeba mieć cholerną odwagę, by być dobrym (w pełnym znaczeniu tego słowa).

Gdyby złota rybka podarowała mi jedno i tylko jedno życzenie na moje 47 urodziny, poprosiłabym ją o odwagę. Abym miała jej jeszcze więcej. I aby mi jej nigdy nie zabrakło.

Naucz się oddawać to, co kochasz.

To moje zadanie, z którym mierzę się już od kilku wcieleń. I chyba w tym obecnym dopiero nastąpił znaczący przełom. Jest łatwiej. Wraz ze wzrostem świadomości i każdym kolejnym doświadczeniem straty zaczynam wreszcie rozumieć.

W moim poprzednim życiu straciłam żonę. Umarła przy porodzie, a ja nie potrafiłam (wtedy nie potrafiłem) jej pomóc. Była wojna, żołnierze właśnie zaatakowali wioskę, a poród się przedłużał. Prawdopodobnie dziecko było źle ułożone. Pobiegłem po lekarza, ale nie udało mi się go znaleźć i sprowadzić na czas. Wkoło leżało pełno trupów. Wszyscy zostali rozstrzelani przez żołnierzy. Nasz dom ocalał, bo znajdował się dalej, na uboczu. Po powrocie do domu zastałam (em) ciszę. Żona nie żyła już. Jedynie jej matka siedziała przy łóżku i zamarła w bezruchu wcześniej wypłakawszy już wszystkie możliwe łzy.

To było niedługo po naszym ślubie. Malutka wietnamska wioska położona malowniczo wśród pól ryżowych. Nasze pierwsze, upragnione, wyczekane dziecko miało przyjść na świat. Tak bardzo kochałem swoją żonę. Była piękna i taka dobra dla mnie. Wręcz nie mogłem się już doczekać, kiedy urodzi się nasze dziecko i staniemy się prawdziwą rodziną. Tymczasem umarli oboje. A co gorsza, gdy umierali, mnie przy nich nie było. Nie potrafiłem sprowadzić pomocy ani ich ocalić.

To dziwne, ale do dzisiaj pamiętam ten przerażający, rozdzierający ból. Wybiegłem przed dom i przeraźliwie krzycząc upadłem w wielką kałużę, w to straszne błoto (deszcz padał nieprzerwanie od kilku dni). Byłem kompletnie mokry od deszczu, uwalany tym błotem. Płakałem bez końca. Nigdy nie pogodziłem się z tym, że moją żonę i dziecko zabrano mi w takiej chwili. Wtedy, gdy byłem tak bardzo szczęśliwy. To było tak strasznie niesprawiedliwe.

Do końca tamtego krótkiego życia nie udało mi się pokonać bólu i pogodzić ze stratą. Zaciągnąłem się do wojska i wkrótce zginąłem. Podejrzewam, że po prostu nie chciałem dalej żyć. Zapewne dałem się zabić, bo nie byłem w stanie znieść dłużej tego strasznego cierpienia po stracie żony i nienarodzonego dziecka.

O dziwo, w obecnym życiu również straciłam wiele bardzo bliskich mi osób. Może nie w sposób dosłowny, bo te osoby fizycznie nie umarły, ale po prostu musiały w ten czy inny sposób i z różnych ważnych powodów zniknąć z mojego życia. Wręcz miałam wrażenie, że chyba ciąży na mnie jakaś klątwa (wtedy jeszcze tak myślałam), bo gdy tylko pojawiał się w moim życiu ktoś, kogo pokochałam, od razu „zabierano mi go”. I znów pojawiało się to nieznośne uczucie bezdennego żalu, smutku, pustki i niesprawiedliwości. Dlaczego, gdy tylko kogoś prawdziwie pokocham, życie mi go zabiera?

Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. To było już po tym, jak urodził się mój syn. Myślę, że podświadomie czułam lęk, że to dziwne fatum sprawi, że i jego stracę. Wciąż żyłam w napięciu. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mogłabym go stracić. I wtedy, gdy mój synek miał trzy lata, zdarzyła się coś niezwykłego, co sprawiło, że coś we mnie drgnęło. Wtedy wszystko zrozumiałam.

Szłam ścieżką przez park. Był piękny słoneczny dzień. Mój synek biegał sobie wokoło, coś tam paplając pod nosem jak na typowego trzylatka przystało, zbierał sobie patyczki i listki, a ja napawałam się zapachem kwiatów i żywicy. Było mi tak dobrze. Ptaki śpiewały, pszczoły bzyczały i wszystko było na swoim miejscu. Przystanęłam i zapatrzyłam się w niebo. Stałam tak dobrą chwilę. I wtedy nagle zorientowałam się, że nie słyszę głosu mojego synka. Rozejrzałam się wokoło, ale nigdzie go nie zauważyłam. Tknęło mnie jakieś złe przeczucie. Zaczęłam go wołać i pobiegłam go szukać. Nagle zauważyłam, że droga przede mną nagle się urywa, a dalej jest wielkie urwisko. Przepaść. To właśnie w tę stronę szedł mój synek. Wiedziałam, że zapatrzony w swoje zebrane patyczki mógł nie zauważyć końca drogi i spaść.

Wpadłam w panikę. Zaczęłam krzyczeć. Wróciło nagle to samo uczucie, którego doświadczyłam wtedy, gdy w poprzednim wcieleniu straciłam żonę i dziecko. To koszmarne uczucie bezradności, bezsilności i wszechogarniającej rozpaczy. Miałam wrażenie, że nie przeżyję tego po raz kolejny, że mój umysł za chwile eksploduje, a serce pęknie z żalu.

I wtedy nagle, nie wiem skąd, pojawił się w mojej głowie głos. Mój głos, który mówił: „Obudź się! To jest tylko sen, obudź się! Obudź się!

Krzyczałam i… obudziłam się. Leżałam na wznak. Miałam otwarte usta. Nie mogłam ich zamknąć, nie potrafiłam się poruszyć. Byłam totalnie sparaliżowana. Czułam, jak po brodzie spływa mi stróżka śliny. A potem usłyszałam tuż obok jak mój synek wzdycha przez sen i przewraca się z boku na bok. Czy ktoś wymyślił jakieś słowo mocniejsze od ULGA? Bo to nijak nie oddaje tego uczucia, które towarzyszy człowiekowi, gdy jego dziecko przed chwilą spadło w przepaść, a potem nagle okazuje się być całe i zdrowe.

Czucie i możliwość poruszania się wracały mi powoli. Rozpłakałam się gdy już wreszcie mogłam. A potem zaczęłam myśleć nad tym wszystkim. I pewne rzeczy zaczęły mi się układać w głowie. A co, jeśli takie sytuacje nie są dziełem przypadku? A co, jeśli przydarzają mi się celowo? Co, jeśli specjalnie zostały dla mnie zaplanowane? Może właśnie po to, abym wreszcie nauczyła się oddawać to, co kocham?

Potem nagle uświadomiłam sobie, że słowo „oddawać” jest tu chyba jakąś pomyłką. Przecież ja tak naprawdę niczego nie mam. Kto w ogóle dał mi prawo wmawiać sobie, że MAM dziecko? Przecież ono nie jest moją własnością. Nie można posiadać osób. Nawet tych, które się kocha. One do nas nie należą. Mamy jedynie szczęście być z nimi, cieszyć się ich obecnością, uczyć się od nich. Czasem dłuższą, czasem krótszą chwilę, ale to nie do nas należy decyzja, kiedy dana osoba musi odejść z tego świata. Nie my decydujemy o tym, kiedy kończy się jej czas.

To właśnie wtedy uświadomiłam sobie jakże dobitnie, że ja tak naprawdę nic nie mam. I nigdy niczego nie będę mieć. Niczego nie posiadam. Posiadanie jest kolejną odsłoną iluzji, w której się znajduję podczas inkarnacji tu, na Ziemi. Nic nie jest nam tu dane, a raczej jedynie WYPOŻYCZONE na krótki czas. Dlaczego więc tak trudno mi było to zrozumieć i się z tym pogodzić?

Następnego dnia zabrałam synka do parku, na plac zabaw. Wciąż nie mogłam przestać myślec o tym śnie. I wtedy stało się coś dziwnego. Mój synek przystaną na chodniku na chwilę, a wtedy na daszku jego czapeczki usiadł motyl. Pospolity bielinek kapustnik. Zamachał skrzydełkami i ani myślał odlecieć. Mój synek, niczego nie świadomy, stał i patrzył na mnie z tym motylkiem na czapeczce. A ja patrzyłam na niego i na tego motyla jak na jakieś niezwykle zjawisko. I wtedy pomyślałam: „Mój syn jest jak ten motyl. Pojawił się w moim życiu na chwilę i zaraz odleci. I tak musi być.”

Motyl poderwał się i faktycznie odleciał. A ja poczułam się tak, jakby to już był ten moment, w którym muszę oddać moje dziecko. Bo przecież ten moment prędzej czy później nadejdzie. Mógł nadejść w każdej chwili. A ja musiałam być na to gotowa.

Nie byłam w stanie powstrzymać łez. Mój mąż dziwnie na mnie patrzył. Syn również. A ja nie potrafiłam im wytłumaczyć co właśnie działo się w mojej głowie. Przecież to takie „NORMALNE”, że właśnie rozwiązałam główny problem, z którym borykałam się od kilku wcieleń.

Przytuliłam mocno mojego synka. Przytuliłam go tak, jak przytula się kogoś, kogo widzi się po raz ostatni w życiu. I poczułam w sobie zgodę na to, by go oddać. By pozwolić mu odejść. W każdej chwili.

Pamiętam ten moment, jakby to było wczoraj. Bo to doświadczenie kompletnie zmieniło mój stosunek do oddawania tego, co kocham. Teraz już wiem, że nie mam co oddawać, bo nic tak naprawdę nie posiadam. A jednocześnie nigdy bardziej nie doceniałam każdego kolejnego dnia, gdy mogę cieszyć się obecnością osób, które są mi bliskie.

Tamtego dnia dokonał się wielki przeskok w mojej świadomości. Potem zostałam poddana kolejnej próbie. Sprawdzono mnie, czy aby na pewno przyswoiła sobie dobrze tę lekcję. Kilka lat później straciłam męża, którego bardzo kochałam. Ale tym razem poradziłam sobie z tą stratą dużo lepiej niż poprzednio. Przyjęłam to z większym spokojem. Szybko pogodziłam się z jego odejściem. A potem w miarę szybko stanęłam na nogi.

Bardzo ciekawych uczuć doświadczyłam kilka miesięcy temu, gdy mój dorosły już teraz syn wyjechał na studia. Ten sam, który jeszcze „wczoraj” stał na placu zabaw z motylem na daszku czapeczki. Byłam ciekawa, jak sobie poradzę z brakiem jego obecności. Czy dopadnie mnie syndrom pustego gniazda? Ale nie, nic się takiego nie wydarzyło. W końcu przygotowywałam się na jego odejście już tyle lat.

Jest we mnie wdzięczność. Wdzięczność za dar zrozumienia. I za uwolnienie się od lęku przed stratą. Nie można niczego stracić, gdy niczego się nie posiada. Przecież to takie proste. Tak cudownie proste.

Stare dusze

Stara dusza jest jak owca w wilczej skórze. Gdyby nie przebranie, wilki dawno by ją zjadły. Trudno o gorszy rodzaj samotności.

Stare dusze są naprawdę stare. I zmęczone. Zmęczone od zawsze, od chwili narodzin. To zmęczenie nie wynika bynajmniej z samej długości istnienia i wielokrotnego wcielania się, a raczej z mnogości oraz intensywności ostatnich doświadczeń. Bo im starsza dusza, tym więcej bierze sobie na głowę. Jest w stanie naprawdę dużo znieść, poradzić sobie z tym, z czym młodsza dusza nie dałaby rady. Dlatego stare dusze bardzo często wybierają dla siebie patologiczne domy, toksycznych rodziców, nieuleczalnie chore lub uszkodzone ciała, traumatyczne doświadczenia przemocowe, nieudolnych i pozbawionych empatii rówieśników i nauczycieli. A często wszystko to na raz. A więc takie warunki, w których funkcjonuje się naprawdę ciężko.

Ale nawet wtedy, gdy doświadczają naprawdę podłego traktowania, nigdy nie odpłacają tym samym. Stara dusza często wybiera dla siebie takie doświadczenia, aby przerwać łańcuch wielopokoleniowych okaleczeń spowodowanych przekazywaniem agresywnych i toksycznych zachowań z pokolenia na pokolenie. Stara dusza, choćby najgorzej traktowana w dzieciństwie, sama nigdy nie będzie źle traktowała własnych dzieci. Ona bez problemu poradzi sobie z toksycznymi wzorcami zachowań wyniesionymi z dzieciństwa. Bardzo szybko zda sobie sprawę, że takowe posiada i pozbędzie się ich nieustannie pracując nad sobą. Bo stare dusze są nieznośnie samoświadome. I tak samo wyczulone na to, co nie jest zgodne z ich własnym, wewnętrznym, moralnym kompasem.

Stare dusze często „biorą sobie na łeb” niezwykle trudne doświadczenia. Bo w tych łatwiejszych już dawno się sprawdziły i dały radę. Potrzebują nowych poziomów i wyzwań. Podnoszą zatem poprzeczkę. Jak zwykle, do granic możliwości i wytrzymałości. Bo tylko w ten sposób może się dokonać dalszy rozwój. To jest swoisty duchowy trening. A czasem wręcz istny maraton.

A oprócz załatwiania swoich własnych, niedokończonych ziemskich spraw, mają tu jeszcze trochę innej roboty do zrobienia. Czasem pomagają, czasem uświadamiają, czasem pokazują, że można coś zrobić lepiej, inaczej, podsuwają inne, ciekawe rozwiązania. Ale też jakże często po prostu są obok kogoś, kto potrzebuje pomocy, zwykłego wysłuchania i wsparcia, akceptacji, nieoceniania i nieszufladkowania. Stare dusze mają ogromnie dużo współczucia dla innych. Bo wiedzą jak to jest. Przecież one same już dawno to wszystko przerabiały. One już kiedyś szły tą drogą. Pamiętają jak jest ciężko czasami. Są wyrozumiałe, niezwykle przyjazne, neutralne i nieoceniające. Sprawiają, że ludzie czują się przy nich bezpiecznie. Nie mają też pokus, aby kogoś celowo zranić, wykorzystać czy komuś zaszkodzić. Przecież to kompletnie nie miałoby sensu.

Ale przede wszystkim zadaniem starej duszy jest pokazać, że bardzo wiele można osiągnąć bez używania agresji, przemocy, manipulacji, podstępu, rywalizacji, jedynie dzięki współpracy.

Stare dusze często pamiętają swoje poprzednie wcielenia. Ale nikomu o tym nie mówią. Zostałyby wyśmiane i niezrozumiane. Mogłoby to również narazić je na ataki ze strony osób o radykalnych poglądach religijnych. A zatem nieprzyjemności w pracy czy w rodzinie. Na to nie mogą sobie pozwolić, bo w końcu stara dusza nie funkcjonuje w totalnym oderwaniu od świata. Wręcz przeciwnie, ona inkarnowała tu właśnie po to, aby pomagać młodszym duszom. Musi więc zachować czujność i odsłonić się tylko na tyle, na ile to konieczne. A bardzo często jest w ten czy inny sposób zależna od takich osób. Dlatego temat poprzednich wcieleń jest w ich życiu tematem tabu, z konieczności i z wyboru, choć bardzo by chciały, aby było inaczej. Zachowują więc tę wiedzę wyłącznie dla siebie.

Stare dusze mają też swoją własną, prywatną „infolinię” do spraw duchowych. Gdy same potrzebują pomocy bardzo często dostają „podpowiedzi” w postaci niezwykłych snów, przeczuć, przebłysków intuicji, albo wiedzy, która nagle pojawia się w ich głowach sama, nie wiadomo skąd.

Stare dusze mają w sobie ogromne pokłady cierpliwości i zrozumienia. Nawet, jeżeli czasem się złoszczą, to robią to tylko powierzchownie, „pod publiczkę”, bo normalny człowiek zezłościłby się w takich okolicznościach. A stara dusza pragnie wtopić się w tłum niezauważona. Stara się wyglądać i zachowywać normalnie. Ale tam w środku, głęboko, zachowuje spokój. Doświadcza bowiem tego poziomu zrozumienia rzeczywistości, który rozpuszcza pojawiający się strach. W końcu wszystko wokół jest swoistą iluzją. Prawdziwą i ważną, ale jednak iluzją.

Ale najłatwiej rozpoznać starą duszę po jej oczach. Jej oczy, zawsze tak dobre i łagodne, uśmiechają się do świata pełne wdzięczności, szacunku i pokory. Zawsze.

Wychodzenie poza rzeczywistość.

Towarzyszy mi bardzo często. W zasadzie od wczesnego dzieciństwa. Pierwszy raz doświadczyłam tego dziwnego stanu mając pięć lat.

Bardzo trudno ten stan opisać, ale gdybym już miała się uprzeć, żeby to zrobić, określiłabym to jako poczucie odrealnienia lub może bardziej wychodzenie poza rzeczywistość.

Tego dnia, gdy po raz pierwszy to poczułam, moi rodzice w domu bardzo się kłócili. Ja, aby tego nie słuchać, wyszłam sama na podwórko, co w latach osiemdziesiątych było rzeczą zupełnie normalną. Wtedy dzieci (nawet kilkuletnie) wychodziły same na podwórko i tam spędzały niemal całe dnie.

Ale ja wtedy nie miałam ochoty się z nikim bawić. Czułam się dziwnie. Byłam bardzo smutna. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że z tym światem, w którym żyję, jest „coś nie tak”. Cała ta rzeczywistość, w której byłam zanurzona, wydawała się niezrozumiała i po prostu zła. Myślałam sobie wtedy, że to wszystko nie tak powinno wyglądać. Czułam ogromny niepokój. Bałam się wrócić do domu. Bałam się kłótni, awantur o byle co, fizycznej przemocy ze strony ojca, braku akceptacji i wsparcia ze strony matki.

Tuż obok drogi, która przebiegała obok mojego domu, rosły stare kasztanowce. Pamiętam, że wtedy podeszłam do jednego z nich i próbowałam objąć go drobnymi rączkami. Ale nie byłam w stanie. Pień był zbyt gruby. Przytuliłam się więc do chropowatej, nagrzanej od słońca kory i zaczęłam płakać. To był niemy płacz. Nie taki, jakim zwykle płaczą pięcioletnie dzieci. Nie wydałam z siebie żadnego dźwięku, ale łzy płynęły mi ciurkiem po policzkach. Płakałam jak dorosła osoba.

„Nie chcę tu być! Zabierzcie mnie stąd! Ja się tu nie nadaję! Tu wszystko jest nie tak!” – coś we mnie wrzeszczało, tam w środku, buntowało się, nie zgadzało się na taką koszmarną rzeczywistość, pełną przemocy, permanentnego strachu, odrzucenia. Jakaś część mnie rozumiała, że świat nie powinien tak wyglądać. Choć miałam pięć lat, wiedziałam, a może bardziej… czułam, że to wszystko, co dzieje się wokół mnie, jest nienormalne. Nie tak powinna wyglądać rzeczywistość pięcioletniego dziecka.

Wtedy (nie mam pojęcia czemu?) nagle ogarnął mnie jakiś niewypowiedziany spokój i dziwny rodzaj ukojenia. Poczułam się tak, jakbym nagle wyszła poza rzeczywistość i zobaczyła świat „z boku”. Zupełnie tak, jakby to była tylko taka głupia, wymyślona gra, albo niezwykle wciągający film, podczas oglądania którego zatraciłam się bez reszty. A teraz ktoś nagle wyłączył całą fonię, a obraz rozmazał. I wtedy wszystko zastygło i straciło całą swoją moc i znaczenie.

To był pierwszy raz, kiedy doświadczyłam tego stanu. Potem to poczucie wracało w różnych sytuacjach, w różnym czasie, w różnych stanach emocjonalnych. Bardzo często doświadczałam go również zaraz po wybudzeniu się ze snu. Zwłaszcza, gdy to były „te” sny.

Od kilku lat doświadczam tego stanu bycia „poza rzeczywistością” niemal permanentne. Czym to skutkuje? Chyba tym, że złapałam nieprawdopodobny wręcz dystans do wszystkiego, co się wokół mnie dzieje. A to pomaga mi nie zwariować w świecie, w którym zdecydowałam się żyć, a do którego tak bardzo i pod każdym względem nie pasuję.

Czuję, że rzeczywistość nie jest tak naprawdę rzeczywista. Przychodzimy na ten świat doświadczać i uczyć się, odkrywać prawdę o sobie. Ale to tylko taka gra, symulacja, swoisty teatr cieni. I nic tak naprawdę się nie liczy oprócz tego, aby starać się żyć jak najlepiej i jak najpiękniej. Aby pokonywać swoje słabości i wciąż się doskonalić. Aby uczyć się kochać wciąż mocniej, pełniej i dojrzalej. Aby rozumieć coraz więcej każdego dnia.