Naucz się oddawać to, co kochasz.

To moje zadanie, z którym mierzę się już od kilku wcieleń. I chyba w tym obecnym dopiero nastąpił znaczący przełom. Jest łatwiej. Wraz ze wzrostem świadomości i każdym kolejnym doświadczeniem straty zaczynam wreszcie rozumieć.

W moim poprzednim życiu straciłam żonę. Umarła przy porodzie, a ja nie potrafiłam (wtedy nie potrafiłem) jej pomóc. Była wojna, żołnierze właśnie zaatakowali wioskę, a poród się przedłużał. Prawdopodobnie dziecko było źle ułożone. Pobiegłem po lekarza, ale nie udało mi się go znaleźć i sprowadzić na czas. Wkoło leżało pełno trupów. Wszyscy zostali rozstrzelani przez żołnierzy. Nasz dom ocalał, bo znajdował się dalej, na uboczu. Po powrocie do domu zastałam (em) ciszę. Żona nie żyła już. Jedynie jej matka siedziała przy łóżku i zamarła w bezruchu wcześniej wypłakawszy już wszystkie możliwe łzy.

To było niedługo po naszym ślubie. Malutka wietnamska wioska położona malowniczo wśród pól ryżowych. Nasze pierwsze, upragnione, wyczekane dziecko miało przyjść na świat. Tak bardzo kochałem swoją żonę. Była piękna i taka dobra dla mnie. Wręcz nie mogłem się już doczekać, kiedy urodzi się nasze dziecko i staniemy się prawdziwą rodziną. Tymczasem umarli oboje. A co gorsza, gdy umierali, mnie przy nich nie było. Nie potrafiłem sprowadzić pomocy ani ich ocalić.

To dziwne, ale do dzisiaj pamiętam ten przerażający, rozdzierający ból. Wybiegłem przed dom i przeraźliwie krzycząc upadłem w wielką kałużę, w to straszne błoto (deszcz padał nieprzerwanie od kilku dni). Byłem kompletnie mokry od deszczu, uwalany tym błotem. Płakałem bez końca. Nigdy nie pogodziłem się z tym, że moją żonę i dziecko zabrano mi w takiej chwili. Wtedy, gdy byłem tak bardzo szczęśliwy. To było tak strasznie niesprawiedliwe.

Do końca tamtego krótkiego życia nie udało mi się pokonać bólu i pogodzić ze stratą. Zaciągnąłem się do wojska i wkrótce zginąłem. Podejrzewam, że po prostu nie chciałem dalej żyć. Zapewne dałem się zabić, bo nie byłem w stanie znieść dłużej tego strasznego cierpienia po stracie żony i nienarodzonego dziecka.

O dziwo, w obecnym życiu również straciłam wiele bardzo bliskich mi osób. Może nie w sposób dosłowny, bo te osoby fizycznie nie umarły, ale po prostu musiały w ten czy inny sposób i z różnych ważnych powodów zniknąć z mojego życia. Wręcz miałam wrażenie, że chyba ciąży na mnie jakaś klątwa (wtedy jeszcze tak myślałam), bo gdy tylko pojawiał się w moim życiu ktoś, kogo pokochałam, od razu „zabierano mi go”. I znów pojawiało się to nieznośne uczucie bezdennego żalu, smutku, pustki i niesprawiedliwości. Dlaczego, gdy tylko kogoś prawdziwie pokocham, życie mi go zabiera?

Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. To było już po tym, jak urodził się mój syn. Myślę, że podświadomie czułam lęk, że to dziwne fatum sprawi, że i jego stracę. Wciąż żyłam w napięciu. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mogłabym go stracić. I wtedy, gdy mój synek miał trzy lata, zdarzyła się coś niezwykłego, co sprawiło, że coś we mnie drgnęło. Wtedy wszystko zrozumiałam.

Szłam ścieżką przez park. Był piękny słoneczny dzień. Mój synek biegał sobie wokoło, coś tam paplając pod nosem jak na typowego trzylatka przystało, zbierał sobie patyczki i listki, a ja napawałam się zapachem kwiatów i żywicy. Było mi tak dobrze. Ptaki śpiewały, pszczoły bzyczały i wszystko było na swoim miejscu. Przystanęłam i zapatrzyłam się w niebo. Stałam tak dobrą chwilę. I wtedy nagle zorientowałam się, że nie słyszę głosu mojego synka. Rozejrzałam się wokoło, ale nigdzie go nie zauważyłam. Tknęło mnie jakieś złe przeczucie. Zaczęłam go wołać i pobiegłam go szukać. Nagle zauważyłam, że droga przede mną nagle się urywa, a dalej jest wielkie urwisko. Przepaść. To właśnie w tę stronę szedł mój synek. Wiedziałam, że zapatrzony w swoje zebrane patyczki mógł nie zauważyć końca drogi i spaść.

Wpadłam w panikę. Zaczęłam krzyczeć. Wróciło nagle to samo uczucie, którego doświadczyłam wtedy, gdy w poprzednim wcieleniu straciłam żonę i dziecko. To koszmarne uczucie bezradności, bezsilności i wszechogarniającej rozpaczy. Miałam wrażenie, że nie przeżyję tego po raz kolejny, że mój umysł za chwile eksploduje, a serce pęknie z żalu.

I wtedy nagle, nie wiem skąd, pojawił się w mojej głowie głos. Mój głos, który mówił: „Obudź się! To jest tylko sen, obudź się! Obudź się!

Krzyczałam i… obudziłam się. Leżałam na wznak. Miałam otwarte usta. Nie mogłam ich zamknąć, nie potrafiłam się poruszyć. Byłam totalnie sparaliżowana. Czułam, jak po brodzie spływa mi stróżka śliny. A potem usłyszałam tuż obok jak mój synek wzdycha przez sen i przewraca się z boku na bok. Czy ktoś wymyślił jakieś słowo mocniejsze od ULGA? Bo to nijak nie oddaje tego uczucia, które towarzyszy człowiekowi, gdy jego dziecko przed chwilą spadło w przepaść, a potem nagle okazuje się być całe i zdrowe.

Czucie i możliwość poruszania się wracały mi powoli. Rozpłakałam się gdy już wreszcie mogłam. A potem zaczęłam myśleć nad tym wszystkim. I pewne rzeczy zaczęły mi się układać w głowie. A co, jeśli takie sytuacje nie są dziełem przypadku? A co, jeśli przydarzają mi się celowo? Co, jeśli specjalnie zostały dla mnie zaplanowane? Może właśnie po to, abym wreszcie nauczyła się oddawać to, co kocham?

Potem nagle uświadomiłam sobie, że słowo „oddawać” jest tu chyba jakąś pomyłką. Przecież ja tak naprawdę niczego nie mam. Kto w ogóle dał mi prawo wmawiać sobie, że MAM dziecko? Przecież ono nie jest moją własnością. Nie można posiadać osób. Nawet tych, które się kocha. One do nas nie należą. Mamy jedynie szczęście być z nimi, cieszyć się ich obecnością, uczyć się od nich. Czasem dłuższą, czasem krótszą chwilę, ale to nie do nas należy decyzja, kiedy dana osoba musi odejść z tego świata. Nie my decydujemy o tym, kiedy kończy się jej czas.

To właśnie wtedy uświadomiłam sobie jakże dobitnie, że ja tak naprawdę nic nie mam. I nigdy niczego nie będę mieć. Niczego nie posiadam. Posiadanie jest kolejną odsłoną iluzji, w której się znajduję podczas inkarnacji tu, na Ziemi. Nic nie jest nam tu dane, a raczej jedynie WYPOŻYCZONE na krótki czas. Dlaczego więc tak trudno mi było to zrozumieć i się z tym pogodzić?

Następnego dnia zabrałam synka do parku, na plac zabaw. Wciąż nie mogłam przestać myślec o tym śnie. I wtedy stało się coś dziwnego. Mój synek przystaną na chodniku na chwilę, a wtedy na daszku jego czapeczki usiadł motyl. Pospolity bielinek kapustnik. Zamachał skrzydełkami i ani myślał odlecieć. Mój synek, niczego nie świadomy, stał i patrzył na mnie z tym motylkiem na czapeczce. A ja patrzyłam na niego i na tego motyla jak na jakieś niezwykle zjawisko. I wtedy pomyślałam: „Mój syn jest jak ten motyl. Pojawił się w moim życiu na chwilę i zaraz odleci. I tak musi być.”

Motyl poderwał się i faktycznie odleciał. A ja poczułam się tak, jakby to już był ten moment, w którym muszę oddać moje dziecko. Bo przecież ten moment prędzej czy później nadejdzie. Mógł nadejść w każdej chwili. A ja musiałam być na to gotowa.

Nie byłam w stanie powstrzymać łez. Mój mąż dziwnie na mnie patrzył. Syn również. A ja nie potrafiłam im wytłumaczyć co właśnie działo się w mojej głowie. Przecież to takie „NORMALNE”, że właśnie rozwiązałam główny problem, z którym borykałam się od kilku wcieleń.

Przytuliłam mocno mojego synka. Przytuliłam go tak, jak przytula się kogoś, kogo widzi się po raz ostatni w życiu. I poczułam w sobie zgodę na to, by go oddać. By pozwolić mu odejść. W każdej chwili.

Pamiętam ten moment, jakby to było wczoraj. Bo to doświadczenie kompletnie zmieniło mój stosunek do oddawania tego, co kocham. Teraz już wiem, że nie mam co oddawać, bo nic tak naprawdę nie posiadam. A jednocześnie nigdy bardziej nie doceniałam każdego kolejnego dnia, gdy mogę cieszyć się obecnością osób, które są mi bliskie.

Tamtego dnia dokonał się wielki przeskok w mojej świadomości. Potem zostałam poddana kolejnej próbie. Sprawdzono mnie, czy aby na pewno przyswoiła sobie dobrze tę lekcję. Kilka lat później straciłam męża, którego bardzo kochałam. Ale tym razem poradziłam sobie z tą stratą dużo lepiej niż poprzednio. Przyjęłam to z większym spokojem. Szybko pogodziłam się z jego odejściem. A potem w miarę szybko stanęłam na nogi.

Bardzo ciekawych uczuć doświadczyłam kilka miesięcy temu, gdy mój dorosły już teraz syn wyjechał na studia. Ten sam, który jeszcze „wczoraj” stał na placu zabaw z motylem na daszku czapeczki. Byłam ciekawa, jak sobie poradzę z brakiem jego obecności. Czy dopadnie mnie syndrom pustego gniazda? Ale nie, nic się takiego nie wydarzyło. W końcu przygotowywałam się na jego odejście już tyle lat.

Jest we mnie wdzięczność. Wdzięczność za dar zrozumienia. I za uwolnienie się od lęku przed stratą. Nie można niczego stracić, gdy niczego się nie posiada. Przecież to takie proste. Tak cudownie proste.

2 myśli na temat “Naucz się oddawać to, co kochasz.”

  1. To, o czym piszesz, ja nazywam puszczaniem. Widzę znaczącą różnicę między tymi dwoma słowami – oddać a puścić. Kiedy puszczasz, nie odpychasz, ani nie zatrzymujesz. Każdy może zostać lub odejść.

    Polubienie

    1. Tak, zgadzam się. W pewnych sytuacjach można to tak nazwać. Dokładnie jak w tym powiedzeniu Małego Księcia: „Jeśli coś kochasz, puść to. Jeśli do ciebie wróci, jest twoje. Jeśli nie wróci, nigdy nie było twoje.”
      Ale w moim rozumieniu to można zastosować bardziej do osób, które przy nas są. Dotyczy dania im możliwości wyboru czy chcą z nami być, czy wolą jednak odejść. A więc to do nich należy świadoma decyzja.

      Ja starałam się bardziej skupić na ziemskiej perspektywie braku wyboru. Gdy osoba, którą kochasz, a która bardzo chce z tobą być, zostaje z niezależnych przyczyn od nas oddzielona. Czy to poprzez śmierć czy z dowolnych innych powodów. A więc to jest dokładnie tak, jakby zabrano ci bez twojej zgody, a wręcz przy twoim jawnym sprzeciwie to, co kochasz. Dlatego mówię o ODDAWANIU. I o iluzji posiadania. Nawet sposób, w który mówimy o osobach, które kochamy (MÓJ mąż, MOJA żona, MOJE dziecko) sugerowałby, że to, co kochamy należy do nas. Słowo MÓJ określa stan posiadania. A więc własność. W każdym razie większość znanych mi ludzi tak to rozumie. I mnie tego uczono. Tymczasem odkryłam, że jest zupełnie inaczej.

      Zaczynam uczyć się kochać bez przywiązywania się. To dla mnie nowe doświadczenie. Dziwne. Wszystko zaczęłam postrzegać jako bardzo ulotne i eteryczne. Ciągle poczucie odrealniania. Jakbym śniła sen nazywany rzeczywistością. Albo żyła w jakiejś innej, równoległej rzeczywistości. Piękne, ale jednocześnie trudne doświadczenie. Jest tak bardzo inaczej, że wciąż nie mogę się wciąż przyzwyczaić.

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do Nadwydajna Anuluj pisanie odpowiedzi