Trudne doświadczenia i… spokój.

Od pewnego czasu zauważyłam, że trudności, które na codzień napotykam w życiu, przestały mnie przerażać i martwić. Mam do nich bardzo neutralny stosunek. A czasem wręcz… pozytywny. Oczywiście dawniej było inaczej. Pamiętam takie czasy mojej młodości, kiedy przerażało mnie prawie wszystko. Wszystkiego się bałam. Bałam się, że sobie nie poradzę.

A potem przychodziły kolejne naprawdę trudne doświadczenia, a ja sobie jakoś radziłam. Zawsze i ze wszystkim. Czasem bywało bardzo ciężko.

Z mojego wczesnego dzieciństwa dostałam w prezencie PTSD. Taki spadek, po wychowywaniu się w dysfunkcyjnej rodzinie, gdzie przemoc fizyczna i psychiczna była na porządku dziennym. Przypadłość ta, niezdiagnozowana i nieleczona przez kolejne 20 lat przekształciła się w Neurological Funcional Disorder (niestety nie znam polskiej nazwy tej choroby). Od 15-go roku życia jestem więc poważnie chora. Nieuleczalnie. Dwa lata swojego życia spędziłam w zasadzie na wózku inwalidzkim mając bardzo poważne problemy z poruszaniem się. W dodatku żyłam w niewiedzy odnośnie mojego stanu zdrowia, bo przez te 20 lat lekarze nie potrafili mnie właściwie zdiagnozować. Ta choroba bardzo boli. Fizyczny i psychiczny ból jest moją codziennością, Ale już się przyzwyczaiłam i zaakceptowałam to.

Poprawną diagnozę postawiono mi dopiero, gdy miałam 35 lat. I wtedy też zaczęto mnie leczyć.

W międzyczasie urodziłam dziecko. Autystyczne. Kto nigdy nie wychowywał autystycznego dziecka, nawet nie jest sobie w stanie wyobrazić jak to jest.

Wiem, co to znaczy żyć bardzo biednie, gdy brakuje nawet na chleb, na opłaty, na wszystko. Wiem, jak to jest ślęczeć po nocach przerabiając swoje stare swetry i spodnie na ubranka dla dziecka. Bo ono rośnie, w stare już się nie mieści, a nie ma za co kupić nowych. Bywałam w swoim życiu głodna, zdana na łaskę i niełaskę innych ludzi.

Po ponad dwudziestu latach moje niełatwe małżeństwo się rozpadło. On odszedł do młodszej, zdrowszej i bardziej „normalnej”. Zostałam zupełnie sama, chora, z ośmioletnim, autystycznym synem, w obcym kraju, bez pracy i dobrej znajomości języka. Nic, tylko palnąć sobie w łeb.

A jednak postanowiłam żyć. Na przekór wszystkiemu. I (o dziwo!) jakoś dałam radę. Wygrzebałam się ze straszliwego dołka, stanęłam solidnie na nogi. Stałam się niezależna finansowo. Do tego poznałam dobrego, kochanego człowieka, który zaakceptował mnie i pokochał z całym „dobrodziejstwem inwentarza”, i z którym jestem do dziś.

Gdy wspominam swoje (wcale nie krótkie już) życie, wydaje mi się ono jakieś takie… nierzeczywiste. Za trudne, zbyt bolesne, zbyt skomplikowane, nierealne. Tak trudne i pokręcone życiorysy nie zdarzają się często.

Ale jedno się we mnie zmieniło. Przestałam się bać. Zaczęłam myśleć, że skoro poradziłam sobie z tyloma naprawdę trudnymi doświadczeniami w swoim życiu, to już ze wszystkim sobie poradzę, cokolwiek los by jeszcze dla mnie zaplanował.

Jest we mnie spokój.

To nieprawdopodobne, że tak mała, delikatna i krucha istotka, jaką jestem, jest jednocześnie tak bardzo odważna, wytrzymała, twarda, elastyczna, wytrwała i zdeterminowana. Nie spodziewałam się odkryć w sobie tych wszystkich cech. A jednak one we mnie są. Taka właśnie jestem.

Do tego wszystkiego całkiem nieźle u mnie z pogodą ducha, poczuciem humoru, uczuciem osobistego i zawodowego spełnienia i ogólnym zadowoleniem z własnego życia.

Czasem to sobie myślę, że trudne doświadczenia pojawiają się w naszym życiu po to, abyśmy mogli poznać prawdę o sobie. O tym, kim naprawdę jesteśmy i jacy jesteśmy. Trudne doświadczenia odkrywają naszą prawdziwą naturę.

Pod wpływem trudnych doświadczeń z ludzi wyłażą czasem najgorsze cechy charakteru. Ci z natury złośliwi, małostkowi i egoistyczni stają się wtedy naprawdę podli. Wyłażą z nich prawdziwe potwory. A inni, ci z natury dobrzy i szlachetni, jeszcze bardziej się mobilizują ukazując nierzadko heroiczne usposobienie. I czasem, poprzez swoje niezwykłe czyny stają się prawdziwymi bohaterami.

Jak to mówi stare chińskie przysłowie… „wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono”. I to jest prawda. Dopóki sam nie znajdziesz się w danej sytuacji, nie wiesz co zrobisz i jak zareagujesz. To się musi wydarzyć, abyś mógł się pewnych rzeczy o sobie dowiedzieć.

Czasem, gdy się nad tym głębiej zastanowię, to sobie myślę, że trudne doświadczenia mają jednak sens i są bardzo potrzebne. One są dla każdego człowieka jak sprawdzian z człowieczeństwa. A ten spokój, który jest we mnie, to chyba dobry znak. Czuję, że wszystkie dotychczasowe sprawdziany zaliczyłam na piątkę. Nie wszystko było idealnie, ale było… naprawdę dobrze. I to wystarczy.

Ale to jeszcze nie koniec. Wciąż żyję i kolejne doświadczenia przede mną. Czy w chwili, gdy będę umierać, będzie we mnie ten sam spokój? Co mnie jeszcze czeka? Mam nadzieję, że niczego w swoim życiu już poważnie nie schrzanię, bo naprawdę podoba mi się ten spokój.

3 myśli na temat “Trudne doświadczenia i… spokój.”

  1. FND – czynnościowe objawy neurologiczne. Też jestem WWO, też mam trudną drogę za sobą, wiem więc o czym piszesz. Wszystko przerobiłam na wartość i lekcje, które mnie dużo nauczyły. Jedno z dzieci też jest WWO, drugie z ADHD, trzecie spectrum autyzmu, prawdopodobnie po mężu, co sam zauważył po latach 45. Dopiero…
    Jak dotąd nie doszłam do większych konkluzji czy spokój to oby na pewno właściwe słowo. Może angielskie słowo „stillness” będzie lepsze. Bo mój spokój, to taki bezruch w najgłębszych warstwach mnie, mimo emocji, które zwykle są gdzieś płycej.
    Wszystkiego dobrego.

    Polubienie

    1. Cześć Anita.
      Zerknęłam dzisiaj na twój blog i oniemiałam. Jakbym czytała o sobie. Niezwykłe sny, przeczucia, ukrywanie przed ludźmi swojego światła, samotność, spotkanie z duchem opiekuńczym… A gdy przeczytałam o tym jak pisałaś, że „urodziłaś się zmęczona życiem” to przeszły mi ciarki po plecach. Bo to dokładnie tak jak ja.
      Wiesz, że ja swojego syna też poznałam we śnie. Przyśnił mi się dokładnie tej nocy, kiedy zaszłam w ciążę. Wiedziałam, że będzie chłopak. I też pamiętam to jego spojrzenie z tamtego snu.
      Podobnie, jak ty, nigdy nikomu o tym nie mówiłam. Próbowałam kiedyś opowiedzieć o tym mojemu synowi, ale mi nie uwierzył.
      Ja też to wszystko noszę w sobie. Choć czasem czuję, że to się we mnie nie mieści. Chciałoby się uwolnić, eksplodować i polecieć w świat. Ale wiem, że to niemożliwe. Bo nie po to tu jestem.

      Zadziwiające, jak bardzo mało wiedzą o prawdziwej mnie osoby, które mnie otaczają. Muszę się ukrywać podobnie jak ty, aby być zaakceptowaną i móc pełnić swoje funkcje i wykonywać zadania, które wybrałam sobie na to wcielenie. Jestem jak góra lodowa. Widać tylko wierzchołek, ten, który wystaje ponad taflę wody (czyli to, co ja sama chcę ludziom pokazać). Cała reszta jest schowana. I wiem, że tak musi być. Wiem, jak trudno jest udawać kogoś, kim się nie jest. Ale przecież wiedziałam, że to tak będzie. Sama zgodziłam się na to.

      Fajnie, że jesteś. Bo to znaczy, że jest nas więcej. Tylko gdzieś tam jesteśmy porozrzucani i schowani przed światem.
      Jakże bym chciała spotkać się z tobą i posłuchać o twoich snach. I opowiedzieć ci moje.
      Przytulam najpiękniej!
      Joanna

      Polubione przez 1 osoba

      1. Kiedy weszłam na Twój blog i przeczytałam kawałek wpisu coś poczułam… Tylko nie potrafię tego jeszcze opisać, bo czuję to pierwszy raz… Ale to było wyraźne i dało się wyróżnić. Było… ciepłe. Co ma być to będzie (w kwestii tego spotkania). Jak mamy się znaleźć, to się znajdziemy. Tak lub inaczej.
        🙂

        Polubienie

Dodaj odpowiedź do Anita Anuluj pisanie odpowiedzi