Hiperestezja – przyjaciel czy wróg?

Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Znowu nasuwa mi się odpowiedź: „to zależy”.

Jako osoba nadwydajna i nadwrażliwa, doświadczam hiperestezji na codzień i mam do niej bardzo ambiwalentny stosunek. Nadwrażliwość na bodźce zewnętrzne zwana też przeczulicą jest czymś, co niewątpliwie zmienia percepcję postrzegania świata i rzeczywistości. Czasem na lepsze, czasem na gorsze.

Ogólnie rzecz ujmując hiperestezja sprawia, że osoba jej doświadczająca żyje w świecie skrajności. Wszystko jest albo za jasne, albo za ciemne. Za zimne albo za gorące. Sweterek może być za różowy, kurtka za śliska, buty za twarde, ogórek zbyt gorzki, zupa za gorąca, tramwaj za głośny, itp. Wszystko wydaje się być zbyt intensywne. Dotyczy to również odczuwania emocji. Hiperestetyk równie często płacze z bólu, ze wzruszenia, ze smutku, co z radości.

Najpierw zajmijmy się tą lepszą, pozytywną stroną. Prawda jest taka, że osobom takim, jak ja, nie potrzeba wiele do szczęścia. Cieszy nas każda pierdoła, każdy drobiazg. Czyjś uśmiech, radość, śpiew ptaka, motyl siedzący na kwiatku, żaba na łące czy ciekawy kamień przy drodze. Wszystko nas zachwyca, zadziwia, fascynuje. Podziwiam kształt przepływających obłoków, zastanawiam się nad intensywnością kolorów, słyszę cykanie świerszczy. Wszędzie wokół widzę piękno. W drobiazgach. I to sprawia, że czuję się szczęśliwa. Zapach bzu czuję z odległości dwudziestu metrów, z ogrodu sąsiada. Ale jak sąsiad zapali skręta, to tez czuję, z tej samej odległości. Nie cierpię zapachu dymu tytoniowego. Nawet, jeśli zapaliłeś papierosa rano, na dworze, to ja wyczuję resztki zapachu dymu tytoniowego na twojej koszuli, gdy wieczorem wrócisz do domu. Nic się przed moim nosem nie ukryje. Nie zawsze mówię głośno o tym, co widzę i czuję. Często ukrywam to, że wiem. Ale mam pełną świadomość co się dzieje wokół mnie. Moje zmysły mnie o tym informują.

Zapewne każdy z was był kiedyś w kinie i oglądał film w 3D. Zakładasz specjalne okulary i nagle świat wokół się zmienia, wygląda inaczej. Otóż my tak mamy przez cały czas. Hiperestezja to takie okulary właśnie, przez które odczuwa się świat inaczej. Ale to takie okulary, które zmieniają nie tylko bodźce wzrokowe, ale wszystkie inne też. Więc jeśli oglądasz w 3D piękne sceny podwodne kręcone w oceanie, to wzdychasz z zachwytu oglądając rafy koralowe czy ławice przepływających ryb. Ale jeśli nagle w twoją stronę płynie rekin…

No właśnie. I tu jest druga strona medalu. Bo te negatywne bodźce też są dodatkowo wzmacniane. A to nierzadko powoduje cierpienie, lęk, dyskomfort, a nawet fizyczny czy psychiczny ból. Przykład z życia?

Ileż to razy słyszę jak ktoś mówi, że idzie się zrelaksować pod prysznicem. Dla nie to abstrakcja. Branie prysznica bynajmniej nie uważam za relaksujące. To dla mnie zawsze olbrzymi stres. Kąpię się, bo muszę, żeby nie śmierdzieć. Nie dlatego, że to jest przyjemne.

Myślenie rozgałęzione

Wchodzę wieczorem do łazienki. Pod prysznicem nie widzę maty antypoślizgowej. Leży zwinięta obok. Mój mąż zawsze ją wyjmuje, gdy się kąpie. Zastanawiam się czy ją rozłożyć. Nie chce mi się trochę. Myślę sekundę, może dwie. A w tym czasie w mojej głowie galopują niezliczone myśli we wszystkich możliwych kierunkach. Wiem, że jednak powinnam ją rozłożyć. Tak będzie rozsądniej. Bo wiem, że przytłoczona nadmiarem bodźców często tracę poczucie równowagi. Boję się, że bez niej upadnę. Mój zapobiegawczy umysł przestrzega mnie i potępia lekkomyślność. Myślenie – a może się nic nie stanie, nie jest dla mnie. W jednej sekundzie widzę oczami wyobraźni, jak się przewracam i łamię rękę czy nogę. Widzę jak przyjeżdża po mnie karetka, jak wiezie mnie do szpitala, jak robią mi prześwietlenie, pakują w gips, a potem leżę unieruchomiona przez całe tygodnie. Zastanawiam się kto będzie w tym czasie dbał o moje zwierzęta? Co się stanie z moją pracą? I czy ta złamana ręka zrośnie się prawidłowo? Jak ja dam radę spać ze złamaną ręką czy nogą? Przecież wtedy nie będę mogła spać w mojej ulubionej pozycji. A jeśli zatrzymają mnie w szpitalu dłużej? A co, jeśli szpitalne łóżko będzie niewygodne? Nie cierpię szpitali. Są ponure, nudne, zbyt głośne i śmierdzą.

Mój umysł w ciągu dosłownie dwóch sekund przewala tony różnych ewentualności i wiem już wszystko. Nie, dziękuję! Nie zaryzykuję wejścia do wanny bez maty. Może i nic by się nie stało, ale… po co ryzykować? To bez sensu narażać siebie i swoją rodzinę na jakieś głupie problemy i niedogodności, które wcale nie muszą się wydarzyć. Wystarczy trochę zapobiegliwości.

Jak to jest z tą przeczulicą?

Wkładam matę i wchodzę pod prysznic dygocąc z zimna. Dygocę zawsze (pomijając tylko te letnie, upalne dni), bo gdy tylko rozbiorę się do naga, od razu zaczynam marznąć. Odkręcam kurek i moje uszy natychmiast bombarduje zbyt intensywny dźwięk wody wypływającej z prysznica. Ten dźwięk boli. Jest bardzo, bardzo nieprzyjemny dla mojego mózgu. Próbuję ustawić temperaturę wody, ale jest to trudne, bo moje ciało toleruje wodę tylko o określonej temperaturze. Jeśli będzie dwa stopnie za ciepła lub za zimna, to już jest dla mnie nie do przyjęcia.

Najgorszy jest ten pierwszy moment, kiedy spływająca woda zaczyna uderzać w moje ciało. Czuję to tak, jakby spadały na mnie szpilki, a nie krople wody. Koszmarne uczucie. Tak jest przez kilkanaście pierwszych sekund. Potem mózg zaczyna się przyzwyczajać i jest bardziej znośnie. Wciąż reguluję temperaturę, bo woda wydaje mi się to za zimna, to za gorąca. Niektóre szampony pachną zbyt intensywnie. Wybieram więc te bardziej neutralne zapachowo.

I nie, nie mogę sobie po prostu napuścić wody do wanny i się wykąpać, bo nie zniosłabym takiego marnotrawstwa. Wolę już się przemęczyć i zaoszczędzić trochę. Kąpiele w wannie są nieekologiczne.

Staram się załatwić sprawę jak najszybciej. Pięć minut i zakręcam kurek z wodą. Znowu jest mi przeraźliwie zimno i trzęsę się jak galareta. Biorę ręcznik (wypłukany w płynie zmiękczającym) i okrywam się nim. Równie dobrze mogłabym się wycierać papierem ściernym. Boli. Nadwrażliwa skóra cierpi. Zakładam na siebie od razu coś ciepłego. Mięciutką, polarową bluzę, albo szlafrok. Idę do łóżka, gdzie już czeka na mnie mój mąż. Przytulam się do niego wciąż dygocąc. Śmieje się ze mnie i próbuje mnie przedrzeźniać naśladując moje szczękanie zębami. Ponieważ robi to bardzo dobrodusznie, nie złośliwie, ja też zaczynam się z siebie śmiać. A potem mąż zadziornie zadaje mi zawsze to samo pytanie: „Kochanie, nie mogłabyś kiedyś, tak dla odmiany, wykąpać się w ciepłej wodzie?”.

Wtulam się w gorące ciało ukochanego partnera. Jest mi dobrze. Czuję jego znajomy zapach, delikatny szelest pościeli. Lampka przy łóżku roztacza wkoło słabe, ciepłe światło, wiatr szepcze coś za oknem. I to natychmiast mnie uspokaja. Mój mózg powoli się wycisza. Przestaję dygotać. Jest mi dobrze, czuję taką błogość. Jestem szczęśliwa.

Hiperestezja jest nieodłącznym towarzyszem osoby nadwrażliwej i nadwydajnej. Dla ludzi nią dotkniętych wykonywanie najprostszych nawet i najbardziej oczywistych czynności bywa czasem bardzo trudne. Jesteśmy wciąż narażeni na stresujące sytuacje. Ale też równie często potrafimy doświadczać stanu absolutnej błogości i szczęścia. Ot… takie życie na karuzeli.

Tylko… jakoś do tej pory nie mogę się do tego przyzwyczaić.

Ziemia – kosmiczne przedszkole

Jako ludzkość bezustannie zwracamy nasze oczy w stronę odległych gwiazd. Zastanawiamy się, czy jesteśmy sami we wszechświecie. Zadajemy sobie mnóstwo pytań odnośnie potencjalnie istniejących inteligentnych istnień i budowanych przez nie cywilizacji. W obecnych czasach większość naukowców skłania się ku poglądowi, że to niemal niemożliwe, abyśmy byli jedynymi inteligentnymi istotami w tak wielkim, nieskończonym wszechświecie. I stawiają pytanie: “czy te inne, inteligentne istoty kiedykolwiek nas odwiedzą?” (lub: “czy my, ludzie, kiedykolwiek zbudujemy na tyle potężne statki kosmiczne, że będziemy w stanie polecieć do nich?”

Mnie się jednak nasuwają inne pytania. Czy jest sens w tym, aby nasze cywilizacje się spotkały? Po co mielibyśmy to robić? Wyłącznie przez ciekawość? I czy mogłoby z tego wyniknąć cokolwiek dobrego?

Albo inne, równie ważne pytanie – czy w obecnym momencie jesteśmy na takie spotkanie gotowi?

Ze wszystkimi naszymi ziemskimi problemami jesteśmy niczym kosmiczne przedszkole. Borykamy się z powszechną ignorancją, przemocą, agresją, brakiem empatii, a co najgorsze… nie rozumiemy siebie na wzajem. Ludzkość stanowi osiem miliardów zupełnie odrębnych, samotnych istnień. Stanowimy jeden gatunek, który mówi mnóstwem różnych języków, a i nawet w obrębie jednego narodu, czy jednej, bliskiej rodziny, często nie jesteśmy w stanie się porozumieć i co ważniejsze – zrozumieć. Pod tym względem przewyższają nas nawet psy, bo jeśli argentyński pies spotka na swojej drodze chińskiego psa, to każdy z nich będzie doskonale rozumiał o co chodzi temu drugiemu. Ich właściciele natomiast… niekoniecznie.

Jak to możliwe, że wciąż jeszcze nikt nie wpadł na pomysł, aby w każdym zakątku Ziemi dzieci uczyły się obowiązkowo jednego, wspólnego języka (oprócz tego rodzimego)? I czy to takie trudne rozeznać się w tym, który spośród wszystkich ziemskich języków jest najbardziej odpowiedni? Oczywiście mogę się mylić, ale ja stawiałabym na angielski. I nie dlatego, że lubię Amerykanów czy Anglików. Angielski jest językiem prostym do nauczenia się, nawet dla osoby dorosłej, większość poważnych prac naukowych jest napisana po angielsku lub na angielski przetłumaczona, znaczna część najbardziej popularnych piosenek muzyki rozrywkowej jest śpiewana po angielsku. Angielski jest językiem polityki. W dodatku bardzo wiele osób na świecie już zna ten język. Więc byłoby najłatwiej. Ileż by to ziemskich problemów rozwiązało. Dlaczego więc nie jest to priorytetem? Czemu nikt nawet nie wspomina o takiej konieczności?

Czasem, gdy obserwuję świat, mam wrażenie, że ludzkość zajmuje się wszystkim, tylko nie tym, co naprawdę ważne. Też macie takie odczucia?

Wojny, religie, zorganizowana przestępczość, chciwość i egoizm, korupcja, nacjonalizm i terytorializm, nierówności społeczne, brak równego dostępu do edukacji, nękające nas choroby, bieda, głód. Długo jeszcze można by wymieniać. Do tego jeszcze nieustanne zagrożenie nuklearną zagładą, postępujące zanieczyszczenie i degradacja środowiska naturalnego. Czy na pewno wszystko jest z nami ok?

Choć technicznie ludzkość rozwija się bardzo szybko, to pod względem mentalnym i emocjonalnym uparcie stoimy w miejscu. Na poziomie stosunków międzynarodowych wciąż toczymy takie same bójki jak pięciolatki w przedszkolu. Każdy chce być najważniejszy i zagarnąć jak najwięcej dla siebie.

Czy wobec tego zasługujemy na uwagę i kontakt z inną cywilizacją? I czy jesteśmy w jakikolwiek sposób atrakcyjni dla potencjalnego kosmity? A może oni nie przylatują, bo się nas po prostu boją? Jesteśmy chciwi, grubiańscy, egoistyczni i nieobliczalni.

A może oni już od dawna tu są i tylko nas obserwują. Może jesteśmy dla nich jedynie ciekawym zjawiskiem i patrzą na nas tak, jak ja codziennie podglądam moje izopody i rybki w akwarium?

A gdyby nawet taki bezpośredni kontakt nastąpił… jaki mógłby być scenariusz takiego spotkania? Co mogłoby się wydarzyć? I czy nie przypominałoby to trochę eksperymentu, w którym ktoś wpuściłby delfiny i krokodyle do jednego basenu z nadzieją, że te dwa gatunki jakoś się dogadają?

A co, jeśli w tym wypadku krokodyle, to my?

Posłanie do nadwrażliwych

napisał Kazimierz Dąbrowski

Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi
Za Waszą czułość w nieczułości świata
Za niepewność wśród jego pewności

Bądźcie pozdrowieni za to,
Że odczuwacie innych tak, jak siebie samych

Bądźcie pozdrowieni za to,
Że odczuwacie niepokój świata
Jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie

Bądźcie pozdrowieni
Za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata
Za Wasz lęk przed bezsensem istnienia
Za delikatność niemówienia innym tego, co w nich widzicie

Bądźcie pozdrowieni
Za Waszą niezaradność praktyczną w zwykłym i praktyczność w nieznanym
Za Wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego

Bądźcie pozdrowieni
Za Waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich
Za Wasze zachłanne przyjaźnie i lęk,
Że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed Wami

Bądźcie pozdrowieni
Za Waszą twórczość i ekstazę
Za nieprzystosowanie do tego co jest,
A przystosowanie do tego, co być powinno

Bądźcie pozdrowieni
Za Wasze wielkie uzdolnienia nigdy niewykorzystane
Za to, że niepoznanie się na Waszej wielkości
Nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po Was

Bądźcie pozdrowieni
Za to, że jesteście leczeni zamiast leczyć innych

Bądźcie pozdrowieni
Za to, że Wasza niebiańska siła
Jest spychana i deptana przez siłę brutalną i zwierzęcą
Za to, co w Was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego
Za samotność i niezwykłość Waszych dróg

Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi

Kazimierz Dąbrowski (1902-1980) był jednym z najwybitniejszych spośród polskich psychiatrów i psychologów klinicznych. Jest twórcą teorii dezintegracji pozytywnej (TPD), którą stworzył w oparciu o wieloletnie doświadczenia zdobywane podczas pracy klinicznej i akademickiej.

Książkę „Dezintegracja pozytywna” przeczytałam gdy miałam dwadzieścia jeden lat i była to jedna z najważniejszych książek mojego życia. Lektura trudna, napisana fachowym językiem, ale pomogła mi zrozumieć pewien bardzo ważny proces, który zachodził wtedy w mojej psychice. Myślę, że mogę śmiało powiedzieć (nie przesadzając), że pan profesor tą książką ocalił mi wtedy życie. Dziękuję, drogi panie profesorze!

Zainteresowania i pasje

Mam ich tak wiele, że trudno je wszystkie wymienić (nadwydajny umysł ciągle musi mieć przecież jakiś zajęcie). I jeśli coś mnie zainteresuje (a moja ciekawość świata jest ogromna i nieustająca), to chcę wiedzieć o tym wszystko. Dlatego zagłębiam się w interesujący mnie akurat temat i pochłania mnie on niemal bez reszty. A gdy się nim nasycę, umysł wynajduje sobie kolejną rzecz, kolejny temat i przeskakuje na niego. Drąży, wgryza się, analizuje, po czym (uznawszy, że już dowiedział się wystarczająco) szuka czegoś nowego. Bez końca. Tak więc trochę się już tych pasji nazbierało. I zapewne każdej z nich z czasem poświęcę oddzielny post. Na razie tylko bardzo skrótowo.

Jestem muzykiem (mam wykształcenie muzyczne). Gram na ośmiu instrumentach (fortepian, gitara, ukulele, ksylofon, flet poprzeczny, harfa, tin whistle, lira i melodyka).

Komponuję. I to różne rzeczy. Nie tylko utwory fortepianowe, ale też piosenki (zarówno tekst jak i melodię), głównie dla dzieci. Często sama te piosenki aranżuję na własny użytek. Ale najczęściej trafiają one do profesjonalnych aranżerów i lądują w podręcznikach do nauczania przedszkolnego. Mimo tego, że od ponad piętnastu lat nie mieszkam w Polsce, to najbardziej znane polskie wydawnictwa ciągle je ode mnie kupują. Jeśli twoje dziecko chodzi do przedszkola, bardzo prawdopodobne, że właśnie chodzi po domu i nuci którąś z napisanych przeze mnie piosenek.

Napisałam też kilka książeczek i wierszy dla dzieci. Część została wydana, część dalej leży w szufladzie.

Malarstwo wciągnęło mnie dawno temu. Maluję amatorsko, ale ponoć nieźle. Nawet udało mi się kiedyś wygrać jakiś wojewódzki konkurs dla amatorów. Zorganizowałam kilka wystaw na których sprzedałam swoje prace. Ale gdy wyjechałam z Polski zrezygnowałam z tego typu zarobkowania. Mam teraz inne, bardziej atrakcyjne finansowo i ciekawsze zajęcie.

Dendrologia to jedna z moich ulubionych pasji. Kocham drzewa i wiem o nich prawie wszystko. Skąd pochodzą, na jakich glebach lubią rosnąć, kiedy kwitną, jak się rozmnażają , itd. Potrafię rozróżnić z odległości 30 metrów niemal każdy gatunek, nawet zimą, gdy drzewa nie mają liści. Wyłącznie po samym pokroju drzewa (czyli charakterystycznym wyglądzie pnia i układzie gałęzi).

Psychologia. Studiowałam psychologię. Jednak (z wielu powodów) studiów nie ukończyłam. Szkoda. Ale badanie funkcjonowania ludzkiej psychiki uważam za jeden z najciekawszych aspektów współczesnej nauki. Wiedzę zdobytą na studiach pielęgnuję i wciąż rozwijam. Bardzo przydaje mi się w pracy.

Sporo wiem też o grafologii. Skończyłam kurs, przeczytałam wiele książek, zebrałam mnóstwo próbek przeróżnych charakterów pisma. Przez pewien czas miałam totalnego świra na tym punkcie. Potem jakoś porzuciłam to zajęcie. Ale zdobyta wiedza została mi do dziś i czasem z niej korzystam.

Akwarystyka. Mam dwa spore zbiorniki. Jeden 240 litrów, drugi 80 litrów. Obok większego akwarium stoi mój ulubiony fotel. To moje miejsce do wyciszenia i medytacji. Nic mnie tak nie relaksuje, jak siedzenie wieczorem przy akwarium i gapienie się na rybki, o których wiem naprawdę sporo. Włożyłam też niemało wysiłku, by odwzorować ich naturalny biotop.

Był też czas, kiedy dużo, często i sprawnie posługiwałam się maszyną do szycia. Szyłam ubrania, plecaki, torby, ale też zabawki dla mojego synka. Sama je projektowałam i wykonywałam. Bardzo lubię też wszelkie inne robótki ręczne – szydełkowanie, robienie na drutach, itp.

Ogród to mój świat. Jest niewielki, przy domu, ale jest tam wszystko, czego potrzeba mi do szczęścia. Pomidory w donicach, mnóstwo kwiatów. Szkółka samodzielnie posadzonych drzewek. Wysiewam drzewa z nasion do doniczek, a gdy trochę podrosną nasadzam gdzieś w okolicy.

Pszczoły i trzmiele. Uwielbiam je i już od lat, każdej wiosny wszędzie, gdzie tylko mogę, sieję dla nich facelię, chabry, ogórecznik i inne niewymagające kwiaty. Znajomy nazwał mnie kiedyś „siewcą chwastów”. Odebrałam to jako komplement. Zawsze, każdego roku mój ogród bzyczy i buczy. Uwielbiam patrzeć na pracujące trzmiele. Poczciwe, niezdarne bzykadełka. A jak fantastycznie zapylają moje pomidory!

Kury. Mam w ogrodzie stadko bardzo oswojonych kur. Sama je „wysiedziałam” (oczywiście używając do tego celu inkubatora) i wychowałam. Jedzą z ręki, same wskakują na kolana, nawet z powodzeniem udawało mi się je tresować. Kury są bardzo uczuciowe i generalnie fajne. A mój kogut, to już cud natury. Najukochańszy zwierzak, jakiego kiedykolwiek miałam.

Oprócz kur mam jeszcze dwa koty i małe stadko świnek morskich. A w starym akwarium, w pokoju mojego syna, hoduję izopody (takie robaczki, które można znaleźć w ogrodzie pod każdą doniczką). Urocze stworzonka.

Jedną z moich ostatnich i najnowszych pasji są wycinanki łowieckie i kurpiowskie. Odkryłam sztukę ludową zupełnie przypadkiem. Zawsze lubiłam papier i rzeczy zrobione z papieru. Pewnego dnia, przeglądając internet natknęłam się na kilka ciekawych wzorów i postanowiłam je odtworzyć. I od tamtego czasu, gdy najdzie mnie ochota, wycinam sobie piękne łowickie kwiaty. Kiedyś tylko kopiowałam. Teraz tworzę już własne wzory w oparciu o te ludowe. To bardzo relaksujące zajęcie.

To tylko część moich zainteresowań. Więcej się tu nie zmieści.

Nie wspomniałam przecież jeszcze ani słowa o mojej największej pasji, która obecnie zajmuje niemal cały mój czas i jest jednocześnie moją pracą zawodową. Ale o tym i innym już następnym razem.

Piąty wymiar

Typowy człowiek żyje w czterowymiarowym świecie, w którym każdy napotkany obiekt ma swoją długość, szerokość, wysokość i czas istnienia. Obiekty zmieniają swoją wielkość, miejsce, kierunek ruchu, gęstość, kształt, temperaturę, stan skupienia, ciężar, masę, kolor, itp.

Zdecydowana większość ludzi których dane mi było poznać w moim (już nie tak krótkim) życiu, postrzega świat jako zbiór odrębnych przedmiotów, istnień, zjawisk doświadczających (świadomie lub nie) swojej egzystencji w takim właśnie czterowymiarowym świecie. Z czego każdy z elementów tego świata istnieje oddzielnie. To dziecko jest innym, odrębnym bytem od tamtego dziecka. Ten kamień jest inny od tamtego. Stanowią dwa, zupełnie różne kamienie. Tak więc w świadomości typowego człowieka świat jest niczym innym, jak zbiorem zupełnie odrębnych, indywidualnych elementów świata ożywionego i nieożywionego. Każdy jest indywidualnością i istnieje dla siebie, a dopiero w drugiej kolejności współistnieje z innymi. Najważniejsze jest JA, potem TY, a dopiero na końcu MY.

Osoby hiper-empatyczne, nadwrażliwe i nadwydajne widzą świat zupełnie inaczej. Stąd też wynikają ich odstające od normy zachowania w różnych sytuacjach. Pozwólcie mi to dokładnie wytłumaczyć.

Fizyka kwantowa wspomina coś nieśmiało o naczyniach połączonych, o tym, że wszystko tak naprawdę jest jednym, ale poza garstką naukowców-dziwolągów nikt się tym w zasadzie nie przejmuje. Nikt nie zwraca na to uwagi. Każdy człowiek żyje sobie normalnie, jak dotąd. Obchodzi go przede wszystkim własny nos, własny los, własne problemy, własne dzieci, własna praca, własny samochód, urlop, konto w banku, itd. Od czasu do czasu (ten, co bardziej wrażliwy i uczynny) zaangażuje się w jakąś pożyteczną akcję społeczną, da na WOŚP, wpłaci grosik na specjalne konto, aby dołożyć się do kosztów operacji czy leczenia chorego dziecka. Tym samym zafunduje sobie dobre samopoczucie i podbuduje poczucie własnej wartości. Ale ciągle świat się obraca w polu JA – ONI.

Dla nad wydajnego umysłu pojęcie JA w zasadzie nie istnieje. A nawet jeśli, to jest gdzieś tam, daleko, na szarym końcu. Jest tylko jedno najważniejsze i nadrzędne słowo – MY.

Aby lepiej, jaśniej wytłumaczyć to, co czuję, posłużę się pewną analogią. Wyobraź sobie jedną, maleńką komórkę ludzkiego ciała. Wyobraź ją sobie jako zupełnie odrębny twór – taką małą, skomplikowaną fabrykę, która przetwarza mnóstwo rzeczy i posiada nawet mikroskopijną elektrownię. Obok tej komórki znajduje się kolejna, troszeczkę inna, choć bardzo podobna. Ale ta druga ma inną specjalizację. Obie myślą, że są zupełnie odrębnymi tworami. I w zasadzie… mają rację. Każda z nich ma swoje własne „ja”, bo każda z nich żyje własnym życiem. Pewnego dnia powstały, teraz wytrwale pracują robiąc to, co do nich należy. A po jakimś czasie zestarzeją się i umrą. Zastąpią je inne, młode komórki, które organizm wyprodukuje.

Gdy każda z komórek pracuje bez zarzutu, organizm jest silny i zdrowy. Lecz gdy coś pójdzie nie tak i jedna z komórek zezłośliwieje, a osłabiony organizm jej nie zlikwiduje, zarazi ona kolejne komórki (te w jej najbliższym otoczeniu) i rozpocznie się proces nowotworowy. A więc wojna. Tkanka nowotworowa rozrasta się zajmując i niszcząc coraz to nowe obszary. W końcu dochodzi do przerzutów i organizm umiera.

Komórka nowotworowa nie posiada świadomości tego, że jest jedynie częścią, elementem większego i bardzo złożonego świata. Ciągle się namnaża i chce zagarnąć wszystko dla siebie. Cały organizm. Nie ma świadomości tego, jak wielkie spustoszenie czyni. Nie ma też zdolności przewidywania i nie wie, że jeśli nie przestanie, to wkrótce umrze wraz z całym organizmem.

A co by było, gdyby pewnego dnia wszystkie komórki ludzkiego ciała zyskały niezwykłą świadomość bycia JEDNYM organizmem? Taka komórka powiedziałaby wtedy: „Nie, już nie jestem komórką. Teraz widzę, że jestem CZŁOWIEKIEM. Jaki byłby wtedy sens niszczyć inne komórki? Przecież to tak, jakby niszczyć samego siebie!

Tak samo jeden maleńki trybik mógłby o sobie powiedzieć – jestem zegarkiem!

A co, gdyby pewnego dnia każdy człowiek żyjący tu, na Ziemi, poczuł podobnie? Co, gdyby zniknęło poczucie odrębności? A może nie, nie zniknęło. Po prostu odsunęło się na dalszy plan. Ego nie musi przeszkadzać, gdy ustawi się je na właściwym miejscu w hierarchii.

Jednia

Piąty wymiar (jak to nazywam) łączy ze sobą wszystkie pojedyncze elementy z których składa się wszechświat i spaja je w jedną, nierozerwalną i współzależną całość. Trudno to opisać, bo brakuje odpowiednich słów i pojęć. Może trzeba je dopiero wymyślić? Nie potrafię precyzyjnie ubrać w słowa tego, co czuję. Ale przychodzi mi teraz do głowy jedno zdanie: „jestem wszechświatem”.

Poczucie tak silnej jedności z tym, co mnie otacza, determinuje całe moje istnienie. To dlatego my, nadwydajni, wciąż ratujemy, ulepszamy i naprawiamy świat. Bo to tak, jakbyśmy ratowali, ulepszali i naprawiali samych siebie. Gdy widzę, że ktoś cierpi, ja też cierpię. Gdy ktoś potrzebuje pomocy, to pomagam, bo to tak, jakbym pomagała samej sobie. Gdy widzę, że ktoś coś robi (ślamazarnie i nieudolnie), a ja znam sposób, żeby zrobić to lepiej, trudno mi się powstrzymać, aby nie zrobić tego za niego.

Gdy sąsiad zaśmieci całe podwórko niedopałkami od papierosów, to ja idę i sprzątam. Nie, nie sprzątam za niego. Sprzątam dla siebie. Bo to też moje podwórko, a ja chcę mieszkać w czystym miejscu. Wszędzie, gdziekolwiek jestem, podnoszę z ziemi puszki i butelki, i wrzucam je do kosza. Mówią mi: „Po co ty to robisz? `Przecież od tego są specjalne służby porządkowe.” Wiem, że są (odpowiadam w myślach), nie jestem głupia. Ale te służby są jakoś mało wydajne. Poza tym… sprzątam swój dom. Co w tym złego? Ziemia jest moim domem. Chcę, żeby była czysta. Po prostu staram się dbać o mój dom. Nic nie poradzę, że rozumiem pojęcie domu trochę inaczej, szerzej nieco, niż przeciętny człowiek. Wiruję na powierzchni niewielkiej skały, która krąży w nieskończonej przestrzeni wokół gwiazdy zwanej Słońcem i która jest moim jedynym schronieniem. Czuję to całą sobą, przez cały czas. Czasem mam wrażenie, że moja świadomość sięga odległych krańców galaktyki.

Obserwuję ludzi wokół mnie i czuję się tak, jakbym żyła w jakiejś rzeczywistości równoległej. Albo postrzegała świat istniejący jeszcze w jakimś dodatkowym, piątym wymiarze. Wiem, że absolutnie wszystko, co mnie otacza, jest jednością. Ja to czuję. Od zawsze. Urodziłam się z tym.

Dlatego traktuję każde istnienie (nie ważne, czy ożywione, czy nie) tak, jak sama chciałabym być traktowana – z szacunkiem, miłością, troską, ze współczuciem i zrozumieniem. Po prostu nie umiem inaczej. Każde inne działanie byłoby nielogiczne i sprzeczne z moją naturą.

Gdyby ten świat składał się z nadwydajnych, nie byłoby wojen, a sądy i policja przestałyby być potrzebne. Ale gdybym to komuś otwarcie zakomunikowała, to by mi powiedział, że jestem naiwna, że to niemożliwe, czysta utopia. W czterowymiarowym świecie – tak, zgodzę się. Ale piąty wymiar załatwia wszystko. I to, co dla jednego jest utopią, dla innego jest normą. Ot, tak, po prostu.

Problemy z rozumieniem mowy

Wspominałam już, że jestem muzykiem, że mam absolutny słuch muzyczny i świetną pamięć muzyczną. Wydawałoby się, że to dobrze, bo to pomaga. Odpowiedziałabym krótko: to zależy.

W pracy muzyka pomaga na pewno. W codziennym życiu, dodatkowo w połączeniu z nadwrażliwością i nad wydajnością mentalną, to jeden wielki koszmar. Z prostego powodu. Nie każdy mówi czysto, płynnie, powoli i zrozumiale. Na codzień spotykam osoby, które nie posługują się językiem mówionym tak sprawnie, jak doświadczony dziennikarz, aktor czy lektor. I gdy trafię na rozmówcę, którego dykcja daleko odbiega od moich standardów poprawnej mowy, trafiam na ścianę, którą natychmiast buduje mój mózg. I to nie ważne którym językiem akurat się posługuje – polskim czy angielskim.

Bardzo nie lubię rozmawiać z osobami, których nie znam. Bo często zwyczajnie nie rozumiem co taka osoba do mnie mówi. Dlaczego? Jak to działa?

Każdy człowiek mówi trochę inaczej. Ma inną barwę głosu, inaczej wymawia głoski, całe słowa, inaczej je akcentuje. Dla mojego mózgu słowo „pięćset” i „pińćset” to zupełnie inne słowa. I on ich obu się musi nauczyć, aby je zrozumieć. Mój mózg nie potrafi ujednolicać, upraszczać i uśredniać. Nie potrafi się domyślać. Gdy słyszy jakieś słowo, które jest choć trochę inne od utrwalonego wzorca, natychmiast zawiesza się i zaczyna się nad nim zastanawiać, analizować. Próbuje porównywać to słowo i wieloma innymi słyszanymi wcześniej, a jeśli nie znajduje odpowiedniego szablonu, do którego może to słowo przypisać, traktuje je jako zupełnie nowe, nieznane. A jeśli nawet w końcu domyśli się o jakie słowo chodziło, zaraz próbuje ustalić jego znaczenie i sens w kontekście dalszej części zdania. Tylko, że ta dalsza część zdania gdzieś znika, umyka. Umysł ją przegapił po prostu zastanawiając się nad jednym konkretnym słowem.

Syn mojej znajomej bardzo mocno sepleni. Gdy po raz pierwszy słyszałam jak mówi, prawie wcale go nie rozumiałam. Po wielu latach, gdy przyzwyczaiłam się do jego sposobu wypowiadania słów, teraz rozumiem go bardzo dobrze.

Mam też ogromny problem z rozumieniem różnych akcentów w języku angielskim. Nigeryjczyk mówi inaczej, Pakistańczyk inaczej, Hindus inaczej. Szkocki czy londyński akcent są dla mnie nie do przejścia.

Rozmowy telefoniczne

Nie cierpię rozmawiać przez telefon. Nawet z osobami, które znam. No chyba, że połączenie jest naprawdę dobre i doskonale słyszę swojego rozmówcę (a ten mówi wyraźnie). W każdym innym przypadku zamiast pojedynczych, konkretnych słów, słyszę bełkot z którego udaje mi się jedynie co pewien czas wyodrębnić i zrozumieć pojedyncze słowa. Nie da się tak rozmawiać. Po paru minutach mój mózg zaczyna się gotować z wysiłku.

Na osobny akapit zasługują wszelkiego rodzaju automaty, które uruchamiają się, gdy dzwonię do różnych urzędów, banków, szpitali, przychodni lekarskich. Jeżeli chcesz zrobić to i to, to wciśnij 1. Jeśli chcesz zrobić to i to, wciśnij 2, itd. Głos w słuchawce zgrzyta i trzeszczy. Słowa są pocięte i chropowate. Jakby przetarte grubym papierem ściernym. Nie mogę tego słychać. Słuchanie takiej „mowy” natychmiast powoduje u mnie straszny dyskomfort, irytację i poczucie beznadziei. Zaczynam sobie wymyślać od najgorszych. Od kretynów i głupków na niedorozwojach skończywszy. A potem zaczynam się zastanawiać jak to możliwe, że ten świat funkcjonuje w ten sposób? Inni ludzie prawdopodobnie nie mają aż tak wielkich problemów z rozumieniem automatów. Bo gdyby mieli, już dawno by z tego zrezygnowano. Ale ten system się utrwala i w coraz większej liczbie miejsc do których się dzwoni, na start włącza się automatyczny komunikat.

Po każdej przegranej bitwie z telefonem myślę sobie, że to jakiś rodzaj kalectwa. Bez pomocy męża nie jest w stanie załatwić niczego przez telefon. Co będzie, jeśli ten świat jeszcze bardziej się zautomatyzuje (na co wszystko wskazuje) i wkoło będą nas otaczać same automaty? Czy stanę się swego rodzaju… kaleką? Tak, zdecydowanie odbieram to jako dysfunkcję i pewien rodzaj niepełnosprawności. Wstydzę się tego. Znajomi pytają mnie często czemu do nich nie dzwonię. Prawda jest taka, że nie lubię rozmawiać przez telefon. Wolę napisać, zaproponować wspólną kawę i wtedy pogadać, twarzą w twarz.

Czuję się gorsza. Gorsza od tej części „normalnego” społeczeństwa. Często bezsilna, bezradna. Jak dziecko we mgle. Często odczuwam jakiś irracjonalny lęk przed odebraniem telefonu, gdy dzwoni. Tak, jakby po drugiej stronie słuchawki czekał na mnie smok ziejący ogniem. A co, jeśli połączenie będzie kiepskie? Co, jeśli znowu nie będę nic rozumieć?

Synestezja – poplątane zmysły

Według Wikipedii synestezję tłumaczy się jako „równoczesne postrzeganie”. Stan lub zdolność, w której doświadczenia jednego zmysłu (np. wzroku) wywołują również doświadczenia charakterystyczne dla innych zmysłów.

Co to dokładnie oznacza? Jak czuje to i rozumie ktoś, kto synestezji doświadcza na codzień?

Jestem muzykiem. Do tego muzykiem o umyśle nadwrażliwym i nadwydajnym. W moim przypadku zmysł słuchu jest tym niewątpliwie dominującym. Urodziłam się z absolutnym słuchem muzycznym i doskonałą pamięcią muzyczną. Skończyłam szkołę muzyczną z wyróżnieniem.

Siedząc po uszy w gamach, tonacjach, interwałach, triadach, transpozycjach i innych muzycznych cudach traktowałam synestezję jako coś zupełnie normalnego, czego każdy inny muzyk też doświadcza. Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia odkryłam, że jestem jedyną osobą w mojej grupie, która widzi dźwięki w postaci kolorów.

Pamiętam, jak ćwiczyliśmy na lekcjach umuzykalnienia rozpoznawanie interwałów. Dziwiło mnie, że moi koledzy tak strasznie się męczą z odgadywaniem. Dla mnie to było oczywiste. Jeden z kolegów miał rozpoznać kwintę czystą w górę zaczynająca się od dźwięku F. Siedział, myślał, zastanawiał się godzinę. Nie wiedział. No więc spróbowałam cichutko mu podpowiedzieć, gdy nauczycielka na chwilę odwróciła głowę. „No zielony i czerwony” powiedziałam cicho. „Co?” – usłyszałam w odpowiedzi, a jego oczy rozszerzyły się i dziwnie na mnie patrzyły. „No zielony i czerwony, F i C”. Efektem tego podpowiadania było to, że dostałam burę od nauczycielki za gadanie, a kolega się na mnie obraził, bo nic nie zrozumiał z moich podpowiedzi. Wtedy zdałam sobie sprawę, że chyba nie wszyscy widzą kolory dźwięków. Poczułam się (który to już raz) jak dziwoląg i nigdy już nikomu nie mówiłam o mojej przypadłości.

Tak, widzę kolory dźwięków. A nawet kolory tonacji. C-dur jest jaskrawo czerwona, ale już c-moll czerwono-purpurowa z dodatkiem czerni. D-dur jest jasno-pomarańczowa, a d-moll brązowa z dodatkim koloru szaro-zielonego. F-dur jest zielona i pachnie świeżym ogórkiem. G-dur jest błękitna i ma zapach morza. A-dur ma taki kolor, jak niebo zaraz po zachodzie słońca, ciemno niebieski, szafirowy. B-dur jest bursztynowa i ma smak miodu, a h-moll jest szaro-fioletowa i pachnie deszczem.

To samo czuję, gdy po raz pierwszy słyszę czyjąś barwę głosu. Wraz z nią natychmiast pojawiają się doznania kolorów, zapachów i smaków, dźwięków. Na przykład, głos pani Krystyny Czubówny ma anyżowy posmak, kolor szafirowo-szary z dodatkiem czerni. Pachnie lawendą. Głos Wojciecha Mana jest pomarańczowo-brązowo-czarny, a w dotyku przypomina mech. Głos Macieja Zębatego jest totalnie i absolutnie czarny, bez żadnych dodatków. Ot, człowiek z czarnym głosem. Głos Macieja Stuhra dla odmiany jest szaro-beżowy z dodatkiem bieli, kojarzy mi się z łanami dojrzałego zboża. Zaś jego ojciec, Jerzy Stuhr ma już zupełnie inny głos, który dla mnie ma kolor i smak owocu kiwi. Głos Janiny Ochojskiej jest stalowo-szary, chropowaty, w dotyku jak skorupka jajka. Krzysztof Gosztyła dla odmiany mówi głosem ciemno-brązowym, karmelowym, o zapachu i fakturze kory dębu.

Nie lubię wysokich, krzykliwych i piskliwych głosów. Ranią i kaleczą moje uszy.

Miałam kiedyś znajomego, który podwoził mnie do pracy. Jak na mężczyznę miał wyjątkowo wysoki, piskliwy i nieprzyjemny głos. A że był wyjątkową gadułą, buzia mu się nie zamykała, po takiej jeździe byłam wykończona. Czułam się tak, jakby ktoś mewę zamkną ze mną w tym samochodzie. Nie lubię krzyku mew.

Tak więc synestezja oznacza, że do jednego bodźca, na przykład wzrokowego, może się „przykleić” automatycznie wiele innych odczuć związanych z pozostałymi zmysłami. Zjawisko to powstaje w mózgu automatycznie i osoba go doświadczająca nie ma na to wpływu, nie potrafi też sobie tego wyłączyć. Niektórzy widzą cyfry lub litery na kolorowo. Innym osobom poszczególne kształty lub przedmioty kojarzą się z zapachami i smakami. Ja tego akutat nie doświadczam. Moja synestezją dotyczy niemal wyłącznie sfery dźwięków.

Nie jestem pewna, czy ta cecha dotyczy wszystkich osób nadwydajnych, być może jest tylko moja, osobnicza, związana z wyjątkowo dobrym słuchem i pamięcią muzyczną. W każdym razie zauważyłam ją u siebie już dawno temu. Pamiętam barwę głosu każdej osoby, której miałam okazję słuchać przez dłuższy czas. I potrafię ją bardzo dokładnie w swoim umyśle odtworzyć. Ten tekst, który właśnie piszę, mogę sobie odczytać we własnej głowie dowolnym głosem – mojego męża, koleżanki z pracy, Filipa Kosiora, Anity Werner, sąsiatki z naprzeciwka, mojego syna, kogokolwiek! Nawet głosem mojej babci, która zmarła ponad dwadzieścia lat temu. Nie pamiętam już dobrze jej twarzy. Gdyby ktoś kazał mi ją namalować, nie umiałabym. Ale wciąż doskonale pamiętam jej głos.

Synestezja, w przeciwieństwie do nadwrażliwości, nie przeszkadza mi jakoś bardzo w codziennym życiu, a na pewno je wzbogaca. Człowiek, który jej doznaje, widzi świat inaczej, na pewno ciekawiej. To taki „dopalacz” do postrzegania rzeczywistości. Pytanie, jakie mi się w tym miejscu nasuwa jest takie – czy synestezja może istnieć bez nadwrażliwości i nadwydajności, czy te zjawiska są ze sobą nierozerwalnie powiązane? A może jedno nie może istnieć bez drugiego?

Nie wiadomo tak do końca co powoduje synestezję. Teorie są dwie. Tak w każdym razie mówi Wikipedia. Pierwszą zaproponował Simon Baron-Cohen. Zasugerował on, że u osób doświadczających synestezji mogą występować dodatkowe połączenia w mózgu, które łączą obszary normalnie ze sobą nie połączone. Druga teoria mówi, że liczba połączeń synaptycznych jest taka sama, a mieszanie się odbieranych doświadczeń wynika z tego, iż zachwiana jest równowaga pomiędzy hamowaniem i wyciszaniem docierających impulsów.

Trudno mi się odnieść do powyższych teorii bo nie jestem naukowcem. Od siebie dodam tylko tyle, że z tymi połączeniami w moim mózgu faktycznie chyba jest coś nie tak. Choćby dlatego, że oprócz doświadczania synestezji, jestem dodatkowo oburęczna. Potrafię też pisać każdą ręką w każdą stronę, od lewej do prawej, od prawej do lewej, lustrzanym odbiciem, choć nigdy tego nie ćwiczyłam. Po prostu pewnego dnia zupełnym przypadkiem odkryłam u siebie tę umiejętność. Mój mózg ewidentnie działa jakoś inaczej. Więc prawdopodobnie jest to jednak spowodowane odmiennym „okablowaniem”. Ale jak jest naprawdę? Może kiedyś się tego dowiemy.

Marta

Pracowałam wtedy w jednym z wrocławskich przedszkoli. Przychodziłam regularnie, raz w tygodniu, by prowadzić zajęcia z rytmiki. Teoretycznie mogłoby się wydawać, że to naprawdę fajna praca. Zapewne fajna, nie przeczę. Ale nie wszystko było fajne. Nie dla nadwrażliwego umysłu.

Photo by Pixabay on Pexels.com

Pracowałam wtedy w jednym z wrocławskich przedszkoli. Przychodziłam regularnie, raz w tygodniu, by prowadzić zajęcia z rytmiki. Teoretycznie mogłoby się wydawać, że to naprawdę fajna praca. Zapewne fajna, nie przeczę. Ale nie wszystko było fajne. Nie dla nadwrażliwego umysłu.

Pomijam hałas, jaki panuje we wszelkich placówkach opiekuńczo-dydaktycznych, który dla osoby nadwydajnej jest męczący i trudny do zniesienia. Ale było w tej pracy coś, czego nie mogłam znieść.

Najgorszy był zawsze początek roku szkolnego. Grupa maluchów (a więc trzylatków) licząca sobie trzydzieścioro dzieci, pozostająca pod opieką jednej nauczycielki, która miała wszystko w nosie, oraz pomocy, cudownej pani Basi, która sama jedna stawała na głowie, by powycierać wszystkie usmarkane nosy, zmienić brudne pieluchy, nakarmić niejadków i utulić cierpiących. Bywały dni, gdy wchodząc do nich na salę orientowałam się, że 30 procent dzieci z całej grupy płacze tęskniąc za rodzicami. Pani Basia biegała pomiędzy dziećmi z obłędem w oczach i próbowała ratować sytuację. Nauczycielka, kompletnie niewzruszona, siedziała przy swoim biurku i wnikliwie studiowała jakiś szmatławiec (pamiętam, jak pewnego dnia mi wyznała, że bardzo lubi swoją pracę, bo w zasadzie to się nie napracuje). Pamiętam ten okropny ścisk w gardle, gdy patrzyłam w te maleńkie, zapłakane oczy i rączki wczepione w panią Basię. I jej bezsilność, bezradność, że nie wszystkie krwawiące serca może ukoić i utulić.

Coś się we mnie wtedy buntowało, grzmiało odrazą wobec takiego stanu rzeczy. Bezduszna, kompletnie obojętna nauczycielka, bezradna i urobiona po pachy asystentka pani Basia, która flaki z siebie wypruwała, aby jakoś to wszystko trzymało się kupy i stado płaczących, maleńkich dzieci. Naprawdę? Trzydziestka trzylatków pod opieką zaledwie jednej osoby (bo ta druga była kompletnie niezaangażowaną i równie dobrze mogłoby jej tam w ogóle nie być). Czy naprawdę tak musi wyglądać nasza rzeczywistość?

Trudno mi było się pozbierać, emocje we mnie kipiały. Wydawało mi się, że czuję gdzieś tam w sobie, w środku smutek, żal, samotność, beznadzieję każdego płaczącego dziecka. Nadmiar empatii w takich miejscach potrafi być naprawdę zabójczy.

Małe dzieci nie rozumieją pojęcia czasu. Dla nich istnieje tylko tu i teraz. Nie wiedzą, że są pozostawione w przedszkolu tylko na jakiś czas. Płaczą tak, jakby były opuszczone już na zawsze. Jakby mama już nigdy nie miała po nie wrócić. Jest to smutek tak wielki i przejmujący, że wręcz eksplodujący na zewnątrz w całej swojej sile. Taka bomba rozpaczy. Nie mogłam tego znieść. Czułam, jak łzy same napływają mi do oczu. Walczyłam dzielnie, aby się nie rozpłakać. Nie mogłam przecież płakać razem z nimi, bo one płaczą. Byłam przecież profesjonalistką, panią od rytmiki.

Mijał czas. Po kilku miesiącach było już znacznie lepiej. Dzieci aklimatyzowały się, przyzwyczajały, przestawały rozpaczać. Zaczynały brać czynny udział w zabawach, a przedszkole powoli stawało się ich drugim domem z panią Basią w roli mamy zastępczej. I tak było ze wszystkimi dziećmi za wyjątkiem Marty.

Marta była inna. W końcu, po kilku miesiącach przestała płakać. Najwyraźniej dotarło do niej, że płacz nie ma sensu. Niczego nie daje i niczego nie zmienia. Za to wyczerpuje doszczętnie. W przeciwieństwie do innych dzieci jednak nie zaakceptowała przedszkola jako swojego drugiego domu. Nie śmiała się, nie bawiła się wesoło, tak, jak inne dzieci. Siedziała z boku, milcząca, ciągle w tym samym miejscu, na ławeczce pod oknem. Siedziała, kurczowo wtulała się w kocyk, który towarzyszył jej wszędzie i patrzyła w podłogę pustym wzrokiem. W zasadzie nie było z nią żadnego kontaktu. Nie reagowała na swoje imię, nie zwracała uwagi na to, co się działo wokół niej. Ignorowała wszelkie próby i zachęty, aby włączyć ją do zabawy. Zachowywała się tak, jakby jej tam nie było. Jej umysł się wyłączył, poddał. Po skończonych zajęciach nauczycielka brała ją za ręce, podnosiła, a Marta z trudem wstawała i niczym bezwładna kukiełka szła na dół, z innymi dziećmi, do swojej sali. Było jej wszystko jedno gdzie jest i co się z nią dzieje. Czasem, gdy na nią patrzyłam, miałam wrażenie, że w tym dziecku coś umarło.

To było ponad dwadzieścia lat temu, a ja wciąż tak dobrze pamiętam jej twarz. Ładna, delikatna buzia, kasztanowe włosy z naturalnymi, dziecięcymi lokami, te puste, martwe oczy i… kocyk.

Mimo upływu czasu, stan Marty nie ulegał poprawie. Pamiętam, jak pewnego dnia zapytałam pani Basi, co rodzice na to? Czy wiedzą, co się dzieje z ich dzieckiem? Co dyrekcja zamierza? „A no… nic – odpowiedziała mi smutno – pewnie, że wiedzą, ale nie widzą powodu, aby cokolwiek z tym robić”.

Tamtego dnia pękło mi serce.

Rozgałęzione myślenie

Ośmiornica i dżdżownica – tak określiłabym dwa sposoby myślenia. Mózg człowieka typowego jest jak dżdżownica. Powoli zmierza w jednym tylko kierunku. Linearnie. Zajmuje się tylko jednym problemem na raz we właściwym dla siebie tempie.

Photo by Ann Antonova on Pexels.com

Ośmiornica i dżdżownica – tak określiłabym dwa sposoby myślenia. Mózg człowieka typowego jest jak dżdżownica. Powoli zmierza w jednym tylko kierunku. Linearnie. Zajmuje się tylko jednym problemem na raz we właściwym dla siebie tempie.

Mózg osoby nadwydajnej jest niczym ośmiornica. Gdy przysiądzie on na jakimś problemie lub wyzwaniu, ramiona i macki ośmiornicy dotykają problemu w wielu kierunkach i wielu miejscach jednocześnie. Ośmiornica czuje, że pod pierwszym ramieniem znajduje się kamień, pod drugim muszla, pod trzecim koralowiec, pod czwartym czuje rozgwiazdę, piąte zapada się w muł, szóste dotyka drobnych kamyczków, a siódme i ósme trafiły na sam piasek. I ośmiornica zdaje sobie sprawę z odczuć, jakie płyną z każdej z jej ramion w tym samym czasie. Nie musi badać każdego kierunku osobno, po kolei, by dokładnie poznać teren, który akurat eksploruje. Wszystko jest oczywiste od razu, natychmiast.

Dokładnie tak wygląda myślenie osób nadwydajnych. Mózg myśli wielopłaszczyznowo rozpatrując wiele kwestii w tym samym czasie. Dzieje się to tak szybko, prawie niedostrzegalnie, że osoba z nadwydajnością umysłową ma nierzadko wrażenie, że problemy rozwiązują się same, bez jej udziału. Pojawia się problem i już po chwili jasne i oczywiste jest, jak ten problem rozwiązać. To się po prostu wie.

A bardzo często jest też tak, że nadwydajny umysł działa zapobiegawczo i uniemożliwia pojawianie się problemów. To tak, jakby świadomość rozwiązywała problemy zanim one jeszcze się pojawią. Poprzez właściwe i odpowiedzialne działanie.

Ma to zarówno dobre, jak i złe strony.

Dobre to takie, że osoby nadwydajne umysłowo w zasadzie nie popełniają błędów, nie pakują się w kłopoty, potrafią daleko w przód przewidywać co się wydarzy lub co może się wydarzyć. Dzieje się to na zasadzie – jeśli zrobię TO, to uwzględniając wszystkie dane jakie posiadam, ten czyn spowoduje TAMTO. Umysł bada prawdopodobieństwo zdarzeń zmieniając parametry i dane, sprawdza możliwości, bierze pod uwagę czynnik ludzki i wszelkie możliwe błędy i wpadki, nieprzewidziane zdarzenia, zbiegi okoliczności a także „złośliwość rzeczy martwych” czy po prostu… zwykłego pecha. Zadaje sobie pytanie – co najgorszego może się wydarzyć jeśli zrobię to i to, postąpię tak i tak. Przykład?

Jestem w sklepie ogrodniczym, którego częścią jest sklep akwarystyczny. Oglądam różne gatunki ryb wzdychając i podziwiając cuda, jakie stworzyła matka natura. Rybki z jednego akwarium szczególnie wpadają mi w oko. Oczywiście pierwszym odruchem jest kupić sobie taką rybę i wrzucić do własnego akwarium.

Pytam sprzedawcę o warunki, jakich potrzebuje ta ryba, aby mogła dobrze się czuć w akwarium. Coś tam odpowiedział mi chaotycznie, niezbyt dokładnie, unikając zagłębiania się w szczegóły. Z pobieżnej rozmowy wnioskuję, że tak, mogę kupić sobie taką rybę. Najlepiej kilka, bo będą się lepiej czuły w towarzystwie innych osobników tego samego gatunku.

Waham się. Czuję, że coś mi tu nie gra. Sprzedawca nie wzbudził mojego zaufania. Wygląda jak ktoś, kto plącze się w zeznaniach. A także jak ktoś, kto bardzo chce opchnąć mi swój towar. Za wszelką cenę. Poskramiam więc chęć zakupu rybek. Spisuję sobie na kartce dokładną nazwę gatunku. Wracam do domu i czytam. Przeszukuję internet, przetrząsam wszystkie możliwe strony internetowe, artykuły i posty odnośnie charakterystyki tego gatunku. Sprawdzam YouTube. Okazuje się, że nie. Ta ryba nie nadaje się od do mojego akwarium. I gdybym uległa pokusie ufając sprzedawcy, narobiłabym sobie poważnych akwarystycznych problemów. Ryby, które mi się spodobały nie tylko nie pasowały do parametrów wody, jakie występują w moim akwarium, ale przede wszystkim są zbyt agresywne, by pływać w zgodzie z pozostałą obsadą. Ostatecznie i całkowicie zrezygnowałam z zakupu tych ryb.

Gdybym uległa pokusie i ryby od razu wtedy w sklepie kupiła ufając sprzedawcy (a podobały mi się naprawdę bardzo), zapewne już parę dni później pisałabym błagalny post na jakimś forum akwarystycznym w stylu „Ratujcie, ryby mi zdychają!”, albo „moje nowo kupione rybki podjadają inne ryby, powiedzcie co mam zrobić?” Ileż to takich postów jest w sieci? Ale umysł taki, jak mój jest zbyt odpowiedzialny, racjonalny i empatyczny, by w takiej sytuacji machnąć ręką i powiedzieć: „a co tam, kupię sobie te rybki, bo mi się podobają i już, a potem będę się martwić co dalej”. Ja dbam o każde żywe stworzenie pozostające pod moją opieką. Nie potrafię inaczej. Można by to chyba określić jednym słowem – zapobiegliwość.

Tak więc mój spostrzegawczy, dociekliwy, nieufny i zapobiegliwy mózg musiał najpierw sprawdzić wszystko, zestawić dane, poznać szczegóły, ocenić ryzyko i wówczas dopiero podjął decyzję. Poprzez zapobiegawczość i roztropność problem w ogóle nie powstał. Został rozwiązany zanim się jeszcze pojawił. W zasadzie postępuję tak zawsze. Nie znam innego sposobu działania.

Ale wszystko ma swoje dobre i złe strony. Drugą stroną medalu jest niechęć do wszelkiego zbędnego ryzyka. Gdy nie jest to absolutnie konieczne, nie ryzykuję. Ta niechęć często jest silniejsza niż perspektywa zysku i osoba nadwydajna zbyt wcześnie rezygnuje z powziętych zamierzeń i planów. Bo może się nie udać. My, nadwrażliwi i nadwydajni myślimy sobie – a po co mi to? Lubimy nasze mniej lub bardziej poukładane życie. Nie lubimy burzyć tego, co sprawdzone i co działa. Odmawiamy sobie wielu rzeczy tylko dlatego, że nie lubimy się pakować w kłopoty. W POTENCJALNE kłopoty. Przecież te wcale nie musiałyby zaistnieć.

Nadwrażliwość na bodźce zewnętrzne

Moja rzeczywistość krzyczy. Wszystkiego jest za dużo – dźwięków, zapachów, kolorów. Wszystko jest zbyt intensywne. Kształty są zbyt wyraziste, a przedmioty wokół zbyt szybko się poruszają. To męczy.

Photo by Yan Krukau on Pexels.com

Tu się zaczyna cała historia. W nietypowym „okablowaniu” i odmienności pracy mózgu. I z tej odmienności wynikają wszystkie problemy i nieporozumienia. Jak to działa?

Moja rzeczywistość krzyczy. Wszystkiego jest za dużo – dźwięków, zapachów, kolorów. Wszystko jest zbyt intensywne. Kształty są zbyt wyraziste, a przedmioty wokół zbyt szybko się poruszają. To męczy. Męczy do tego stopnia, że przegrzany umysł czasem się wyłącza i obojętnieje na wszystko. Ot, taki człowiek – mimoza.

Jak to wygląda w codziennym życiu?

Robię zakupy w hipermarkecie. Nie cierpię tam chodzić, ale tylko tam mają karmę, którą jedzą moje koty, a także parę innych potrzebnych mi rzeczy, których nie ma w innych pobliskich sklepach. Więc od czasu do czasu jestem zmuszona, by się tam wybrać.

Prawie zawsze wchodzę tylnym wejściem. Tam jest spokojniej. Przynajmniej mój mózg nie wariuje od razu . Mój syn idzie tuż przy mnie.

Pierwsze, co mnie uderza po wejściu, to charakterystyczny szum tła. Głosy ludzi, muzyka, praca wentylatorów, maszyn i różnych urządzeń elektrycznych, sączy się niby gdzieś tam w tle, ale dla mnie te dźwięki są aż nadto wyraźne. Mam ochotę uciec od tego szumu, ale nie ma gdzie. Wchodzę dalej i nagle wszystko zaczyna wirować mi przed oczami – biegające dzieci, ludzie mijający mnie z wózkami, sprzątaczka tańcząca walca z mopem, ruchome schody, kasjerzy przesuwający towary przy kasach… To wszystko, każdy najmniejszy ruch, dźwięk, kolor, zapach, mój nadwrażliwy mózg rejestruje w tym samym czasie i z takim samym natężeniem. Nie segreguje doznań na te ważniejsze i mniej ważne, które można pominąć. Mój mózg tego nie potrafi. Dla niego wszystko jest tak samo ważne. To powoduje, że powstaje w nim informacyjny kocioł, papka, wszystko zmielone, zlepione ze sobą i wywrócone na lewą stronę, a więc… bezużyteczne.

Mój syn idzie tuż obok mnie. Pyta mnie o coś. Nie rozumiem co do mnie mówi. Jego głos jest tylko częścią tła, niczym więcej. Nie potrafię z tego informacyjnego kołtuna wyodrębnić pojedynczej nitki jego głosu i zrozumieć o co mu chodzi. Proszę go, aby powtórzył pytanie, ale to niewiele pomaga. Wysilam umysł, aby jakoś zrozumieć. Za trzecim razem , gdy powtarza pytanie głośniej, udaje się. Pyta, czy możemy kupić jego ulubiony sok. Tak, możemy oczywiście. Po chwili syn znów o coś pyta, a ja znowu mam problem ze zrozumieniem go. W duchu proszę, aby o nic już więcej nie pytał, ale to utopia. Pada pytanie za pytaniem, a ja w tym zgiełku, który coraz bardziej huczy w mojej głowie, próbuję cokolwiek poskładać do kupy. Czuję się okropnie. Mam wyrzuty sumienia. Co ze mnie za matka?

Mijam kolejne regały które krzyczą do mnie nadmiarem kolorów i kształtów. Próbuję znaleźć te produkty, które wpisałam sobie na listę zakupów, ale niektórych nie ma w tych miejscach, w których były ostatnio. Gdzieś je przenieśli. A więc mój plan, aby wszystko sprawnie wpakować do wózka, zapłacić i jak najszybciej stamtąd zwiać, spala na panewce.

Czuję się już zmęczona. Bardzo zmęczona. Nie znalazłam kilku rzeczy z listy. Nieważne. Już ich nie chcę. Jedyne czego chcę, to stąd wyjść. Po prostu wyjść. Idę z synem do kasy. Przede mną kolejka spoconych albo zbyt mocno wyperfumowanych ciał. Boli.

Tuż obok krzyczy noworodek wrzucony przez matkę do głębokiego wózka . Ta się denerwuje. Daje dziecku smoczek, ale to nie pomaga. Dziecko nie przestaje płakać. Boli. Patrzę ukradkiem na dziecko i wiem, że jest mu za gorąco. Nie wiem, skąd to wiem, ale po prostu wiem. Potem zaczynam analizować – to przecież oczywiste. Dziecko ma założony ciepły sweterek, a do tego matka zarzuciła na nie kocyk. Jest za gorąco, by tak ubrać noworodka. Lecz jego matka tego nie zauważa. A ja się zastanawiam, jakim cudem ona tego nie widzi, nie czuje, nie wie? Przecież jest matką! Przecież to takie oczywiste! A ona, zamiast rozebrać malucha, daje mu pić.

Biję się z myślami, mówię sobie „odpuść, nie ingeruj! nie reaguj!” Ale nie potrafię. W takich momentach, gdy komuś dzieje się krzywda, zwłaszcza dzieciom, nie potrafię odpuścić. Podchodzę niby to przypadkiem i zagaduję do matki. Pytam, czy nie potrzebuje jakiejś pomocy. Patrzy na mnie zdziwiona. „Biedny maluszek… – mówię – chyba ma dzisiaj zły dzień. A może jest mu za gorąco? Taki ciepły dzień dzisiaj” – podsuwam nieśmiało myśl, najmniej inwazyjnie, jak tylko potrafię. „Nie, wszystko jest ok” – odburkuje zdenerwowana matka i dalej próbuje wcisnąć wrzeszczącemu dziecku smoczek. Odpuszczam. Jestem zbyt zmęczona, zbyt skołowana, zbyt obolała. Przynajmniej próbowałam.

Czuję się jak kaczka na strzelnicy. Mój syn wciąż mnie o coś pyta, ale ja obojętnieję na jego pytania. Już nawet nie próbuję odpowiadać. Po prostu go ignoruję, co wywołuje u niego irytację i jawny psychiczny dyskomfort. Jest zdziwiony – dlaczego mama tak dziwnie się zachowuje? Z trudem wypakowuję zakupy z koszyka i kładę je na taśmę. Młoda i sympatycznie wyglądająca kasjerka przesuwa każdą rzecz przez skaner. W żółwim tempie. Zastanawiam się którą godzinę już pracuje. Sprawdzam jej plakietkę i widzę, że ma na imię Marissa. Przyglądam jej się uważnie skanując każdy detal. Ma ciekawy kolor włosów (ciemny, na pewno naturalny, nie farbowany, bo jej brwi mają dokładnie ten sam odcień) i ładne, gustowne kolczyki. Zastanawiam się skąd jest, ale nie mam odwagi zapytać. Marissa ma zmęczone i smutne oczy. Próbuje się do mnie uśmiechać tymi oczami, a ja widzę od razu ile wysiłku ją to kosztuje. Jest zmęczona. Ciekawe którą godzinę już pracuje? Wymuszony uśmiech wypada sztucznie i nieprzekonująco. Ale tak ich uczą w angielskich supermarketach. Kasjerka ma być miła i grzecznie się uśmiechać. Nawet po wielu godzinach pracy. Zdobywam się na ten sam uprzejmy gest i posyłam jej mój uśmiech. Podejrzewam, że wypadł jeszcze gorzej.

Maluch w wózku obok ciągle płacze.

Niezdarnie pakuję zakupy. Szybko i byle jak. Nie mogę rozłożyć drugiej torby, uszy się plączą, mam problem z włożeniem kartonika z mlekiem do środka. Karta wyciągana z portfela w pośpiechu wypada mi z ręki na podłogę. Schylam się, podnoszę ją i w tej samej chwili wpadam na kogoś z tyłu, kto właśnie odjeżdża wózkiem. Prawe udo boli mnie nieznośnie. Będzie siniak. Szlag by to trafił… jaki jest mój pin?

Mam dość. Chce mi się płakać. Płacę i opuszczam kasę w pośpiechu. Czuję się tak, jakby mnie ktoś wychłostał. Zatrzymuję się jeszcze na chwilę tuż za kasą, żeby przepakować część zakupów do osobnej torby. Mój syn stoi z boku, zrezygnowany. O nic już nie pyta. Wówczas kątem oka zauważam, że znajoma matka przy kasie pochyla się nad wózkiem i ściąga dziecku sweterek, a kocyk odsuwa na bok. Dziecko przestaje płakać.

Do domu wracam wykończona. Syn bez słowa, markotny, idzie do swojego pokoju na górę. W drodze powrotnej próbowałam mu wytłumaczyć dlaczego zachowywałam się w sklepie tak dziwnie, ale chyba niewiele z tego zrozumiał. A miało być tak fajnie. Wspólny krótki wypad na zwykłe, normalne, popołudniowe zakupy.

Sprawdzam godzinę na zegarku. Wyszliśmy z domu godzinę temu. Biorąc pod uwagę, że droga w jedną stronę do sklepu zajmuje trochę ponad dziesięć minut, oznacza to, że w samym sklepie spędziliśmy niecałe 40 minut. Dlaczego więc mam wrażenie, że byłam tam cały dzień? Próbuję sobie wyobrazić siebie pracującą przez osiem godzin w hipermarkecie. Ale na samą myśl, że mogłabym pracować tak, jak Marissa, robi mi się nie dobrze. Ne mogłabym. Mimo najlepszych chęci nie dałabym rady. Mój mózg by eksplodował.

Zostawiam w kuchni nierozpakowane zakupy i idę do sypialni. Muszę się położyć. Chciaż na chwilę. Zamknąć oczy, zniknąć wszystkie dźwięki, zabić kolory, zneutralizować zapachy, odciąć ruch i… wyłączyć się, odciąć od świata. Czuję, jak mózg mi paruje. Równie dobrze można by mnie wsadzić do pralki i włączyć wirowanie.

Najgorsza jest myśl, że nie kupiłam jeszcze paru rzeczy i wkrótce będę musiała pójść TAM jeszcze raz.