Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Znowu nasuwa mi się odpowiedź: „to zależy”.
Jako osoba nadwydajna i nadwrażliwa, doświadczam hiperestezji na codzień i mam do niej bardzo ambiwalentny stosunek. Nadwrażliwość na bodźce zewnętrzne zwana też przeczulicą jest czymś, co niewątpliwie zmienia percepcję postrzegania świata i rzeczywistości. Czasem na lepsze, czasem na gorsze.
Ogólnie rzecz ujmując hiperestezja sprawia, że osoba jej doświadczająca żyje w świecie skrajności. Wszystko jest albo za jasne, albo za ciemne. Za zimne albo za gorące. Sweterek może być za różowy, kurtka za śliska, buty za twarde, ogórek zbyt gorzki, zupa za gorąca, tramwaj za głośny, itp. Wszystko wydaje się być zbyt intensywne. Dotyczy to również odczuwania emocji. Hiperestetyk równie często płacze z bólu, ze wzruszenia, ze smutku, co z radości.
Najpierw zajmijmy się tą lepszą, pozytywną stroną. Prawda jest taka, że osobom takim, jak ja, nie potrzeba wiele do szczęścia. Cieszy nas każda pierdoła, każdy drobiazg. Czyjś uśmiech, radość, śpiew ptaka, motyl siedzący na kwiatku, żaba na łące czy ciekawy kamień przy drodze. Wszystko nas zachwyca, zadziwia, fascynuje. Podziwiam kształt przepływających obłoków, zastanawiam się nad intensywnością kolorów, słyszę cykanie świerszczy. Wszędzie wokół widzę piękno. W drobiazgach. I to sprawia, że czuję się szczęśliwa. Zapach bzu czuję z odległości dwudziestu metrów, z ogrodu sąsiada. Ale jak sąsiad zapali skręta, to tez czuję, z tej samej odległości. Nie cierpię zapachu dymu tytoniowego. Nawet, jeśli zapaliłeś papierosa rano, na dworze, to ja wyczuję resztki zapachu dymu tytoniowego na twojej koszuli, gdy wieczorem wrócisz do domu. Nic się przed moim nosem nie ukryje. Nie zawsze mówię głośno o tym, co widzę i czuję. Często ukrywam to, że wiem. Ale mam pełną świadomość co się dzieje wokół mnie. Moje zmysły mnie o tym informują.
Zapewne każdy z was był kiedyś w kinie i oglądał film w 3D. Zakładasz specjalne okulary i nagle świat wokół się zmienia, wygląda inaczej. Otóż my tak mamy przez cały czas. Hiperestezja to takie okulary właśnie, przez które odczuwa się świat inaczej. Ale to takie okulary, które zmieniają nie tylko bodźce wzrokowe, ale wszystkie inne też. Więc jeśli oglądasz w 3D piękne sceny podwodne kręcone w oceanie, to wzdychasz z zachwytu oglądając rafy koralowe czy ławice przepływających ryb. Ale jeśli nagle w twoją stronę płynie rekin…
No właśnie. I tu jest druga strona medalu. Bo te negatywne bodźce też są dodatkowo wzmacniane. A to nierzadko powoduje cierpienie, lęk, dyskomfort, a nawet fizyczny czy psychiczny ból. Przykład z życia?
Ileż to razy słyszę jak ktoś mówi, że idzie się zrelaksować pod prysznicem. Dla nie to abstrakcja. Branie prysznica bynajmniej nie uważam za relaksujące. To dla mnie zawsze olbrzymi stres. Kąpię się, bo muszę, żeby nie śmierdzieć. Nie dlatego, że to jest przyjemne.
Myślenie rozgałęzione
Wchodzę wieczorem do łazienki. Pod prysznicem nie widzę maty antypoślizgowej. Leży zwinięta obok. Mój mąż zawsze ją wyjmuje, gdy się kąpie. Zastanawiam się czy ją rozłożyć. Nie chce mi się trochę. Myślę sekundę, może dwie. A w tym czasie w mojej głowie galopują niezliczone myśli we wszystkich możliwych kierunkach. Wiem, że jednak powinnam ją rozłożyć. Tak będzie rozsądniej. Bo wiem, że przytłoczona nadmiarem bodźców często tracę poczucie równowagi. Boję się, że bez niej upadnę. Mój zapobiegawczy umysł przestrzega mnie i potępia lekkomyślność. Myślenie – a może się nic nie stanie, nie jest dla mnie. W jednej sekundzie widzę oczami wyobraźni, jak się przewracam i łamię rękę czy nogę. Widzę jak przyjeżdża po mnie karetka, jak wiezie mnie do szpitala, jak robią mi prześwietlenie, pakują w gips, a potem leżę unieruchomiona przez całe tygodnie. Zastanawiam się kto będzie w tym czasie dbał o moje zwierzęta? Co się stanie z moją pracą? I czy ta złamana ręka zrośnie się prawidłowo? Jak ja dam radę spać ze złamaną ręką czy nogą? Przecież wtedy nie będę mogła spać w mojej ulubionej pozycji. A jeśli zatrzymają mnie w szpitalu dłużej? A co, jeśli szpitalne łóżko będzie niewygodne? Nie cierpię szpitali. Są ponure, nudne, zbyt głośne i śmierdzą.
Mój umysł w ciągu dosłownie dwóch sekund przewala tony różnych ewentualności i wiem już wszystko. Nie, dziękuję! Nie zaryzykuję wejścia do wanny bez maty. Może i nic by się nie stało, ale… po co ryzykować? To bez sensu narażać siebie i swoją rodzinę na jakieś głupie problemy i niedogodności, które wcale nie muszą się wydarzyć. Wystarczy trochę zapobiegliwości.
Jak to jest z tą przeczulicą?
Wkładam matę i wchodzę pod prysznic dygocąc z zimna. Dygocę zawsze (pomijając tylko te letnie, upalne dni), bo gdy tylko rozbiorę się do naga, od razu zaczynam marznąć. Odkręcam kurek i moje uszy natychmiast bombarduje zbyt intensywny dźwięk wody wypływającej z prysznica. Ten dźwięk boli. Jest bardzo, bardzo nieprzyjemny dla mojego mózgu. Próbuję ustawić temperaturę wody, ale jest to trudne, bo moje ciało toleruje wodę tylko o określonej temperaturze. Jeśli będzie dwa stopnie za ciepła lub za zimna, to już jest dla mnie nie do przyjęcia.
Najgorszy jest ten pierwszy moment, kiedy spływająca woda zaczyna uderzać w moje ciało. Czuję to tak, jakby spadały na mnie szpilki, a nie krople wody. Koszmarne uczucie. Tak jest przez kilkanaście pierwszych sekund. Potem mózg zaczyna się przyzwyczajać i jest bardziej znośnie. Wciąż reguluję temperaturę, bo woda wydaje mi się to za zimna, to za gorąca. Niektóre szampony pachną zbyt intensywnie. Wybieram więc te bardziej neutralne zapachowo.
I nie, nie mogę sobie po prostu napuścić wody do wanny i się wykąpać, bo nie zniosłabym takiego marnotrawstwa. Wolę już się przemęczyć i zaoszczędzić trochę. Kąpiele w wannie są nieekologiczne.
Staram się załatwić sprawę jak najszybciej. Pięć minut i zakręcam kurek z wodą. Znowu jest mi przeraźliwie zimno i trzęsę się jak galareta. Biorę ręcznik (wypłukany w płynie zmiękczającym) i okrywam się nim. Równie dobrze mogłabym się wycierać papierem ściernym. Boli. Nadwrażliwa skóra cierpi. Zakładam na siebie od razu coś ciepłego. Mięciutką, polarową bluzę, albo szlafrok. Idę do łóżka, gdzie już czeka na mnie mój mąż. Przytulam się do niego wciąż dygocąc. Śmieje się ze mnie i próbuje mnie przedrzeźniać naśladując moje szczękanie zębami. Ponieważ robi to bardzo dobrodusznie, nie złośliwie, ja też zaczynam się z siebie śmiać. A potem mąż zadziornie zadaje mi zawsze to samo pytanie: „Kochanie, nie mogłabyś kiedyś, tak dla odmiany, wykąpać się w ciepłej wodzie?”.
Wtulam się w gorące ciało ukochanego partnera. Jest mi dobrze. Czuję jego znajomy zapach, delikatny szelest pościeli. Lampka przy łóżku roztacza wkoło słabe, ciepłe światło, wiatr szepcze coś za oknem. I to natychmiast mnie uspokaja. Mój mózg powoli się wycisza. Przestaję dygotać. Jest mi dobrze, czuję taką błogość. Jestem szczęśliwa.
Hiperestezja jest nieodłącznym towarzyszem osoby nadwrażliwej i nadwydajnej. Dla ludzi nią dotkniętych wykonywanie najprostszych nawet i najbardziej oczywistych czynności bywa czasem bardzo trudne. Jesteśmy wciąż narażeni na stresujące sytuacje. Ale też równie często potrafimy doświadczać stanu absolutnej błogości i szczęścia. Ot… takie życie na karuzeli.
Tylko… jakoś do tej pory nie mogę się do tego przyzwyczaić.



