Trudne doświadczenia i… spokój.

Od pewnego czasu zauważyłam, że trudności, które na codzień napotykam w życiu, przestały mnie przerażać i martwić. Mam do nich bardzo neutralny stosunek. A czasem wręcz… pozytywny. Oczywiście dawniej było inaczej. Pamiętam takie czasy mojej młodości, kiedy przerażało mnie prawie wszystko. Wszystkiego się bałam. Bałam się, że sobie nie poradzę.

A potem przychodziły kolejne naprawdę trudne doświadczenia, a ja sobie jakoś radziłam. Zawsze i ze wszystkim. Czasem bywało bardzo ciężko.

Z mojego wczesnego dzieciństwa dostałam w prezencie PTSD. Taki spadek, po wychowywaniu się w dysfunkcyjnej rodzinie, gdzie przemoc fizyczna i psychiczna była na porządku dziennym. Przypadłość ta, niezdiagnozowana i nieleczona przez kolejne 20 lat przekształciła się w Neurological Funcional Disorder (niestety nie znam polskiej nazwy tej choroby). Od 15-go roku życia jestem więc poważnie chora. Nieuleczalnie. Dwa lata swojego życia spędziłam w zasadzie na wózku inwalidzkim mając bardzo poważne problemy z poruszaniem się. W dodatku żyłam w niewiedzy odnośnie mojego stanu zdrowia, bo przez te 20 lat lekarze nie potrafili mnie właściwie zdiagnozować. Ta choroba bardzo boli. Fizyczny i psychiczny ból jest moją codziennością, Ale już się przyzwyczaiłam i zaakceptowałam to.

Poprawną diagnozę postawiono mi dopiero, gdy miałam 35 lat. I wtedy też zaczęto mnie leczyć.

W międzyczasie urodziłam dziecko. Autystyczne. Kto nigdy nie wychowywał autystycznego dziecka, nawet nie jest sobie w stanie wyobrazić jak to jest.

Wiem, co to znaczy żyć bardzo biednie, gdy brakuje nawet na chleb, na opłaty, na wszystko. Wiem, jak to jest ślęczeć po nocach przerabiając swoje stare swetry i spodnie na ubranka dla dziecka. Bo ono rośnie, w stare już się nie mieści, a nie ma za co kupić nowych. Bywałam w swoim życiu głodna, zdana na łaskę i niełaskę innych ludzi.

Po ponad dwudziestu latach moje niełatwe małżeństwo się rozpadło. On odszedł do młodszej, zdrowszej i bardziej „normalnej”. Zostałam zupełnie sama, chora, z ośmioletnim, autystycznym synem, w obcym kraju, bez pracy i dobrej znajomości języka. Nic, tylko palnąć sobie w łeb.

A jednak postanowiłam żyć. Na przekór wszystkiemu. I (o dziwo!) jakoś dałam radę. Wygrzebałam się ze straszliwego dołka, stanęłam solidnie na nogi. Stałam się niezależna finansowo. Do tego poznałam dobrego, kochanego człowieka, który zaakceptował mnie i pokochał z całym „dobrodziejstwem inwentarza”, i z którym jestem do dziś.

Gdy wspominam swoje (wcale nie krótkie już) życie, wydaje mi się ono jakieś takie… nierzeczywiste. Za trudne, zbyt bolesne, zbyt skomplikowane, nierealne. Tak trudne i pokręcone życiorysy nie zdarzają się często.

Ale jedno się we mnie zmieniło. Przestałam się bać. Zaczęłam myśleć, że skoro poradziłam sobie z tyloma naprawdę trudnymi doświadczeniami w swoim życiu, to już ze wszystkim sobie poradzę, cokolwiek los by jeszcze dla mnie zaplanował.

Jest we mnie spokój.

To nieprawdopodobne, że tak mała, delikatna i krucha istotka, jaką jestem, jest jednocześnie tak bardzo odważna, wytrzymała, twarda, elastyczna, wytrwała i zdeterminowana. Nie spodziewałam się odkryć w sobie tych wszystkich cech. A jednak one we mnie są. Taka właśnie jestem.

Do tego wszystkiego całkiem nieźle u mnie z pogodą ducha, poczuciem humoru, uczuciem osobistego i zawodowego spełnienia i ogólnym zadowoleniem z własnego życia.

Czasem to sobie myślę, że trudne doświadczenia pojawiają się w naszym życiu po to, abyśmy mogli poznać prawdę o sobie. O tym, kim naprawdę jesteśmy i jacy jesteśmy. Trudne doświadczenia odkrywają naszą prawdziwą naturę.

Pod wpływem trudnych doświadczeń z ludzi wyłażą czasem najgorsze cechy charakteru. Ci z natury złośliwi, małostkowi i egoistyczni stają się wtedy naprawdę podli. Wyłażą z nich prawdziwe potwory. A inni, ci z natury dobrzy i szlachetni, jeszcze bardziej się mobilizują ukazując nierzadko heroiczne usposobienie. I czasem, poprzez swoje niezwykłe czyny stają się prawdziwymi bohaterami.

Jak to mówi stare chińskie przysłowie… „wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono”. I to jest prawda. Dopóki sam nie znajdziesz się w danej sytuacji, nie wiesz co zrobisz i jak zareagujesz. To się musi wydarzyć, abyś mógł się pewnych rzeczy o sobie dowiedzieć.

Czasem, gdy się nad tym głębiej zastanowię, to sobie myślę, że trudne doświadczenia mają jednak sens i są bardzo potrzebne. One są dla każdego człowieka jak sprawdzian z człowieczeństwa. A ten spokój, który jest we mnie, to chyba dobry znak. Czuję, że wszystkie dotychczasowe sprawdziany zaliczyłam na piątkę. Nie wszystko było idealnie, ale było… naprawdę dobrze. I to wystarczy.

Ale to jeszcze nie koniec. Wciąż żyję i kolejne doświadczenia przede mną. Czy w chwili, gdy będę umierać, będzie we mnie ten sam spokój? Co mnie jeszcze czeka? Mam nadzieję, że niczego w swoim życiu już poważnie nie schrzanię, bo naprawdę podoba mi się ten spokój.

Bezsilność

Czasem tak mam. To przychodzi samo, ot tak. Chciałabym móc przytulić cały świat. Wszystkie żywe istoty, każdą po kolei i bez wyjątku. Każdego głodnego nakarmić, smutnemu otrzeć łzy, przestraszonego uspokoić, samotnemu podać dłoń i powiedzieć „jestem z tobą” (a w zasadzie… „jestem tobą”).

Ale nie mogę. Nie da się zmienić rzeczywistości, ani jej naprawić. Nie da się zniknąć cierpienia. Nie da się rozwiązać ot tak wszystkich problemów tego świata. Gdy sobie to uświadamiam, jest mi źle. Pojawia się bezsilność, z którą nie potrafię sobie poradzić. To głupie i naiwne powiecie. Ależ ja to wiem! Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. I co z tego, skoro ta świadomość niczego nie zmienia i nie przynosi ulgi?

Świat jest dokładnie taki, jaki ma być i inny nie będzie. To jasne. A ja nie mam obowiązku nosić na swoich barkach wszystkich problemów tego świata. Kim ja do cholery jestem, aby próbować zmieniać cokolwiek, skoro ma być tak, jak jest? Wciąż sobie to tłumaczę. Ale skoro to wszystko wiem, to dlaczego tak trudno mi się z tym pogodzić? Dlaczego patrzenie na cierpienie wokół jest aż takie trudne? Tak wiele rzeczy chciałabym zmienić, tak wielu osobom pomóc, a nie mogę.

Bezsilność to jedna z najgorszych rzeczy, z jaką aktualnie się mierzę. Wciąż uczę się akceptować to uczucie w sobie, ale na razie chyba kiepsko mi idzie.

Może jeszcze nie wydarzyło się w moim życiu coś, co pomoże mi to zmienić? Ale może jeszcze się wydarzy? Kto wie?

„Karuzela myśli” – jak ją zatrzymać, zrelaksować się i szybko zasnąć wieczorem?

Ten temat i problem dotyczy każdej osoby nadwydajnej mentalnie. Mnie również dotyczył. Przez niemal całe moje życie miałam poważny problem z zasypianiem wieczorem. Mój mózg zawsze i niestrudzenie coś mieli. Rozgałęzione myślenie potrafi jedną prostą myśl rozbuchać i rozniecić z niej pożar w mojej głowie. Pożar, który trudno ugasić i który zdaje się trwać w nieskończoność. Dla nadwydajnego niedospana czy nieprzespana noc, to normalka.

Próbowałam stosować zalecane przez lekarza techniki relaksacyjne (świadome oddychanie, medytacja), ale to nie pomagało. Wręcz dawało odwrotny skutek. Zwłaszcza technika wdech przez nos i wydech ustami wręcz doprowadza mnie do szału, irytuje, męczy. Długo próbowałam, naprawdę się starałam, ale to działa na mnie odwrotnie niż powinno. Może i na typowy mózg to działa dobrze, ale na mój nie.

Jako, że osoby nadwydajne są uznawane (nie bezpodstawnie) za bardzo kreatywne, postanowiłam sama poszukać czegoś, co zadziała na mój mózg i pozwoli mi go uspokoić, wyciszyć. I po wielu próbach – udało mi się. Ale to skomplikowane. Trzeba zadziałać na wielu płaszczyznach jednocześnie. Ale w moim przypadku zdziałało to cuda, więc było warto. Od roku przesypiam spokojnie całe noce, a samo zasypianie z kilku godzin skróciło mi się do 15-30 minut. Karuzela myśli w mojej głowie zatrzymuje się niemal od razu, jak na rozkaz.

Zmiana diety

To pierwsza rzecz, która bardzo mi pomogła. Mocno ograniczyłam w swojej diecie spożycie prostych węglowodanów, a już niemal zupełnie wyeliminowałam cukier. Żadnych ciasteczek, cukierków, słodzonych napojów. Żadnych słodzonych jogurtów, ani produktów, które mają dodany „ukryty cukier” (np. kechaup). Wiem, to okrutne. Ale co ja zrobię, że pomaga?

Cukier to mega pożywka dla mózgu. Hiper-paliwo, które dodatkowo jeszcze rozpędza i tak już nadwydajny i nadreaktywny mózg. Tak więc im mniej cukrów prostych w naszej diecie, tym lepiej.

A odkryłam to zupełnym przypadkiem. Otóż rozchorowałam się dosyć poważnie półtora roku temu i lekarz dał mi ostre zalecenie zmiany diety na przeciwzapalną (zero cukru, zero mleka, zero pszenicy). Tak więc zaczęłam tę dietę stosować zupełnie z innych powodów niż nadwydajność (o której wtedy nawet jeszcze nie wiedziałam). Po miesiącu stosowania takiej diety zauważyłam nieoczekiwane zmiany w funkcjonowaniu swojego ciała. Po pierwsze – ustąpiły całkowicie objawy astmy, z którą borykałam się od wielu lat. A także, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zniknęła gdzieś moja alergia na koty. Mimo alergii mam w domu dwa sierściuchy i strasznie mnie ta alergia męczyła. Musiałam ciągle brać leki antyhistaminowe. teraz przestałam, a o alergii zapomniałam. Do tego bardzo złagodniały dolegliwości ze strony układu pokarmowego (zespół jelita drażliwego), a czwarta i najbardziej zaskakująca – zaczęłam lepiej spać. Szybciej zasypiałam, nie budziłam się w nocy. Moje ciało odżyło.

Tak więc – to, jak się odżywiamy (czy nam się to podoba, czy nie), ma na nas ogromny wpływ! Sama, na własnej skórze się o tym przekonałam.

A teraz już przechodzę do konkretnych technik, które sama wymyśliłam i które regularnie stosuję, by zatrzymać „karuzelę myśli”, zrelaksować się i szybko zasnąć.

Serce olbrzyma

To moja ulubiona i najczęściej stosowana technika. Wpadłam na nią przypadkiem, obserwując sposób, w jaki znajoma usypiała na rękach swojego małego, ośmiomiesięcznego synka. Brała go na ręce, kładła go na sobie tak, że główkę maluch opierał na jej ramieniu, a potem, chodziła tak z nim po pokoju poklepując go delikatnie i rytmicznie po pleckach. Patrzyłam wtedy z niedowierzaniem, jak przed chwilą rozbiegany jeszcze i rozwrzeszczany maluch zasypiał w zaledwie kilka minut. To mi się wydawało aż niemożliwe. Zaczęłam wnikliwiej obserwować. To poklepywanie po pleckach… Miarowe, rytmiczne, spokojne. Od samego patrzenia na to robiło mi się jakoś błogo i spokojnie. To przypominało trochę rytm, w którym bije serce – dwa szybkie uderzenia i przerwa, a potem znowu to samo, powtarzane raz po raz.

Postanowiłam sama tego spróbować. Ale oczywiście musiałam wymyślić jakąś inną formę. Raczej marnie by to wyglądało, gdyby ktoś musiał mnie wieczorem oklepywać po plecach. Postanowiłam więc użyć wyobraźni i nieco tę technikę zmodyfikować.

Położyłam się wieczorem do łóżka na godzinę wcześniej, niż robię to zwykle. Sama, bez męża, aby móc się skoncentrować i aby nic mnie nie rozpraszało. Znalazłam wygodną pozycję. Wyobraziłam sobie, że znajduję się tuż pod sercem olbrzyma. Zaczęłam się wsłuchiwać w odgłosy jego bicia: puk! puk! – przerwa – puk! puk! – przerwa – puk! puk! – przerwa. Serce olbrzyma bije wolniej. Znacznie wolniej niż serce człowieka. A gdy już sobie wyobraziłam ten rytm, zaczęłam go delikatnie wystukiwać na przemian wskazującym i serdecznym palcem jednej ręki. Na początku pukałam delikatnie, ledwie zauważalnie w ramę łóżka, potem, po zmianie pozycji, już tylko w powietrzu. Dwa poruszenia palcami – przerwa. I tak w kółko. Starałam się skupić całą uwagę mojego mózgu na tym momencie, w którym znów zabije serce olbrzyma. Odkryłam, że na początku, ten fizyczny ruch palcami jest konieczny. Potem, gdy mój umysł powoli zaczyna się wyciszać, mogę już fizycznie przestać stukać, a jedynie wyobrażać sobie ten ruch. I to działa tak samo.

Za każdym razem, gdy mój mózg próbuje uruchomić myślenie i analizowanie, zawracam swoją uwagę na bicie serca olbrzyma. Wyczekuję kolejnego uderzenia. Po kilkunastu minutach moja głowa jest praktycznie pusta i przepływają przez nią jedynie strzępki bladych myśli.

Kolejną, bardzo ważną częścią tej techniki jest porzucenie jej w odpowiednim momencie. To znaczy, kiedy mózg jest już zrelaksowany. Wtedy pozwalam łagodnym myślom swobodnie przepływać przez mój umysł. Gdy zbyt mocno się skupiam na samej czynności zasypiania, zaczynam się znowu stresować i karuzela wraca. Nie zaśniesz, gdy za wszelką cenę będziesz starał się zasnąć. Wystarczy, że zrelaksujesz i oczyścisz swój umysł, a wtedy sen przyjdzie sam.

Technika serca olbrzyma bardzo mi też pomogła na pozbycie się jakże męczącego zespołu niespokojnych nóg, który mam od dziecka, a który dodatkowo utrudniał mi zasypianie. Gdy zaczynam powoli, równo i rytmicznie poruszać palcami w rytmie bicia serca olbrzyma, przymus poruszania stopą od razu znika.

W tym ćwiczeniu najważniejszy jest rytm. Musi być odpowiedni i cały czas taki sam. Mogłabym go opisać jako:

puk! puk! – jeden, dwa trzy – puk! puk! – jeden dwa trzy

Wypowiedzenie (w miarę szybkie) – jeden, dwa trzy – trwa mniej więcej tyle, ile czasu powinno minąć między jednym a drugim uderzeniem serca olbrzyma. Ja mam jeden, zawsze taki sam rytm, takie samo tempo. Ono się nie zgadza ani z rytmem w jakim oddycham, ani z biciem mojego własnego serca. Serce olbrzyma bije w swoim własnym rytmie niezależnie od niczego innego. Jeśli zmieniłabym je choć trochę, podejrzewam, że technika mogłaby nie zadziałać. W każdym razie to rytmicznie uderzanie palcami i skupienie na tym strumienia świadomości pozwala mi niemal natychmiast zatrzymać myślową karuzelę.

Oczywiście zdarzało mi się (zwłaszcza na początku), że czasem świadomość płatała mi figle i uparcie próbowała znów uruchomić karuzelę myśli. Ale to wymaga samodyscypliny. Gdy tylko poczułam, że znowu zaczynam o czymś intensywnie myśleć i tracę skupienie, natychmiast nakierowywałam znów swoją uwagę na bijące serce olbrzyma, a myśli wygaszałam. I tak do znudzenia.

Kołyska

Ta technika znowu wykorzystuje ruch. Tym razem ruch gałek ocznych. Zauważyłam, że podobny efekt ma na mnie wyobrażenie sobie (najlepiej w pozycji na wznak), że leżę w kołysce, która kołysze się na boki. Ale samo wyobrażenie ruchu nie wystarcza. Wzmacniam to wyobrażenie w ten sposób, że gdy zamknę oczy, zaczynam rytmicznie poruszać gałkami ocznymi raz w lewo, raz w prawo i na tym ruchu skupiam całą uwagę mojego umysłu. Zauważyłam, że czasem moja głowa bardzo delikatnie idzie za tym ruchem oczu i przesuwa się odrobinę (ledwie zauważalnie) w tę samą stronę. Oczy w lewo – głowa w lewo, oczy w prawo, głowa w prawo. I znowu – pełna koncentracja na tym właśnie rytmicznym ruchu. Świadomość momentu zawieszenia, próżni, pomiędzy jednym wahnięciem oczu, a drugim.

Potem, gdy umysł już się znacząco wyciszy i natrętne myśli przestają się pojawiać, poruszanie gałkami ocznymi przestaje być konieczne, a nawet jest trudne, bo ciało i umysł są już tak zrelaksowane, że poruszenie którąkolwiek częścią ciała zaczyna stanowić problem. Więc wtedy już tylko wyobrażam sobie, że poruszam oczami, aby utrzymać jeszcze przez chwilę ten efekt.

I znowu – ważne jest, aby wybrać odpowiedni moment na zaprzestanie ćwiczenia. Gdy umysł jest oczyszczony i spokojny, kończymy ćwiczenie i pozwalamy myślom swobodnie płynąć. Oczywiście tylko pod tym warunkiem, że są to łagodne, leniwe myśli, przepływające przez umysł spokojnie. Jeśli natrętne myśli powracają, całe ćwiczenie należy zacząć od początku.

Huśtawka

Technika bardzo podobna do kołyski, jednak tu wyobrażam sobie, że siedzę na huśtawce. Staram się skupić całą uwagę swojego umysłu na rytmicznych ruchać w przód i w tył. Towarzyszy temu minimalny ruch głowy w tył i w przód (na początku ćwiczenia). I dokładnie tak, jak to się dzieje, gdy huśtamy się na prawdziwej huśtawce, trzeba ciągle podtrzymywać ten ruch, aby huśtawka nam się nie zatrzymała. Odkryłam, że właśnie takie zapętlenie się na rytmicznym, ciągle powtarzalnym ruchu, działa na mój umysł najlepiej i najszybciej przychodzi wyciszenie natrętnych myśli. Ruch musi być rytmiczny, jednostajny, wciąż taki sam. I musi być moment przerwy między jednym, a drugim impulsem. Tak, ten element ruchu i przerwy jest moim zdaniem niezbędny i kluczowy, aby wyciszyć nadwydajny umysł. W każdym razie, aby wyciszyć MÓJ umysł. Bo na mnie to działa bezbłędnie.

Mieszanie technik

Zauważyłam, że bardzo dobry efekt daje też mieszanie wszystkich trzech technik. Gdy kładę się na boku, najlepiej działa na mnie serce olbrzyma. Ale gdy nie zasnę, zanim jestem zmuszona zmienić pozycję, wtedy zmieniam technikę. Gdy leżę na plecach, wtedy przestawiam się na kołyskę lub huśtawkę. Zauważyłam, że nawet po ciężkim i obfitującym w mocne wrażenia dniu, stosując te techniki zasypiam szybko i bez problemu. Czasem stosuję je również w ciągu dnia, gdy potrzebuję się wyciszyć.

W każdym razie – karuzela myśli już nie stanowi dla mnie problemu. Chociaż z tym sobie jakoś poradziłam.

Emocje

Osoby nadwydajne i wysoko wrażliwe cierpią z powodu emocji. Wszelkich emocji. Zarówno pozytywnych, jak i negatywnych.

Emocje towarzyszą nam zawsze i wszędzie. W czasie każdego spotkania z drugim człowiekiem, w czasie obcowania z przyrodą, nie mówię już nawet o oglądaniu filmów czy wiadomości w telewizji.

Osoba wysoko wrażliwa bardzo wszystko przeżywa, o wszystko się martwi. Nie potrafi przestać myśleć o zagrożeniach klimatycznych, o zanieczyszczeniu środowiska. Coś takiego, jak wojna, jest dla niej druzgocącą i niepojętą w swej głupocie i okrucieństwie abstrakcją.

Ale przeżywamy też mocno wszelkie kłótnie rodzinne, spory i nieporozumienia w pracy. Myślimy jak by tu załagodzić wszystkie waśnie. Często odruchowo ustawiamy się w roli mediatorów. Robimy wszystko, co w naszej mocy, aby wreszcie znowu zapanował spokój, harmonia i aby wszyscy wokół nas byli szczęśliwi. Bo wtedy będziemy mogli odetchnąć.

Powszechne jest mniemanie, że osoby nadwydajne i wysoko wrażliwe powinny za wszelką cenę unikać złych emocji, a bombardować się tylko tymi pozytywnymi. Że powinny w ogóle zrezygnować z oglądania wiadomości w TV, nie powinny oglądać horrorów, relacji z miejsc, w których toczy się wojna, itp. Natomiast ładować sobie do głowy pozytywne bodźce i wrażenia związane z pięknem natury, światem zwierząt, roślin, itp. Bo to niby pomaga. Pozwolę się z tym nie zgodzić.

Obserwując siebie i swój umysł od tylu lat stwierdzam, że nie jest to do końca prawda, że odcięcie się od negatywnych bodźców i emocji załatwia sprawę. Nie da się normalnie żyć w ten sposób. Nam, podobnie jak wszystkim innym ludziom, są potrzebne do życia wszystkie emocje. Nie można części z nich pomijać i wykluczać, bo takie życie byłoby bardzo dziwne, zubożałe i niepełne. To tak, jakby pewnego dnia stwierdzić, że kolor zielony i niebieski jest nieładny i nie chcę go oglądać. Wolę patrzeć na świat w ciepłych kolorach, a więc tylko czerwień, żółty i pomarańczowy będą odtąd oglądać moje oczy. Brzmi jak absurd, prawda? Nasz obraz i odbiór świata byłby wtedy przekłamany. Tak, jak potrzebujemy pełnego spektrum kolorów, by realistycznie odbierać otaczający nas świat, tak samo potrzebujemy doświadczania pełnego spektrum emocji, by właściwie go rozumieć.

Tak więc emocje same w sobie są ok. Wszystkie. Kluczem do zrozumienia jest tu słowo NADMIAR. Bo to nadmiar emocji nam szkodzi, nie emocje same w sobie. Nadmiar wszelkich emocji – i tych pozytywnych, jak i negatywnych. A wiem to stąd, że nie przespałam taką samą ilość nocy z powodu mielenia przez mózg i negatywnych jak i pozytywnych emocji. To, że ktoś nie może zasnąć, gdy obejrzy wieczorem horror, to się wydanie normalne. A co z pozytywnymi emocjami. Jak to działa? Oto przykład:

Moje spotkanie z ukochaną nauczycielką po latach, od ukończenia przeze mnie szkoły muzycznej. Ne miałyśmy ze sobą kontaktu ponad 20 lat. Nie wiedziała przez cały ten czas, że wybrałam ten sam kierunek, co ona i teraz sama uczę gry na fortepianie. Była taka szczęśliwa, gdy się o tym dowiedziała. To było cudowne spotkanie. I oczywiście wspominanie dawnych, szkolnych czasów. Popłynęło wiele łez. Łez szczęścia. Opowiadała mi, jak mnie zapamiętała z czasów, gdy pamięta mnie jeszcze jako dziewczynkę i uczennicę.

Opowiadałyśmy sobie co słychać u każdej z nas teraz, czym się aktualnie zajmujemy, jak wygląda nasze obecne życie. Powiedziałyśmy sobie wiele ciepłych, serdecznych słów. Wymieniłyśmy się przemyśleniami odnośnie naszej pracy.

Trudno o bardziej pozytywne emocje. Ta rozmowa tak pięknie, pozytywnie mnie nastroiła i naładowała, że… nie mogłam spać przez całą noc. Obrazy ze szkoły muzycznej wracały, przypominały mi się konkretne wydarzenia, które miały wtedy miejsce, ludzie, których tam spotykałam w czasie zajęć. Ta rozmowa uruchomiła lawinę wspomnień, która dosłownie zalała mój mózg. Efekt był taki, że przez cała noc nie udało mi się zasnąć, a rano podniosłam się z łóżka wyczerpana. Następnego dnia nie miałam siły i energii na nic. I to z powodu nadmiaru nie negatywnych, a pozytywnych emocji!

To samo się dzieje, gdy np. wieczorem, przed snem, posłucham sobie pięknej muzyki, obejrzę film przyrodniczy czy przejrzę stare zdjęcia mojego syna, z czasów, gdy był jeszcze dzieckiem. Wtedy też nie mogę zasnąć, bo te piękne i wzruszające obrazy zostają w moim umyśle i wciąż powracają z całą masą innych skojarzeń i wspomnień.

Dlatego w przypadku osób wysoko wrażliwych i nadwydajnych niezwykle ważna jest HIGIENA I DYSCYPLINA UMYSŁOWA, a także umiejętność wyciszania, wygaszania emocji.

Z czym się to u mnie wiąże? Na jakie rozwiązania sama wpadłam? Co na mnie działa? W dużym skrócie:

  1. Niemal całkowite wyeliminowanie z diety cukrów prostych. Cukier prosty (każdy!) jest hiper-paliwem dla mózgu. Przypadkiem na sobie odkryłam, że jego duże spożycie dodatkowo napędza i rozkręca nadwydajny mózg. Czuję ogromną różnicę w jakości pracy mojego mózgu, gdy rok temu diametralnie zmieniłam dietę i każdemu nadwydajnemu polecam tego spróbować. Mnie to bardzo pomogło.
  2. Żadnej ekspozycji na silne emocje wieczorem – moja żelazna zasada. Za dnia robię co chcę i oglądam co chcę. Po godzinie 21.00 zaczynam stopniowe wyciszanie emocji. To cały proces i trwa około dwóch godzin. Mam na to swoje własne sposoby. Np. siadam przy moim akwarium, patrzę na rybki. Obserwuję izopody w vivarium. Potem biorę się za robótki ręczne, a więc proste, mechaniczne czynności angażujące mózg tylko w minimalnym stopniu, a nieco utrudniające myślenie (np. liczenie oczek). Czasem coś rysuję, czytam książkę.
  3. Staram się kłaść do łóżka zawsze o tej samej porze. Nie przeglądam przed snem poczty, nie czytam wiadomości przed pójściem spać. Za to włączam sobie audiobook. Mam taki swój specjalny audiobook do zasypiania. Głos lektora (specjalnie dobrany) zaczyna na mnie działać kojąco, uspokajająco. Po około 15 minutach słuchania zasypiam i śpię jak niemowlę przez całą noc.

W szponach empatii

Nie bój się osób wysoko wrażliwych i nadwydajnych. Taka osoba nie zrobi ci krzywdy. A już na pewno nie zrani cię świadomie, z premedytacją i z rozmysłem. Wręcz przeciwnie. To właśnie osoby nadwydajne często padają ofiarami ludzi o mniejszej wrażliwości. My, nadwydajni, uparcie i naiwnie wierzymy, że skoro my nie widzimy sensu w ranieniu innych, to inni mają tak samo. Mierzymy wszystkich swoją miarką. Staramy się widzieć w ludziach tylko dobro. Bo po co skupiać się na tym, co złe?

Jak już wspomniałam w którymś w poprzednich wpisów, osoba nadwydajna nie potrafi żyć w oddzieleniu od innych istot. Cały świat postrzega jako jedną i nierozerwalną całość. A więc cierpienie każdej żywej istoty czuje tak, jak swoje własne. Nadwydajni nie widzą więc powodu, by ranić innych. Byłby to swoisty i niezrozumiały masochizm. Brak logiki. Bo dla nas zranić kogoś, to tak, jak zranić samego siebie. Jakakolwiek forma agresji skierowana w kogokolwiek (z tego punktu widzenia) nie ma sensu. Po co robić samemu sobie krzywdę?

Empatia nadwydajnych jest tak wielka, że czasem więcej z niej szkody niż pożytku. Przynajmniej dla nich samych. Nawet, jeśli bardzo tego nie chcemy, zarażamy się emocjami innych. Dlatego zawsze robimy wszystko, aby ludzie wokół nas byli szczęśliwi. Bo wtedy i nam jest dobrze.

Jest w tym jednak pułapka. Bo jeśli trafimy na osobę permanentnie nieszczęśliwą, egoistyczną i narcystyczną, ta osoba okazuje się być studnią bez dna. Taki ktoś pochłonie każdą dobroć, każdą pomoc, każde życzliwe słowo skierowane ku niemu, i dalej będzie mu mało. Dalej będzie nieszczęśliwy, a przy tym nie okaże nadwydajnemu najmniejszej nawet wdzięczności. Za to perfidnie obwini nadwydajnego, że nie potrafi go uszczęśliwić (tak, jakby to był jego obowiązek!) i obarczy odpowiedzialnością za swoje własne nieszczęście. Wmówi mu, że to jego wina. Wytknie mu jego nieudolność i beznadziejność.

Jakże często my, nadwydajni, czujemy się źli, głupi i obwiniamy siebie o całe zło tego świata. Choć tak naprawdę najmniej tego zła powodujemy.

To była dla mnie jedna z najtrudniejszych lekcji, jakich musiałam się nauczyć. Mianowicie uzmysłowić sobie, że każdy dorosły człowiek sam jest odpowiedzialny za swoje własne szczęście lub jego brak. I ja nie muszę się czuć winna, gdy w mojej obecności ktoś manifestuje swoje niezadowolenie. Teraz już to wiem, ale przez większość życia była to dla mnie abstrakcja. Zawsze to ja czułam się winna. Za wszystko.

Nie bez powodu wybrałam taki tytuł do tego wpisu. Bo to faktycznie tak jest. Często mam wrażenie, że jestem więźniem zbyt intensywnego odczuwania cudzych emocji. One mnie osaczają, męczą, przygniatają. Czuję się tak, jakbym dźwigała na swoim grzbiecie cały ból tego świata. Walczę z tym, staram się patrzeć na wszystko z dystansem, oddzielać się od cudzych emocji. Ale to nie jest proste. Czasem się udaje, czasem nie.

Udaje się wtedy, gdy wiem, że coś się wydarzy i mogę się do tego odpowiednio przygotować. Zaplanować przebieg danego wydarzenia (choćby z grubsza). Na przykład pogrzeb bliskiej osoby, wizytę w szpitalu itp. Są to wydarzenia trudne, ale przewidywalne. I można się do nich jakoś przygotować. Wtedy mogę zaplanować z góry stosunek do danego wydarzenia oraz własne emocje. Jeśli natomiast pewne sytuacje mnie zaskakują, wtedy jest gorzej. Empatia łapie mnie w swoje szpony i zaciska je na mojej szyi, a pazury wbija prosto w serce. Bo znów czuję nie swój ból, ale tak mocno, jakby był mój.

Szoda, że empatii nie można sobie czasem po prostu wyłączyć. Zrobić pstryczkiem „pstryk!” i przez chwilę nic nie czuć. Odpocząć od wszystkich możliwych emocji. Wyjechać na bez-emocjonalne wakacje. Może bezludna wyspa? Oj, pojechałabym.

Inteligencja emocjonalna

„Jesteś bardzo mądrą osobą” – często słyszę to stwierdzenie.

Nie wzięło się to znikąd. Rozsupłałam już tyle węzłów gordyjskich w swoim życiu, pomogłam tak wielu osobom, załagodziłam tyle konfliktów i sporów, naprawiłam tyle popsutych relacji, że naprawdę zaczynam w to wierzyć. Że jestem mądra. Bo chyba tym właśnie jest mądrość – umiejętnością tworzenia dobrej, przyjaznej przestrzeni wokół siebie, harmonijnej i szczęśliwej, oraz dobrych i serdecznych relacji z innymi ludźmi. A to dla nadwydajnego umysłu bułka z masłem. Jest to prawdopodobnie powiązane z tym, że mam bardzo wysoką inteligencję emocjonalną.

Co to oznacza? Czym wyróżnia się człowiek obdarzony wysoką inteligencją emocjonalną? Celowo użyłam słowa „obdarzony”, bo ja się z tym urodziłam. Miałam to od zawsze, odkąd tylko pamiętam. Wiedziałam co inne osoby czują, co myślą, co zamierzają zrobić, itp.

Bardzo wcześnie odkryłam, że jestem inna niż moi rówieśnicy. Pamiętam, jak moja pierwsza nauczycielka w szkole podstawowej powiedziała o mnie do moich rodziców (przy okazji wywiadówki), że jestem bardzo dojrzała jak na swój wiek.

Poruszanie się w świecie emocji, to mój żywioł. Gdy rozszyfrowuję co dzieje się w umyśle drugiego człowieka, czuję się jak ryba w wodzie. Sama mam bardzo łatwy dostęp do swoich emocji. Widzę je wszystkie jak na dłoni, doskonale je rozumiem, potrafię każdą precyzyjnie nazwać i odkryć dlaczego się we mnie pojawiła. A także we właściwy i bezpieczny (dla siebie i otoczenia) sposób rozładować te, które mogą wpływać na mnie źle. To się ponoć nazywa – właściwe zarządzanie emocjami.

Wiele sytuacji powoduje, że pojawia się w nas więcej niż tylko jedna emocja na raz. Przecież można czuć irytację, smutek, bezradność i rozczarowanie w tym samym czasie. Często jedna z emocji jest w danej chwili dominująca. A czasem wszystkie pojawiają się w umyśle z taką samą siłą. I ja to wszystko jestem w stanie zauważyć nie tylko w swoim umyśle, ale też w każdym innym.

Ludzie są bardzo różni. Jedni bardziej skomplikowani, inni prości. Jeszcze inni wręcz prymitywni.

Boję się prymitywnych ludzi. Z tymi mam najgorszy kontakt i najtrudniej mi ich zrozumieć. Ci żyją zwykle w swoim dwuwymiarowym, czarno-białym świecie, nie potrafią dostrzec żadnych odcieni szarości, ani zaakceptować innego sposobu myślenia, niż tylko ich własny. Bardzo trudno ich uspokoić, gdy są emocjonalnie wzburzeni. Logiczne argumenty do nich nie trafiają. Czasem trzeba improwizować, aby jakoś ujść z życiem, gdy prymitywna jednostka wpada w destruktywny szał. Wtedy zwykle z pomocą przychodzi mi moja intuicja i podpowiada sposób reakcji.

Gdy po raz pierwszy spotykam jakąś osobę, zwykle potrzebuję kilku minut zaledwie, aby się zorientować z kim mam do czynienia. Określić poziom inteligencji, elastyczność, tolerancyjność danej osoby, jej życiowe preferencje czy ambicje. Lubię wiedzieć o ludziach na tyle dużo, by ocenić (na własny użytek), czy kontakt z taką osobą jest dla mnie bezpieczny, czy nie. Czy będzie trudny i wymagający stałego skupienia uwagi (żeby przypadkiem nie powiedzieć czegoś, co natychmiast eskaluje w poważny konflikt), czy raczej bezproblemowy.

W mojej pracy spotykam się z różnymi typami ludzi. Z różnych środowisk i różnych warstw społecznych. Z każdą osobą staram się znaleźć wspólny język. Bywają jednak tacy klienci, że już po kilku zamienionych z nimi zdaniach rezygnuję z potencjalnej współpracy. Bo od razu wiem, że z tym człowiekiem będą kłopoty. Czasem wystarczy, że spojrzę na daną osobę (na jej wyraz twarzy, spojrzenie, mimikę, gesty, mowę ciała), a od razu wiem, że nie chcę mieć z tą osobą do czynienia. Ona nawet ust nie musi otwierać, a ja już wiem. Najczęściej jednak ta osoba otwiera zaraz potem usta i to, co mówi, tylko potwierdza moje wcześniejsze odczucia. Na ogół jednak relacje ze wszystkimi moimi klientami układają się dobrze, poprawnie, a nawet często przekształcają w miłe wieloletnie znajomości.

Odkryłam, że potrafię dostosowywać swój sposób zachowania, mówienia, nawet gestykulacji, do każdego indywidualnego rozmówcy. Nie ważne, czy jest to dziecko, czy osoba dorosła. Gdy mam do czynienia z kimś o bardzo wysokim potencjale energetycznym, z osobą wesołą, żywiołową, gadatliwą, o cholerycznym usposobieniu, sama, rozmawiając z nią, podnoszę swój poziom energii, intensywnie gestykuluję, mówię głośniej i szybciej. Z kolei mając za rozmówcę osobę o bardziej spokojnym, flegmatycznym usposobieniu, automatycznie ściszam głos, poważnieję, wyciszam emocje, mówię spokojnie i rzeczowo.

W ten sposób upodabniam się do moich rozmówców. Dzieje się to na tyle naturalnie i spontanicznie, że często nawet sobie tego do końca nie uświadamiam. To się dzieje automatycznie.

Zauważyłam też, że potrafię być świetnym mediatorem. Gdy mam przed sobą dwie zwaśnione strony, potrafię im pomóc ochłonąć z negatywnych emocji, a potem znaleźć rozwiązanie problemu. Często szukając kompromisów. Kompromis, to jedno z pierwszych słów, jakich nauczyłam się mojego syna.

Nie znoszę rozwiązań przemocowych, w których jedna strona jest faworyzowana i wygrywa, a druga jest marginalizowana i spychana na dalszy plan. W moim świecie (czyli w „piątym wymiarze”) nie ma ludzi lepszych i gorszych. Każdy zasługuje na dobre traktowanie, sprawiedliwość i szacunek.

Nie mam wrogów. Wiem, że jest parę osób, które mnie nie lubią. Trafiłam w swoim życiu na kilka narcystycznych osobowości, którym się w pewnym momencie postawiłam. Mocno i zdecydowanie. A potem zerwałam z nimi kontakt. Ale chyba nie znam ani jednej osoby, która pałała by do mnie nienawiścią i źle mi życzyła.

Nienawiść… to jedyna emocja, której nigdy nie doświadczałam i której nie rozumiem. Ale obserwując zachowania niektórych ludzi chyba potrafię sobie wyobrazić czym ona może być.

Nierozerwalną cechą osoby o dużej inteligencji emocjonalnej, jest spolegliwość. Nie mylić z uległością! Ludzie bardzo często mylą te dwa pojęcia. Spolegliwość to ogólna niechęć do toczenia sporów, wywoływania konfliktów, sztywnego upierania się przy swoich racjach. Spolegliwość to pragnienie bezkonfliktowego rozwiązywania wszelkich problemów. Uległość to potulne godzenie się na wszystko, nawet na to, na co absolutnie nie mamy ochoty się godzić. A więc wiąże się bezpośrednio z brakiem asertywności.

Osoby, które nie rozumiały tej różnicy, były przekonane, że jestem uległa. Jakże mocno się zdziwiły, gdy nagle przekraczały moje granice, a ja pokazywałam „pazur”. Nie pozwalam sobie wejść na głowę. Potrafię powiedzieć nie. Zdecydowanie i stanowczo, choć zawsze grzecznie i kulturalnie.

Bardzo lubię uczyć dzieci rozwiązywania problemów, a także radzenia sobie z emocjami. Tłumaczyć im, że nie ma złych emocji. Złe mogą być tylko intencje, a także nasze sposoby radzenia sobie z niektórymi emocjami. Ale wszystkie emocje są potrzebne. Składają się na niezmierne bogactwo ludzkiego umysłu. I gdy się nad nimi panuje i potrafi je kontrolować, właściwie wykorzystywać, życie staje się znacznie piękniejsze. A współistnienie z innymi ludźmi łatwiejsze i bardziej satysfakcjonujące.

Cisza

Cisza jest najlepszym przyjacielem nadwydajnego mózgu. Potrzebuję ciszy tak samo, jak wody czy tlenu.

Mówią mi, że jestem małomówna. Nie lubię kłapać dziobem, ot, byle co, aby tylko gadać. Odzywam się właściwie tylko wtedy, gdy jest to konieczne i gdy mam coś ważnego i konkretnego do powiedzenia. W pracy oczywiście dużo mówię, bo muszę. Ale poza pracą jestem chyba typowym milczkiem.

Wieczorami, po pracy, siedzę na swoim ulubionym fotelu i „pływam” z rybkami w akwarium. To mnie relaksuje. W ciszy odpoczywam.

Zauważyłam, że ostatnio rzadko słucham muzyki. A może inaczej… rzadko używam urządzeń elektronicznych do odsłuchiwania muzyki. Najczęściej ulubione utwory odtwarzam sobie bezpośrednio w głowie. Mój mózg pamięta doskonale każdy dźwięk danego utworu. To się chyba nazywa wewnętrzny słuch muzyczny. Beethoven też na to „chorował”. Ta przypadłość pozwala na komponowanie bez użycia jakiegokolwiek instrumentu i na wewnętrzne odsłuchanie (w swojej głowie) tego, co się napisało. Pewnie dlatego większość piosenek, jakie napisałam, powstała na przystanku tramwajowym, gdy wracałam z pracy do domu, a nie przy pianinie.

Tak więc siedzę w ciszy i we własnej głowie odtwarzam sobie Requiem Mozarta. Najgorsze, że jak już mi coś tam zacznie w tej mojej głowie grać, to nie potrafię tego wyłączyć. Do tego nuty poszczególnych linii melodycznych same wskakują mi na pięciolinie i ustawiają się na właściwych miejscach, pojawiają się kolory. Tak więc nie tylko słyszę muzykę, ale też jednocześnie ją widzę.

Gdyby ktoś popatrzył na mnie z boku, pomyślałby – ale nudziara. Tylko tak siedzi w tej ciszy. A mnie w tej ciszy w głowie gra cała orkiestra. Fajnie mieć prywatną filharmonię do własnej dyspozycji.

Ludzie często żałują nadwydajnych. Bo tylko siedzą w domu, nigdzie nie wychodzą. Pytanie tylko, czy my musimy gdziekolwiek wychodzić, skoro wszystko mamy w naszych głowach? Tak naprawdę potrzebujemy (w porównaniu do typowych ludzi) jedynie minimalnej ilości bodźców zewnętrznych, aby mieć bardzo ciekawe, bogate życie.

Lubię być w domu. Tu mam wszystko, czego mi potrzeba. Mój mózg zapewnia mi wystarczająco dużo atrakcji. Podejrzewam, że inni nadwydajni mają podobnie. Tylko, że to wszystko rozgrywa się w środku, w nas. Tego z zewnątrz nie widać i nikt inny nie ma do tego dostępu.

W końcu ogranicza nas tylko… wyobraźnia. A ta, w przypadku nadwydajnych, jest jak ocean. Prawie nieskończona.

Przyjaźń

Pamiętam, jak ktoś zadał mi kiedyś pytanie – co według ciebie jest najważniejsze na świecie?

Zastanowiłam się chwilę. A potem odparłam bez wahania – przyjaźń.

Dlaczego akurat przyjaźń? Czemu nie miłość na przykład? Wydawałoby się, że to miłość jest najważniejsza! Że mamy siebie kochać, kochać i jeszcze raz kochać! I tylko to się liczy. Otóż nie. Moim zdaniem to nie miłość a przyjaźń właśnie jest najważniejsza. Dlaczego tak uważam?

Bo z tą miłością, to bywa różnie. Można jednocześnie kogoś kochać i nienawidzić. I te dwa pojęcia się nie wykluczają. Można czuć obie te emocje jednocześnie. Wiedzą o tym kochankowie i małżonkowie w nieudanych związkach. Wiedzą o tym rodzice „trudnych” dzieci, a także dzieci „trudnych” rodziców. Miłość bardzo często jest mylona z uczuciem „zakochania się” w tej drugiej osobie. A zakochanie się, to nie to samo, co miłość.

Przyjaźń jest inna. Przyjaźń zawiera w sobie natomiast wszystko, co najcenniejsze i najpiękniejsze, a wyklucza automatycznie to, co złe. Dlatego jestem przekonana o wyższości przyjaźni nad miłością.

Gdy ktoś jest twoim prawdziwym przyjacielem, nie sposób takiej osoby nie kochać. Czy można kochać kogoś, kto nie jest naszym przyjacielem? Oj tak! I jakże często się to zdarza. Wszystkie toksyczne relacje się na tym opierają – na miłości bez przyjaźni. Ale gdy się z kimś zaprzyjaźnisz, tak naprawdę, szczerze, to miłość do przyjaciela pojawia się niemal automatycznie, spontanicznie. Nawet, jeśli nie do końca jesteśmy tego świadomi. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że:

Miłość – jest efektem ubocznym zaistniałej przyjaźni.

Co jeszcze zawiera w sobie przyjaźń, oprócz miłości?

Szacunek – trudno mi sobie wyobrazić, że przyjaciele się nie szanują. Brak szacunku do drugiej osoby jest dla mnie zaprzeczeniem przyjaźni.

(Znam wiele niby to kochających się osób, które jednak przy każdej nadarzającej się okazji obrzucają się błotem. Po czym ironicznie tłumaczą, że „kto się czubi, ten się lubi”. Ot… kto zrozumie miłość…)

Zrozumienie – to jak nadawanie na tych samych falach. Czasem w pół słowa odgadujesz, co przyjaciel próbuje ci powiedzieć. Podobny sposób patrzenia na świat. Podobne priorytety. Ale też zrozumienie, że w pewnych kwestiach różnicie się od siebie i szacunek dla tych odmienności.

(Znacie takie powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają? Jeśli tak, to tylko na chwilę. Miłość bez zrozumienia może istnieć przez chwilę. Ale nie wytrzymuje zwykle próby czasu. Bo gdy tylko uczucie zakochania mija, relacja się kończy, a związek rozpada. Przyjaźń bez wzajemnego zrozumienia nigdy nie zaistnieje.)

Wdzięczność – przyjaciel to ktoś, kto pierwszy spieszy nam z pomocą. Robi to bezinteresownie, spontanicznie, bez wahania. Wiemy to. Widzimy każdego dnia. Tak więc trudno nie czuć wdzięczności do swojego przyjaciela.

Pokorę – każdemu zdarza się czasem zachowywać tak, jakby pozjadał wszystkie rozumy i nie docierają do niego żadne argumenty. Rodzice ci tłumaczą, ale na próżno. Nie słuchasz nauczyciela, sąsiada, szefa w pracy. Ale gdy przyjaciel coś próbuje ci powiedzieć, w jakiejś ważnej kwestii się ze tobą nie zgadza, to słuchasz jego argumentów z pokorą. Bierzesz je na poważnie i głęboko analizujesz. Bo wiesz, że przyjaciel może mieć rację.

Poczucie bezpieczeństwa – gdy jest przy mnie mój przyjaciel, wtedy mogę być naprawdę sobą. Przy nim zdejmuję wszystkie swoje maski. Mogę mu opowiedzieć o swoich najskrytszych i najdziwniejszych nawet przemyśleniach. Nie boje się, że mnie wyśmieje. Bo przecież szanujemy się na wzajem. Wiem, że mój prawdziwy przyjaciel mnie nie zrani. A już na pewno nie zrobi tego ot tak, dla zabawy. Przyjaciele po prostu nie robią sobie takich rzeczy.

(Czy można kogoś kochać, a jednocześnie nie czuć się przy nim bezpiecznie? Zapewne tak. Zapytajcie o to osoby, które przez wiele lat tkwią w związkach przemocowych. Kobiety bite przez swoich mężów, dzieci bite przez rodziców. Ofiary narcyzów, regularnie obrzucane obelgami, szantażowane psychicznie, też mogły by tu dopowiedzieć coś od siebie. Ale te osoby uparcie twierdzą, że swoich oprawców kochają. I nie ma powodu, by im nie wierzyć.

Gdy nie czujesz się przy kimś w pełni bezpiecznie, nie nazywasz takiej osoby swoim przyjacielem.)

Zaufanie – Przyjaciel to ktoś, na kim zawsze mogę polegać. Wiem, że przyjaciel nigdy mnie nie okłamie, nie zdradzi, nie będzie knuł intryg, nie wpakuje mnie świadomie (i przez swoją głupotę czy zaniedbanie) w żadne poważne kłopoty. Przyjacielowi mogę powierzyć swoje najskrytsze tajemnice i wiem, że nie rozpowie tego wszystkim. Jeśli go o coś proszę, wiem, że on to dla mnie zrobi. I oczywiście z wzajemnością. Nie wyobrażam sobie przyjaźni bez wzajemnego zaufania.

(Czy można nie ufać komuś, kogo się kocha? Oj, tak! Ale gdy przestajesz komuś ufać automatycznie skreślasz taką osobę z listy swoich przyjaciół.)

Akceptacja – przyjaciel to ktoś, kto mnie zna. Wie kim jestem i odpowiada mu to. Nie próbuje niczego na siłę we mnie zmieniać. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie jestem doskonała, podobnie jak i on. Ale gdy zdarzy mi się potknięcie, a swój błąd zrozumiem, przeproszę i w ten czy inny sposób zadośćuczynię, przyjaciel mi wybaczy. I ja zawsze wybaczę jemu. Przecież człowiek uczy się na błędach.

(Czy można nie akceptować lub nie być akceptowanym przez osobę, którą kochasz? Z pewnością tak. Jeśli czujesz, że twój przyjaciel przestaje cię akceptować, wiesz, że nie jest już twoim przyjacielem).

Czułość – nie, nie mam tu na myśli czułości, która łączy kochanków (choć jeśli dwoje ludzi stanowi parę, są w związku, to oczywiście i taki rodzaj czułości się pojawi). Raczej taką czułość codzienną – uśmiech, dobre słowo, uzasadniony komplement, porozumiewawcze spojrzenie, mrugnięcie czy poklepanie po ramieniu. Ten rodzaj czułości, który sprawia, że zaczynamy się czuć dobrze. A to przecież takie ważne, abyśmy sobie taką czułość okazywali. To tak bardzo pomaga żyć.

(Gdy ktoś jest dla nas zimny, jak głaz, budzi się w nas niepokój i zaczynamy się zastanawiać – czy ta osoba wciąż jest naszym przyjacielem?)

Intymność – każda przyjaźń zawiera w sobie pewien rodzaj intymności. Słowa i zwroty, których używacie tylko wy. Charakterystyczne gesty, czy skróty myślowe, których nikt poza wami nie rozumie. Będąc razem doświadczacie rzeczy, które są zarezerwowane tylko dla was i cała reszta świata nie ma do tego dostępu. Silna więź, która was połączyła, sprawia, że spontanicznie tworzycie swój własny, jedyny, unikatowy i niepowtarzalny świat. Swoją własną rzeczywistość.

(Można kogoś kochać i nie czuć intymności. Niektórych nawet to podnieca – swoista tajemnica, to, że nic nie wiedzą o tej drugiej osobie. Nie mają wstępu do jego intymnego świata. Jakże często kochankowie wzdychają do siebie tak naprawdę niewiele o sobie wiedząc. Lecz takie relacje trwają zwykle krótko.

Z przyjaźnią jest inaczej. Gdy pewnego dnia odkrywasz, że coś się zmieniło i przestajecie nadawać na tych samych falach, przyjaźń umiera, a relacja przekształca się w zwykłą znajomość.)

Bliskość – mówi się, że miłość (ta romantyczna), to dwie dusze w jednym ciele. O przyjaźni mówi się natomiast, że to jedna dusza w dwóch ciałach. Jakże piękne porównanie. Gdy masz przyjaciela, takiego prawdziwego przyjaciela, zapominasz co to samotność.

Mając świadomość tego wszystkiego uważam, że przyjaźń, to najpiękniejsza rzecz, jaka może nam się w życiu przydarzyć. Może właśnie dlatego, osoba wysokowrażliwa i nadwydajna, taka, jak ja, ciągle stara się być przyjacielem wszystkich. A może nie, źle napisałam. Nie stara się. Po prostu nim jest.

Czy ty też jesteś przyjacielem całego świata? Leży to w twojej naturze? Taki się urodziłeś? Nie potrafisz inaczej? W takim razie proszę, nie myśl o sobie, że jesteś głupi i naiwny. Świat chce (a raczej jego większa część), żebyś tak o sobie myślał. Ale to nie prawda.

Wszystko jest z tobą w porządku. Mało tego – jest nas więcej! Nie jesteś sam! Więc nawet nie próbuj tego w sobie zmieniać. Osobiście uważam, że ciągle dążenie do przyjaźni, to jedna z najbardziej wartościowych cech osób nadwydajnych. To jest po prostu… piękne!

Nie-ziemska perspektywa

Nie potrafię patrzeć na otaczającą mnie rzeczywistość z wyłącznie ziemskiej perspektywy. Dlatego też nie umiem się zatracić w codzienności, tak, jak to czyni typowy Ziemianin. Nie walczę, nie kłócę się o nic. Jestem kobietą bez focha. Zachowuję ciągły dystans do tego, co mnie otacza. Nie znaczy to bynajmniej, że nie ulegam emocjom. Jestem jak każdy inny człowiek. Martwię się, smucę, czasem coś mnie złości. Ale też odczuwam te emocje tak jakby gdzieś z daleka, jakbym patrzyła na siebie „zza szyby”. Ten dystans bardzo pomaga.

Żyję tak jakby w świecie równoległym, w którym nie ma przemocy, kłamstwa, przestępstw, egoizmu i zachłanności. A coś takiego, jak wojna, jest czystą abstrakcją.

Tak, są takie światy, w których nie toczy się wojen. Światy współczucia, miłości, współpracy. Światy, na których roztropnie planuje się ilość potomstwa, jakie ma przyjść na świat. Gdzie każde narodzone dziecko jest największym darem, a jednocześnie odpowiedzialnością całego społeczeństwa, nie tylko jednostki (rodzica). Wyobrażasz sobie, drogi Czytelniku, że są takie miejsca we wszechświecie, takie planety, gdzie twoje dziecko każdy sąsiad na twojej ulicy kochałby tak samo, jak ty? I dbałby o nie tak, jak o swoje własne? Wyobrażasz sobie świat, w którym nie ma niechcianych dzieci, tak jak i nie ma sierot? I nie, nie dlatego nie ma sierot, że rodzice dzieci nie umierają. Umierają. Ale natychmiast znajduje się ktoś, kto osierocone dziecko przygarnia i kocha jak własne.

Utopia? I znowu odpowiem tak samo, jak poprzednio. Na Ziemi tak, ale nie tam, gdzie żyjące istoty zgodnie współistnieją w piątym wymiarze, a wszystko jest w równym stopniu całością, jak i odrębnością.

Ja żyłam na takiej planecie i wiem, że jest to możliwe. Pamiętam to doskonale. Pamięć tamtego życia jest we mnie tak silna, że uniemożliwia mi życie typowego Ziemianina. Nie umiem być wyrachowana, agresywna, cyniczna, egoistyczna. Nie używam ironii, bo nie widzę w tym sensu. Nie potrafię kłamać. Nie umiem świadomie działać na szkodę innych. Sumienie by mnie zagryzło, gdybym choć spróbowała. Ale nawet nie mam pokusy, aby próbować. Nie umiem też wykorzystywać innych i żyć życiem „pasożyta”. Tak… jestem niedostosowana. Ale nie tak w ogóle. Jestem niedostosowana do tego, ziemskiego świata.

Ale zaraz, zaraz… Po co więc urodziłam się tym razem tu, na Ziemi? Czy przypadkiem nie po to, aby uczyć innych, że można żyć inaczej? Lepiej?

Czasem ktoś mnie nazwie głupią i naiwną, popuka się w czoło. Czasem ktoś mi powie, że na tym świecie nie ma miejsca na sentymenty. Ale ja i tak robię swoje. Robię to, co powinno zostać zrobione. Daję z siebie wszystko, co tylko mogę, aby uczynić Ziemię choć trochę lepszym, przyjemniejszym miejscem.

Choć usilnie nad tym pracuję, wciąż mam wrażenie, że daję więcej, niż biorę (bo niby ma być równowaga). Ale chyba tak ma być. Dla mnie, to naturalne. Dawanie sprawia mi ogromną radość. Ale nauczyłam się już, jak bardzo to jest niebezpieczne tu, na Ziemi. Bo tu jest wiele istot, które gotowe są zabrać ci wszystko, jeśli tylko zobaczą, że dawanie sprawia ci radość i robisz to w sposób naturalny. Takie studnie bez dna. Dlatego trzymam się z daleka od osób permanentnie nieszczęśliwych, nienasyconych, pożądliwych, wszelkiej maści narcyzów i innych toksycznych osób. Każda z nich pożarłaby mnie żywcem, gdybym tylko się odsłoniła. Tak, takie osoby, jak ja pożera się żywcem. Ale się nie daję. Już się nauczyłam jak nie dać się zjeść.

I tak, jak jedni się śmieją i wyszydzają, tak inni wpadają w zachwyt. Mówią mi – „Jesteś niesamowita! Jak ty to robisz? To, że cię spotkałem na swojej drodze, to najlepsza rzecz, jaka mi się w życiu przytrafiła.”Dziwią się, gdy własnym życiem pokazuję im, że da się inaczej, lepiej, bezinteresownie, normalnie. Wszędzie, gdziekolwiek się pojawię, buduję inny obraz tej tak zwanej „normalności”. Zawsze współpracuję. Nie znoszę rywalizacji. Nie lubię się wywyższać, nie lubię czuć się „lepsza”. Ale marzę o tym, abyśmy MY, Ziemianie, stawali się lepsi każdego dnia.

Tak myślę, że (podobnie jak inni nadwydajni) jestem tu po to, aby podnosić poziom świadomości na Ziemi. Bo samoświadomość to coś, czego mam w nadmiarze. Uczyć lepszego życia. Bo my to potrafimy. Umiemy dobrze żyć. I umiemy pięknie kochać.

Podnoszenie świadomości na Ziemi to bardzo powolny, żmudny proces. Ale konieczny, jeśli Ziemia ma przetrwać. Dlatego daję z siebie wszystko.

Oburęczność

Spotkałam się z opinią, że u osób nadwydajnych hiper-aktywna jest prawa półkula mózgu. Otóż pozwolę się z tym nie zgodzić. Moim zdaniem obie półkule są nadaktywne, a w dodatku doskonale ze sobą połączone i nieustannie współpracują. Osoby nadaktywne mentalnie nie tylko są bardzo wrażliwe na bodźce płynące z otoczenia, bardzo empatyczne, ale też mają doskonałą zdolność logicznego myślenia i analizowania sytuacji.

Tak, jestem nadwydajna i oburęczna. I z tego, co czytałam, nikt nie zna przyczyn powstawania oburęczności. Podejrzewa się jedynie jakieś inne, dodatkowe okablowanie mózgu, które łączy w niestandardowy sposób obie półkule. I moim zdaniem to może być prawda.

Jako małe dziecko nie miałam pojęcia o swojej oburęczności. Byłam typowo praworęczna. Bardzo dobrze się uczyłam, nie miałam żadnych problemów w szkole, byłam dzieckiem grzecznym, bardzo zdolnym, miałam doskonałą pamięć i koncentrację.

Swoją oburęczność odkryłam przypadkiem i to dopiero w liceum. Zraniłam się poważnie w prawą rękę tuż przed ważnym egzaminem. Wiedziałam, że muszę ten sprawdzian jakoś napisać. A ponieważ nie byłam w stanie utrzymać długopisu w prawej ręce z powodu silnego bólu, odruchowo przełożyłam długopis do drugiej ręki i napisałam sprawdzian lewą. Nawet szczególnie się nad tym nie zastanawiałam. Myślałam (znowu!), że wszyscy tak mają i że to to jest normalne. Problem zaczął się wtedy, gdy nauczycielka oddawała sprawdziany. Przyczepiła się, że ten sprawdzian to ktoś inny za mnie napisał (charakter pisma się nie zgadzał). Musiałam jej pokazać i udowodnić, że to jest mój charakter pisma (tylko tej drugiej ręki). Napisałam przy niej kilka zdań. Więc się poddała i zaakceptowała sprawdzian. Bardzo dziwnie na mnie wtedy patrzyła.

Zaczęłam delikatnie podpytywać moich szkolnych kolegów, czy też tak mają. Oczywiście nikt nie potrafił niczego napisać niedominującą ręką. Sadzili takie kulfony, że nie dało się tego nazwać pisaniem ani odczytać. Ich litery wyglądały tak, jakby próbowały je pisać trzyletnie dzieci. Tak więc ze swoją nietypową umiejętnością znowu wyszłam na dziwoląga.

Ale to był moment, kiedy zaczęłam eksperymentować z pisaniem. Odkryłam, że potrafię nie tylko pisać lewą ręką równie dobrze, jak prawą, ale też potrafię pisać lustrzanym odbiciem (obiema rękami), od lewej do prawej i od prawej do lewej. Każdą ręką w każdą stronę. Zaskoczyło mnie z jaką łatwością się to odbywa. Niemalże automatycznie, bez mojego świadomego udziału. Mój mózg po prostu robi to zupełnie sam.

Tak ogólnie, to jestem osobą bardzo sprawną manualnie (mam tu na myśli motorykę małą). Oburęczność bardzo w tym pomaga. Obiema rękami potrafię posługiwać się nożem. Nie tylko pokroję cebulę w drobną kostkę, ale też obiorę jabłko czy ziemniaka trzymając nóż i w prawej i w lewej ręce. Potrafię grać na gitarze zarówno dla prawo jak i leworęcznych. Mój mózg jakoś automatycznie przełącza się na drugą rękę gdy go o to proszę. To samo z szydełkowaniem czy robieniem na drutach.

Jestem bardzo ciekawa czy osoby takie jak ja są gdzieś badane w laboratoriach medycznych i czy ktoś w ogóle próbuje dociekać i sprawdzać jak to działa i skąd się ta przypadłość bierze? Ciekawa jestem jaki procent dorosłego społeczeństwa to osoby oburęczne?

Oburęczność jest czasem obserwowana u małych dzieci, lecz mówi się, że jest ona tymczasowa i w wieku kilku lat zanika. A jeśli nie zanika, wiążą się z tym często problemy rozwojowe czy skłonność do niektórych chorób psychicznych w tym schizofrenii. U mnie było zupełnie inaczej. Jako dziecko nie wiedziałam, że jestem oburęczna. Bardzo szybko zaczęłam sięgać po wszystko prawą ręką. Nigdy nie próbowałam lewą. Po prostu prawą było wygodniej. Dopiero przypadek sprawił, że odkryłam w sobie tę cechę i niezwykłą umiejętność.

Moja oburęczność jest fajna. W niczym mi nie przeszkadza, a we wszystkim pomaga. Traktuję ją więc z jednej strony jako ciekawostkę, z drugiej jak taki bonus do mojej nadwydajności. I teraz, gdy już o niej wiem, często z niej korzystam.

I czy wy tez tak macie? Czy są tu inne oburęczne osoby? Jeśli tak, dajcie znać w komentarzach. Napiszcie o swoich doświadczeniach.