Firewalking – czyli chodzenie po rozżarzonych węglach

Był 2002 rok. Kwiecień. W niewielkim schronisku w górach udało nam się zorganizować spotkanie dla niewielkiej grupy osób. Cel tego spotkania można by określić jako „doświadczanie innych stanów świadomości”. Zaplanowaliśmy na ten czas sesję regresji hipnotycznej, świadome przechodzenie przez proces śmierci, taniec transowy, saunę indiańską (sweat lodge), spotkanie ze swoim duchem opiekuńczym i wiele innych zadań.

Spotkanie to prowadził mój znajomy szaman, człowiek kompetentny i doświadczony. Wiedziałam, że planuje na zakończenie chodzenie po rozżarzonych węglach. Ale ponieważ uczestnictwo w poszczególnych sesjach było całkowicie dobrowolne, mogłam w tym uczestniczyć, albo nie. Nikt mnie nie namawiał ani tym bardziej do niczego nie zmuszał. I o ile z początku nie negowałam tego jakoś bardzo, zastanawiałam się, rozważałam możliwość, a może by jednak? To bardzo szybko zmieniałam zdanie, gdy zobaczyłam jak to na żywo wygląda.

Ognisko paliło się przez dwa dni non stop. Podczas gdy my doświadczaliśmy dziwów w specjalnie przygotowanej do tego sali, poproszone przez nas osoby ciągle dorzucały drewno do ogniska. Żeby przygotować ścieżkę po której można przejść, trzeba spalić coś koło tony drewna.

Potraficie sobie wyobrazić, jak takie ognicho wygląda? Jest przeogromne!!!

Gdy to zobaczyłam, zwątpiłam od razu. Powiedziałam sobie: „O nie, moja droga! Żadnych takich hec! Masz wystarczająco dużo problemów, żeby jeszcze wylądować w szpitalu z poparzonymi nogami.” I oznajmiłam wszystkim, że ja w tym zbiorowym samobójstwie uczestniczyć nie zamierzam. Usadowiłam się wygodnie gdzieś z boku i cichutko siedząc obserwowałam rozwój dalszych wydarzeń.

Żeby można było chodzić po rozżarzonych węglach, trzeba najpierw rozgrabić ognisko i przygotować kilkumetrowej długości ścieżkę. I tu pojawił się pewien problem, bo żar od ogniska bił taki, że nie można było do niego podejść na odległość półtora metra (żarzące się węgle mają coś koło 600 – 800 stopni Celsjusza).

Trzeba było przywiązać grabie do ponad dwumetrowej długości kija i wtedy pomalutku prace zaczęły się posuwać na przód. Żarzące się węgle rozgrabiono. W końcu ścieżka była gotowa. Miała może ze cztery metry długości i około 70 cm szerokości. Ponoć powinna być dłuższa i szersza, ale nie mieliśmy więcej drewna do spalenia. Jak się wkrótce okazało, te cztery metry w zupełności wystarczyły, aby na zawsze odmienić życie wielu osób.

Moje pierwsze wrażenie gdy zobaczyłam ścieżkę?

Dziwne uczucie niepokoju. Czułam, że za chwile wydarzy się coś niezwykłego. Cokolwiek to będzie, będzie niezwykłe. Stałam z boku ścieżki. Wtedy powiał wiatr i dmuchnął na ścieżkę. Lekko przestygłe (jak mi się wydawało) węgielki nagle rozbłysły jaskrawo-pomarańczowym światłem. W niektórych miejscach zapłonęły żywe języczki ognia. Wyglądało to upiornie, niczym droga do piekła – tak samo fascynujące co przerażające.

Najpierw oczywiście nasz prowadzący poinstruował nas co mamy robić i jak się zachowywać. Powiedział też czego nie robić, by nie zrobić sobie krzywdy (choćby to, że nogawki spodni muszą być podwinięte co najmniej do kolan, aby się nie zapaliły). A potem stanął przed ścieżką skoncentrowany i tak niezwykle pewny siebie, jakby zamierzał przejść po zwykłej desce rozłożonej nad strumykiem.

Przeszedł. Zaraz potem pokazał nam swoje stopy, na których nie było widać nawet śladu poparzeń. Zatkało mnie kompletnie. Paniczny strach, który czułam, zniknął nagle ustępując miejsca ciekawości. A może jednak się odważę? – po raz pierwszy zakołatała mi w głowie ta myśl.

Kolejne osoby z grupy wchodziły na ścieżkę i bezpiecznie przechodziły na drugą stronę. Wszyscy dokładnie oglądali swoje stopy. Nikt się nie poparzył. Za to niektórzy skarżyli się na to, że przez ten żar stopiły im się włosy na łydkach. Atmosfera stawała się coraz bardziej podniosła i niezwykła. Każda kolejna osoba, której udało się przejść, wybuchała tak wielką radością, że można by ten stan z powodzeniem określić euforią.

Wtedy ja też podjęłam decyzję, że ja też chcę przejść.

Dlaczego zmieniłam zdanie? Co mnie do tego skłoniło? Zadałam sobie pytanie – „Skoro oni przeszli i nic im się nie stało, to dlaczego ja mam tego nie zrobić? W czym jestem od nich gorsza? Skoro inni mogą, to dlaczego nie ja?” Kropką nad „i” była moja przyjaciółka, od wielu lat chorująca na stwardnienie rozsiane. W czasie tego spotkania nie czuła się najlepiej, bardzo słabo chodziła. Ale uparła się, że chce przejść i przeszła. Była pierwszą kobietą z grupy, która się odważyła. Drugą byłam ja.

Co czuje człowiek, gdy stoi przed ścieżką z żarzących się węgli? Przede wszystkim – gorąco. Buchający w jego stronę żar. Ledwie dało się wystać w odległości pół metra. Ale i tak zimny pot płynął mi stróżką po plecach. Ze strachu oczywiście. Potwornie się bałam. Stałam w kałuży wody totalnie przerażona. Miałam ochotę stamtąd uciec. Próbowałam słuchać, co prowadzący do mnie mówi i opanować emocje. Starałam się skupić na sobie, wyciszyć umysł. A potem jeszcze parę głębokich wdechów, wejście wgłąb własnego umysłu, koncentracja.

I wtedy miało miejsce najdziwniejsze 15 sekund mojego życia. W mojej głowie nagle odezwał się głos. Mój własny głos. A raczej dwa głosy, które zaczęły ze sobą prowadzić przedziwny dialog.

– Zrobisz to.

– Nie, nic z tego, nie dam rady!

-Dasz radę.

– Nie dam rady. Przecież tu potrzeba cudu!

– No więc ten cud się wydarzy i to będzie twój cud. Twój i tylko twój. Ty sama go dokonasz. A potem już zawsze będziesz czuła, że nie ma dla ciebie rzeczy niemożliwych.

– Dobrze, zrobię to, zrobię! Uda mi się!

Nagle poczułam spokój. Wszechogarniający mnie spokój. Spokój totalny i absolutny. Nigdy wcześniej ani nigdy potem już czegoś takiego nie czułam. I pewność, że mogę to zrobić. I że mi się uda. To było coś absolutnie niezwykłego!

Wkoło rozlegał się rytmiczny głos bębna. I wtedy właśnie usłyszałam cichy głos prowadzącego: „Idziesz!”

Dotknął delikatnie moich pleców, dając mi tym samym sygnał, że już czas. W jakiś przedziwny sposób wyczuł, że jestem gotowa, by to zrobić. Zupełnie, jakby słyszał tę całą rozmowę, która miała miejsce w mojej głowie.

Pierwszy krok…

Czas się zatrzymał, dźwięki przestały dźwięczeć, wszelki ruch wokół zamarł.

A ja szłam. Nie czułam nawet gorąca. Nie czułam niczego. Byłam maksymalnie skoncentrowana na sobie i na tym, by po prostu iść. I nie bałam się już. Wiedziałam, że nic mi się nie stanie. Po prostu wiedziałam! Czułam to! I ta pewność była we mnie tak potężna, że w tym stanie mogłabym zrobić chyba wszystko.

Żaden, ale to absolutnie żaden człowiek nie wejdzie na ścieżkę z żarzących się węgli, jeśli nie wytworzy w swoim umyśle tego stanu absolutnej pewności. Pewności, że nic złego mu się nie stanie. Gdyby tej pewności nie wytworzył, po prostu nie zrobiłby tego pierwszego kroku. Natura tak nas zaprogramowała, że odruchowo unikamy gorąca. To się nazywa „odruch bezwarunkowy”. Mamy w genach zaprogramowane, by uciekać przed ogniem. I wydawałoby się, że z poziomu świadomości nie mamy na to żadnego wpływu. Ale, jak się przekonałam na własnej skórze, mamy na to wpływ! Mamy wpływ na wszystko! Umysł człowieka jest POTĘŻNY !!!

Nauka, w tym konkretnym przypadku fizyka, wyjaśnia wiele. Jeśli ścieżka nie jest zbyt długa, a kroki stawia się szybko, ryzyko poparzenia jest bardzo niewielkie ze względu na niskie przewodnictwo węgla. Tylko że ja tego wtedy nie wiedziałam. A nawet, gdybym wiedziała, niczego by to pewnie nie zmieniło, bo teoria teorią, a praktyka to zupełnie co innego. Zresztą nie miało to znaczenia czy ścieżka miałaby dwa, trzy czy pięć metrów. Gdy próbujesz wejść bosymi stopami do świeżo rozgrabionego ogniska, znaczenie ma sam fakt, że się na to decydujesz i że jesteś w stanie uwierzyć, że możesz, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Tu chodzi o pokonanie własnych lęków i ograniczeń. O udowodnienie sobie, że przy odpowiedniej motywacji wszystko jest możliwe.

To doświadczenie dało mi bardzo wiele. Miałam generalnie trudne życie, ale gdy tylko przychodziło zwątpienie, kryzys, zawsze przypominał mi się ten moment, gdy robiłam pierwszy krok. I to uczucie euforii, gdy zwycięsko schodziłam ze ścieżki z żarzących się węgli. Wracała mi odwaga, nadzieja, wiara w siebie. I zawsze wtedy mówiłam sobie: „Po ogniu chodziłaś, a z tym sobie nie poradzisz?” Od tej pory wiedziałam, że poradzę sobie ze wszystkim. Już zawsze.

Wiara we własne siły to niezwykle przydatne narzędzie. To piękny dar, na który zapracowałam swoją własną determinacją i odwagą. Bardzo pomaga żyć. I to doświadczenie taką wiarę we własne siły mi dało. Wszystkim gorąco polecam. Piękna przygoda, a wspomnienia i doświadczenia z tamtego czasu – bezcenne!

Przeprosić siebie

Pralka właśnie skończyła prać. Niosąc naręcze mokrego prania przywaliłam małym palcem w futrynę drzwi. Szłam boso. Jęknęłam z bólu i zaklęłam wściekła. Po policzkach mimowolnie popłynęły mi łzy. Ból był naprawdę potężny.

„Co ci się stało, mamusiu?” – mój niespełna czteroletni synek zapytał z zaciekawieniem.

„Nic takiego – odpowiedziałam – niechcący uderzyłam się w mały palec u nogi”.

„Hmmm…. – mały pomyślał chwilę, po czym z niezmierną powagą zapytał – a przeprosiłaś siebie? Przecież gdy się niechcący kogoś uderzy, to trzeba go przeprosić. Jak się siebie uderzy, to też trzeba siebie przeprosić.”

No genialne! – pomyślałam sobie. On nie ma jeszcze nawet czterech lat, a już wie takie rzeczy. A ja w wieku lat trzydziestu kilku jeszcze do takiej mądrości nie dotarłam.

Niby takie oczywiste. Ale czy na pewno? Czy zawsze jesteśmy tego w pełni świadomi? Czy w stosunku do siebie zawsze jesteśmy tak samo wyrozumiali, jak w stosunku do innych ludzi? Czy sobie potrafimy współczuć tak samo, jak innym? Czy potrafimy sobie wybaczać naszą niedoskonałość? Czy potrafimy należycie zadbać o własne potrzeby? Czy dbamy o siebie tak samo gorliwie, jak o innych? I wreszcie, czy potrafimy sami siebie przeprosić, gdy z tych czy innych powodów, świadomie lub nie, robimy sobie krzywdę?

Tym jednym zdaniem: „a czy przeprosiłaś siebie?” mój synek udzielił mi niesamowicie ważnej, życiowej lekcji. Kochaj bliźniego, jak siebie samego. Nie bardziej!

Dbanie o siebie, kochanie siebie, bycie dla siebie dobrym, wyrozumiałym nie od zawsze było dla mnie takie oczywiste. Zawsze zaniedbywałam siebie. Zawsze inni ludzie byli ważniejsi, niż ja. Moje potrzeby zawsze były na dalszym planie. Czasem zdawało mi się, że nie zasługuję na to, by wystarczająco dbać o siebie. Zmienił to mój synek, właśnie wtedy, tamtego dnia.

Czasem, to sobie myślę, że najwięcej ważnych, życiowych lekcji nauczyły mnie zupełnie przypadkowe osoby, w tym dzieci.

Zrobiłeś coś głupiego? Coś ci się nie udało? Pomyślałeś o sobie źle? Świadomie lub nieświadomie zadziałałeś na swoją niekorzyść?

Przeproś siebie. Wybacz sobie. Nikt nie jest doskonały. I daj sobie drugą szansę. Mimo niepowodzeń myśl o sobie dobrze. Zasługujesz na to tak samo, jak każda inna osoba na tym świecie. Potraktuj siebie samego z tą samą troską, współczuciem i wyrozumiałością, z jakimi traktujesz innych ludzi. Przecież jesteś maleńką cząstką tego samego świata, który tak podziwiasz i kochasz. Zrozum to wreszcie! Ty też zasługujesz na szacunek i miłość.

Bo przecież jeśli ja sama nie zadbam o siebie, to kto to zrobi?

„I… niech pan będzie dobry dla swoich dzieci!”

To był trudny dla mnie rok. Choroba postępowała, nie miałam pracy. Byłam zaraz po szkole, bez pomysłu na siebie. Próbowałam więc łapać się czego się dało. Od dziecka ładnie malowałam. Wpadłam więc na pomysł, że spróbuję zacząć tym zarabiać na życie. Zaczęłam malować obrazy. I miałam trochę szczęścia, bo zaczęły się one sprzedawać, a po roku, dwóch, zaczęłam funkcjonować w moim malutkim, rodzinnym miasteczku, jako młoda artystka. Zorganizowałam kilka wystaw, wygrałam jeden z lokalnych konkursów dla artystów plastyków. Potem dostałam kilka płatnych zleceń. Jednym z tych ciekawszych było namalowanie obrazów z martwą naturą do nowo powstałej restauracji.

A potem… dostałam zlecenie (a raczej prośbę) pomalowania ściany w naszym lokalnym domu dziecka. Na obrazku miało być dużo bawiących się zwierzątek, słoneczko, drzewka, tęcza – czyli wesoło i kolorowo.

No i zaczęłam swoją pracę. Zaprowadzono mnie do odpowiedniej sali, pokazano tę wybraną do pomalowania ścianę, udostępniono stoliki, abym mogła na nich stać podczas pracy. Dzieci podchodziły i zagadywały. Jedne z wyraźnym piskiem radości, inne nieśmiało, próbując być, a jednocześnie zniknąć. Obserwowały z dużym zainteresowaniem, jak postępuje proces twórczy i jak pojawiają się na ścianie coraz to nowe zwierzątka. Niektóre z dzieci chciały pomagać. Mój mąż, który towarzyszył mi wtedy, nadzorował kolejność w jakiej dzieci podawały mi farby i pędzle. Widziałam radość w ich oczach i to było dla mnie wspaniałe. W międzyczasie przychodzili też wychowawcy. Coś tam opowiadali o swojej pracy. O tym, jak to jest być wychowawcą w domu dziecka. Słuchałam z bólem serca.

A potem przyszedł grudzień. Ponieważ nie wzięłam ani grosza za swoją pracę, zostaliśmy oboje z mężem zaproszeni na wigilię do tegoż samego domu dziecka. Pani dyrektor chciała choćby w taki symboliczny sposób nam się zrewanżować i podziękować. Zaskoczyło mnie, jak skromna to była uroczystość. Chleb z dżemem i kilka plasterków kiełbasy. Do tego słodzona herbata. To wszystko, co dostały dzieci tego dnia do jedzenia. Żadnych prezentów. Ale była choinka. Żywa w dodatku. Więc jakaś namiastka świątecznej atmosfery była.

Nie zapomnę momentu dzielenia się z dziećmi opłatkiem. Niektóre milczały, inne płakały. Jeszcze inne próbowały składać życzenia sobie na wzajem i wychowawcom.

Jedna z dziewczynek podeszła do mojego męża z opłatkiem w małej rączce i powiedziała: „Dużo zdrowia, szczęścia i… i niech pan będzie dobry dla swoich dzieci.”

Są takie momenty w życiu, które z niewiadomych przyczyn pamięta się bardziej niż inne. To był jeden z takich momentów właśnie, który nie tylko potrafił wryć się w mój mózg i serce, ale też zaważyć na całym moim dalszym życiu. Gdyby te słowa wypowiedział ktokolwiek inny – moja sąsiadka, znajoma w pracy, jeden z przyjaciół, były by one oczywiście ważne, ale jednak na tyle oczywiste, że nie zapadłyby mi w pamięć na długo. W ustach siedmio, może ośmioletniej, przeraźliwie samotnej dziewczynki z domu dziecka, nabrały zupełnie innego wyrazu. Moc przekazu była nieporównywalna.

Potem, gdy już sama zostałam mamą, te słowa często powracały do mnie. I zastanawiałam się, czy jestem wystarczająco dobrą mamą dla mojego synka? Te słowa motywowały mnie do jeszcze cięższej pracy nad sobą. W końcu jestem DDD, a to raczej nie pomaga w byciu dobrym rodzicem. Musiałam poradzić sobie ze wszystkimi toksycznymi wzorcami zachowań, które zostały mi wdrukowane w dzieciństwie przez moich własnych rodziców. Te słowa wracały do mnie jak bumerang, zwłaszcza wtedy, gdy brakowało mi sił. Po wielu niedospanych nocach, gdy choroba mocno dawała mi się we znaki, ból towarzyszył mi nieustanie, a opieka nad jakże trudnym (autystycznym) dzieckiem wydawała się ponad moje siły. Pomocy nie miałam znikąd. Byłam sama i zdana wyłącznie na własne siły.

Wracały zawsze, gdy miałam dość i po prostu chciałam pójść po linii najmniejszego oporu – nakrzyczeć, strzelić klapsa w tyłek, obrazić się, odejść i mieć spokój choć przez chwilę. To dzięki tym słowom właśnie nigdy tego nie robiłam i zawsze w porę udało mi się opanować emocje, złapać dystans.

Ta mała dziewczyna, której imienia nigdy nie poznałam, jest ze mną do dziś. I zostanie w moim sercu na zawsze, jako jedna z najważniejszych nauczycielek życia w moim obecnym wcieleniu. Nawet nie potrafię powiedzieć ile jej zawdzięczam. Ona coś we mnie wtedy obudziła. Tym jednym wypowiedzianym zdaniem zapoczątkowała pewien proces. Podniosła moją samoświadomość o stopień wyżej. O dziwo! Choć były to słowa wypowiedziane do mojego męża, to właśnie na mnie podziałały. Widocznie to ja je przede wszystkim miałam usłyszeć.

„I niech pan będzie dobry dla swoich dzieci”.

Tak… bądźmy dobrzy dla naszych dzieci. Niech nam nigdy nie zabraknie cierpliwości, wyrozumiałości, spokoju, opanowania. Nie złośćmy się o byle co. Nie krytykujmy, nie szufladkujmy, nie odrzucajmy. Akceptujmy i kochajmy. Rozsądnie i konsekwentnie wyznaczajmy granice. Zadbajmy o to, aby nasze dzieci czuły się chciane, kochane i bezpieczne.

I przede wszystkim bądźmy stale obecni! Powtarzajmy wciąż naszym dzieciom, że w razie jakichkolwiek kłopotów, problemów, zawsze mogą liczyć na nasza pomoc i wsparcie.

Uczmy samodzielnego myślenia i ogólne pojętej życiowej samodzielności. Ale też pokazujmy, że czasem warto poprosić o pomoc i wsparcie. Pokazujmy na przykładzie swojego życia, które zachowania są właściwe, a które nie. Oczywiste jest przecież, że dzieci robią nie to, co im każemy, ale to, co my sami robimy. One kopiują nieświadomie nasze zachowania.

Uczmy postrzegania różnych odcieni szarości. Wszak świat nie jest czarno biały. Uczmy patrzenia z różnych punktów widzenia. Uczmy akceptacji i tolerancji, ale też jednocześnie asertywności i odwagi bycia sobą. Uczmy sztuki kompromisu. Motywujmy do działania, do poszukiwania własnej życiowej drogi. Uczmy nasze dzieci dbać o ich piękny dom zwany Ziemią. Uczmy szacunku do wszystkich żywych istot, a także dbałości o to, co pozostaje nieożywione. W końcu wszystko jest jednością.

Nie na darmo mówi się, że losy świata ważą się w dziecinnym pokoju. I dokładnie tak jest. Bo to od naszych dzieci, gdy dorosną, będzie wyglądało to, jaki kiedyś będzie ten świat.

Naucz się oddawać to, co kochasz.

To moje zadanie, z którym mierzę się już od kilku wcieleń. I chyba w tym obecnym dopiero nastąpił znaczący przełom. Jest łatwiej. Wraz ze wzrostem świadomości i każdym kolejnym doświadczeniem straty zaczynam wreszcie rozumieć.

W moim poprzednim życiu straciłam żonę. Umarła przy porodzie, a ja nie potrafiłam (wtedy nie potrafiłem) jej pomóc. Była wojna, żołnierze właśnie zaatakowali wioskę, a poród się przedłużał. Prawdopodobnie dziecko było źle ułożone. Pobiegłem po lekarza, ale nie udało mi się go znaleźć i sprowadzić na czas. Wkoło leżało pełno trupów. Wszyscy zostali rozstrzelani przez żołnierzy. Nasz dom ocalał, bo znajdował się dalej, na uboczu. Po powrocie do domu zastałam (em) ciszę. Żona nie żyła już. Jedynie jej matka siedziała przy łóżku i zamarła w bezruchu wcześniej wypłakawszy już wszystkie możliwe łzy.

To było niedługo po naszym ślubie. Malutka wietnamska wioska położona malowniczo wśród pól ryżowych. Nasze pierwsze, upragnione, wyczekane dziecko miało przyjść na świat. Tak bardzo kochałem swoją żonę. Była piękna i taka dobra dla mnie. Wręcz nie mogłem się już doczekać, kiedy urodzi się nasze dziecko i staniemy się prawdziwą rodziną. Tymczasem umarli oboje. A co gorsza, gdy umierali, mnie przy nich nie było. Nie potrafiłem sprowadzić pomocy ani ich ocalić.

To dziwne, ale do dzisiaj pamiętam ten przerażający, rozdzierający ból. Wybiegłem przed dom i przeraźliwie krzycząc upadłem w wielką kałużę, w to straszne błoto (deszcz padał nieprzerwanie od kilku dni). Byłem kompletnie mokry od deszczu, uwalany tym błotem. Płakałem bez końca. Nigdy nie pogodziłem się z tym, że moją żonę i dziecko zabrano mi w takiej chwili. Wtedy, gdy byłem tak bardzo szczęśliwy. To było tak strasznie niesprawiedliwe.

Do końca tamtego krótkiego życia nie udało mi się pokonać bólu i pogodzić ze stratą. Zaciągnąłem się do wojska i wkrótce zginąłem. Podejrzewam, że po prostu nie chciałem dalej żyć. Zapewne dałem się zabić, bo nie byłem w stanie znieść dłużej tego strasznego cierpienia po stracie żony i nienarodzonego dziecka.

O dziwo, w obecnym życiu również straciłam wiele bardzo bliskich mi osób. Może nie w sposób dosłowny, bo te osoby fizycznie nie umarły, ale po prostu musiały w ten czy inny sposób i z różnych ważnych powodów zniknąć z mojego życia. Wręcz miałam wrażenie, że chyba ciąży na mnie jakaś klątwa (wtedy jeszcze tak myślałam), bo gdy tylko pojawiał się w moim życiu ktoś, kogo pokochałam, od razu „zabierano mi go”. I znów pojawiało się to nieznośne uczucie bezdennego żalu, smutku, pustki i niesprawiedliwości. Dlaczego, gdy tylko kogoś prawdziwie pokocham, życie mi go zabiera?

Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. To było już po tym, jak urodził się mój syn. Myślę, że podświadomie czułam lęk, że to dziwne fatum sprawi, że i jego stracę. Wciąż żyłam w napięciu. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mogłabym go stracić. I wtedy, gdy mój synek miał trzy lata, zdarzyła się coś niezwykłego, co sprawiło, że coś we mnie drgnęło. Wtedy wszystko zrozumiałam.

Szłam ścieżką przez park. Był piękny słoneczny dzień. Mój synek biegał sobie wokoło, coś tam paplając pod nosem jak na typowego trzylatka przystało, zbierał sobie patyczki i listki, a ja napawałam się zapachem kwiatów i żywicy. Było mi tak dobrze. Ptaki śpiewały, pszczoły bzyczały i wszystko było na swoim miejscu. Przystanęłam i zapatrzyłam się w niebo. Stałam tak dobrą chwilę. I wtedy nagle zorientowałam się, że nie słyszę głosu mojego synka. Rozejrzałam się wokoło, ale nigdzie go nie zauważyłam. Tknęło mnie jakieś złe przeczucie. Zaczęłam go wołać i pobiegłam go szukać. Nagle zauważyłam, że droga przede mną nagle się urywa, a dalej jest wielkie urwisko. Przepaść. To właśnie w tę stronę szedł mój synek. Wiedziałam, że zapatrzony w swoje zebrane patyczki mógł nie zauważyć końca drogi i spaść.

Wpadłam w panikę. Zaczęłam krzyczeć. Wróciło nagle to samo uczucie, którego doświadczyłam wtedy, gdy w poprzednim wcieleniu straciłam żonę i dziecko. To koszmarne uczucie bezradności, bezsilności i wszechogarniającej rozpaczy. Miałam wrażenie, że nie przeżyję tego po raz kolejny, że mój umysł za chwile eksploduje, a serce pęknie z żalu.

I wtedy nagle, nie wiem skąd, pojawił się w mojej głowie głos. Mój głos, który mówił: „Obudź się! To jest tylko sen, obudź się! Obudź się!

Krzyczałam i… obudziłam się. Leżałam na wznak. Miałam otwarte usta. Nie mogłam ich zamknąć, nie potrafiłam się poruszyć. Byłam totalnie sparaliżowana. Czułam, jak po brodzie spływa mi stróżka śliny. A potem usłyszałam tuż obok jak mój synek wzdycha przez sen i przewraca się z boku na bok. Czy ktoś wymyślił jakieś słowo mocniejsze od ULGA? Bo to nijak nie oddaje tego uczucia, które towarzyszy człowiekowi, gdy jego dziecko przed chwilą spadło w przepaść, a potem nagle okazuje się być całe i zdrowe.

Czucie i możliwość poruszania się wracały mi powoli. Rozpłakałam się gdy już wreszcie mogłam. A potem zaczęłam myśleć nad tym wszystkim. I pewne rzeczy zaczęły mi się układać w głowie. A co, jeśli takie sytuacje nie są dziełem przypadku? A co, jeśli przydarzają mi się celowo? Co, jeśli specjalnie zostały dla mnie zaplanowane? Może właśnie po to, abym wreszcie nauczyła się oddawać to, co kocham?

Potem nagle uświadomiłam sobie, że słowo „oddawać” jest tu chyba jakąś pomyłką. Przecież ja tak naprawdę niczego nie mam. Kto w ogóle dał mi prawo wmawiać sobie, że MAM dziecko? Przecież ono nie jest moją własnością. Nie można posiadać osób. Nawet tych, które się kocha. One do nas nie należą. Mamy jedynie szczęście być z nimi, cieszyć się ich obecnością, uczyć się od nich. Czasem dłuższą, czasem krótszą chwilę, ale to nie do nas należy decyzja, kiedy dana osoba musi odejść z tego świata. Nie my decydujemy o tym, kiedy kończy się jej czas.

To właśnie wtedy uświadomiłam sobie jakże dobitnie, że ja tak naprawdę nic nie mam. I nigdy niczego nie będę mieć. Niczego nie posiadam. Posiadanie jest kolejną odsłoną iluzji, w której się znajduję podczas inkarnacji tu, na Ziemi. Nic nie jest nam tu dane, a raczej jedynie WYPOŻYCZONE na krótki czas. Dlaczego więc tak trudno mi było to zrozumieć i się z tym pogodzić?

Następnego dnia zabrałam synka do parku, na plac zabaw. Wciąż nie mogłam przestać myślec o tym śnie. I wtedy stało się coś dziwnego. Mój synek przystaną na chodniku na chwilę, a wtedy na daszku jego czapeczki usiadł motyl. Pospolity bielinek kapustnik. Zamachał skrzydełkami i ani myślał odlecieć. Mój synek, niczego nie świadomy, stał i patrzył na mnie z tym motylkiem na czapeczce. A ja patrzyłam na niego i na tego motyla jak na jakieś niezwykle zjawisko. I wtedy pomyślałam: „Mój syn jest jak ten motyl. Pojawił się w moim życiu na chwilę i zaraz odleci. I tak musi być.”

Motyl poderwał się i faktycznie odleciał. A ja poczułam się tak, jakby to już był ten moment, w którym muszę oddać moje dziecko. Bo przecież ten moment prędzej czy później nadejdzie. Mógł nadejść w każdej chwili. A ja musiałam być na to gotowa.

Nie byłam w stanie powstrzymać łez. Mój mąż dziwnie na mnie patrzył. Syn również. A ja nie potrafiłam im wytłumaczyć co właśnie działo się w mojej głowie. Przecież to takie „NORMALNE”, że właśnie rozwiązałam główny problem, z którym borykałam się od kilku wcieleń.

Przytuliłam mocno mojego synka. Przytuliłam go tak, jak przytula się kogoś, kogo widzi się po raz ostatni w życiu. I poczułam w sobie zgodę na to, by go oddać. By pozwolić mu odejść. W każdej chwili.

Pamiętam ten moment, jakby to było wczoraj. Bo to doświadczenie kompletnie zmieniło mój stosunek do oddawania tego, co kocham. Teraz już wiem, że nie mam co oddawać, bo nic tak naprawdę nie posiadam. A jednocześnie nigdy bardziej nie doceniałam każdego kolejnego dnia, gdy mogę cieszyć się obecnością osób, które są mi bliskie.

Tamtego dnia dokonał się wielki przeskok w mojej świadomości. Potem zostałam poddana kolejnej próbie. Sprawdzono mnie, czy aby na pewno przyswoiła sobie dobrze tę lekcję. Kilka lat później straciłam męża, którego bardzo kochałam. Ale tym razem poradziłam sobie z tą stratą dużo lepiej niż poprzednio. Przyjęłam to z większym spokojem. Szybko pogodziłam się z jego odejściem. A potem w miarę szybko stanęłam na nogi.

Bardzo ciekawych uczuć doświadczyłam kilka miesięcy temu, gdy mój dorosły już teraz syn wyjechał na studia. Ten sam, który jeszcze „wczoraj” stał na placu zabaw z motylem na daszku czapeczki. Byłam ciekawa, jak sobie poradzę z brakiem jego obecności. Czy dopadnie mnie syndrom pustego gniazda? Ale nie, nic się takiego nie wydarzyło. W końcu przygotowywałam się na jego odejście już tyle lat.

Jest we mnie wdzięczność. Wdzięczność za dar zrozumienia. I za uwolnienie się od lęku przed stratą. Nie można niczego stracić, gdy niczego się nie posiada. Przecież to takie proste. Tak cudownie proste.

Wychodzenie poza rzeczywistość.

Towarzyszy mi bardzo często. W zasadzie od wczesnego dzieciństwa. Pierwszy raz doświadczyłam tego dziwnego stanu mając pięć lat.

Bardzo trudno ten stan opisać, ale gdybym już miała się uprzeć, żeby to zrobić, określiłabym to jako poczucie odrealnienia lub może bardziej wychodzenie poza rzeczywistość.

Tego dnia, gdy po raz pierwszy to poczułam, moi rodzice w domu bardzo się kłócili. Ja, aby tego nie słuchać, wyszłam sama na podwórko, co w latach osiemdziesiątych było rzeczą zupełnie normalną. Wtedy dzieci (nawet kilkuletnie) wychodziły same na podwórko i tam spędzały niemal całe dnie.

Ale ja wtedy nie miałam ochoty się z nikim bawić. Czułam się dziwnie. Byłam bardzo smutna. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że z tym światem, w którym żyję, jest „coś nie tak”. Cała ta rzeczywistość, w której byłam zanurzona, wydawała się niezrozumiała i po prostu zła. Myślałam sobie wtedy, że to wszystko nie tak powinno wyglądać. Czułam ogromny niepokój. Bałam się wrócić do domu. Bałam się kłótni, awantur o byle co, fizycznej przemocy ze strony ojca, braku akceptacji i wsparcia ze strony matki.

Tuż obok drogi, która przebiegała obok mojego domu, rosły stare kasztanowce. Pamiętam, że wtedy podeszłam do jednego z nich i próbowałam objąć go drobnymi rączkami. Ale nie byłam w stanie. Pień był zbyt gruby. Przytuliłam się więc do chropowatej, nagrzanej od słońca kory i zaczęłam płakać. To był niemy płacz. Nie taki, jakim zwykle płaczą pięcioletnie dzieci. Nie wydałam z siebie żadnego dźwięku, ale łzy płynęły mi ciurkiem po policzkach. Płakałam jak dorosła osoba.

„Nie chcę tu być! Zabierzcie mnie stąd! Ja się tu nie nadaję! Tu wszystko jest nie tak!” – coś we mnie wrzeszczało, tam w środku, buntowało się, nie zgadzało się na taką koszmarną rzeczywistość, pełną przemocy, permanentnego strachu, odrzucenia. Jakaś część mnie rozumiała, że świat nie powinien tak wyglądać. Choć miałam pięć lat, wiedziałam, a może bardziej… czułam, że to wszystko, co dzieje się wokół mnie, jest nienormalne. Nie tak powinna wyglądać rzeczywistość pięcioletniego dziecka.

Wtedy (nie mam pojęcia czemu?) nagle ogarnął mnie jakiś niewypowiedziany spokój i dziwny rodzaj ukojenia. Poczułam się tak, jakbym nagle wyszła poza rzeczywistość i zobaczyła świat „z boku”. Zupełnie tak, jakby to była tylko taka głupia, wymyślona gra, albo niezwykle wciągający film, podczas oglądania którego zatraciłam się bez reszty. A teraz ktoś nagle wyłączył całą fonię, a obraz rozmazał. I wtedy wszystko zastygło i straciło całą swoją moc i znaczenie.

To był pierwszy raz, kiedy doświadczyłam tego stanu. Potem to poczucie wracało w różnych sytuacjach, w różnym czasie, w różnych stanach emocjonalnych. Bardzo często doświadczałam go również zaraz po wybudzeniu się ze snu. Zwłaszcza, gdy to były „te” sny.

Od kilku lat doświadczam tego stanu bycia „poza rzeczywistością” niemal permanentne. Czym to skutkuje? Chyba tym, że złapałam nieprawdopodobny wręcz dystans do wszystkiego, co się wokół mnie dzieje. A to pomaga mi nie zwariować w świecie, w którym zdecydowałam się żyć, a do którego tak bardzo i pod każdym względem nie pasuję.

Czuję, że rzeczywistość nie jest tak naprawdę rzeczywista. Przychodzimy na ten świat doświadczać i uczyć się, odkrywać prawdę o sobie. Ale to tylko taka gra, symulacja, swoisty teatr cieni. I nic tak naprawdę się nie liczy oprócz tego, aby starać się żyć jak najlepiej i jak najpiękniej. Aby pokonywać swoje słabości i wciąż się doskonalić. Aby uczyć się kochać wciąż mocniej, pełniej i dojrzalej. Aby rozumieć coraz więcej każdego dnia.

Marta

Pracowałam wtedy w jednym z wrocławskich przedszkoli. Przychodziłam regularnie, raz w tygodniu, by prowadzić zajęcia z rytmiki. Teoretycznie mogłoby się wydawać, że to naprawdę fajna praca. Zapewne fajna, nie przeczę. Ale nie wszystko było fajne. Nie dla nadwrażliwego umysłu.

Photo by Pixabay on Pexels.com

Pracowałam wtedy w jednym z wrocławskich przedszkoli. Przychodziłam regularnie, raz w tygodniu, by prowadzić zajęcia z rytmiki. Teoretycznie mogłoby się wydawać, że to naprawdę fajna praca. Zapewne fajna, nie przeczę. Ale nie wszystko było fajne. Nie dla nadwrażliwego umysłu.

Pomijam hałas, jaki panuje we wszelkich placówkach opiekuńczo-dydaktycznych, który dla osoby nadwydajnej jest męczący i trudny do zniesienia. Ale było w tej pracy coś, czego nie mogłam znieść.

Najgorszy był zawsze początek roku szkolnego. Grupa maluchów (a więc trzylatków) licząca sobie trzydzieścioro dzieci, pozostająca pod opieką jednej nauczycielki, która miała wszystko w nosie, oraz pomocy, cudownej pani Basi, która sama jedna stawała na głowie, by powycierać wszystkie usmarkane nosy, zmienić brudne pieluchy, nakarmić niejadków i utulić cierpiących. Bywały dni, gdy wchodząc do nich na salę orientowałam się, że 30 procent dzieci z całej grupy płacze tęskniąc za rodzicami. Pani Basia biegała pomiędzy dziećmi z obłędem w oczach i próbowała ratować sytuację. Nauczycielka, kompletnie niewzruszona, siedziała przy swoim biurku i wnikliwie studiowała jakiś szmatławiec (pamiętam, jak pewnego dnia mi wyznała, że bardzo lubi swoją pracę, bo w zasadzie to się nie napracuje). Pamiętam ten okropny ścisk w gardle, gdy patrzyłam w te maleńkie, zapłakane oczy i rączki wczepione w panią Basię. I jej bezsilność, bezradność, że nie wszystkie krwawiące serca może ukoić i utulić.

Coś się we mnie wtedy buntowało, grzmiało odrazą wobec takiego stanu rzeczy. Bezduszna, kompletnie obojętna nauczycielka, bezradna i urobiona po pachy asystentka pani Basia, która flaki z siebie wypruwała, aby jakoś to wszystko trzymało się kupy i stado płaczących, maleńkich dzieci. Naprawdę? Trzydziestka trzylatków pod opieką zaledwie jednej osoby (bo ta druga była kompletnie niezaangażowaną i równie dobrze mogłoby jej tam w ogóle nie być). Czy naprawdę tak musi wyglądać nasza rzeczywistość?

Trudno mi było się pozbierać, emocje we mnie kipiały. Wydawało mi się, że czuję gdzieś tam w sobie, w środku smutek, żal, samotność, beznadzieję każdego płaczącego dziecka. Nadmiar empatii w takich miejscach potrafi być naprawdę zabójczy.

Małe dzieci nie rozumieją pojęcia czasu. Dla nich istnieje tylko tu i teraz. Nie wiedzą, że są pozostawione w przedszkolu tylko na jakiś czas. Płaczą tak, jakby były opuszczone już na zawsze. Jakby mama już nigdy nie miała po nie wrócić. Jest to smutek tak wielki i przejmujący, że wręcz eksplodujący na zewnątrz w całej swojej sile. Taka bomba rozpaczy. Nie mogłam tego znieść. Czułam, jak łzy same napływają mi do oczu. Walczyłam dzielnie, aby się nie rozpłakać. Nie mogłam przecież płakać razem z nimi, bo one płaczą. Byłam przecież profesjonalistką, panią od rytmiki.

Mijał czas. Po kilku miesiącach było już znacznie lepiej. Dzieci aklimatyzowały się, przyzwyczajały, przestawały rozpaczać. Zaczynały brać czynny udział w zabawach, a przedszkole powoli stawało się ich drugim domem z panią Basią w roli mamy zastępczej. I tak było ze wszystkimi dziećmi za wyjątkiem Marty.

Marta była inna. W końcu, po kilku miesiącach przestała płakać. Najwyraźniej dotarło do niej, że płacz nie ma sensu. Niczego nie daje i niczego nie zmienia. Za to wyczerpuje doszczętnie. W przeciwieństwie do innych dzieci jednak nie zaakceptowała przedszkola jako swojego drugiego domu. Nie śmiała się, nie bawiła się wesoło, tak, jak inne dzieci. Siedziała z boku, milcząca, ciągle w tym samym miejscu, na ławeczce pod oknem. Siedziała, kurczowo wtulała się w kocyk, który towarzyszył jej wszędzie i patrzyła w podłogę pustym wzrokiem. W zasadzie nie było z nią żadnego kontaktu. Nie reagowała na swoje imię, nie zwracała uwagi na to, co się działo wokół niej. Ignorowała wszelkie próby i zachęty, aby włączyć ją do zabawy. Zachowywała się tak, jakby jej tam nie było. Jej umysł się wyłączył, poddał. Po skończonych zajęciach nauczycielka brała ją za ręce, podnosiła, a Marta z trudem wstawała i niczym bezwładna kukiełka szła na dół, z innymi dziećmi, do swojej sali. Było jej wszystko jedno gdzie jest i co się z nią dzieje. Czasem, gdy na nią patrzyłam, miałam wrażenie, że w tym dziecku coś umarło.

To było ponad dwadzieścia lat temu, a ja wciąż tak dobrze pamiętam jej twarz. Ładna, delikatna buzia, kasztanowe włosy z naturalnymi, dziecięcymi lokami, te puste, martwe oczy i… kocyk.

Mimo upływu czasu, stan Marty nie ulegał poprawie. Pamiętam, jak pewnego dnia zapytałam pani Basi, co rodzice na to? Czy wiedzą, co się dzieje z ich dzieckiem? Co dyrekcja zamierza? „A no… nic – odpowiedziała mi smutno – pewnie, że wiedzą, ale nie widzą powodu, aby cokolwiek z tym robić”.

Tamtego dnia pękło mi serce.