Bezsilność

Czasem tak mam. To przychodzi samo, ot tak. Chciałabym móc przytulić cały świat. Wszystkie żywe istoty, każdą po kolei i bez wyjątku. Każdego głodnego nakarmić, smutnemu otrzeć łzy, przestraszonego uspokoić, samotnemu podać dłoń i powiedzieć „jestem z tobą” (a w zasadzie… „jestem tobą”).

Ale nie mogę. Nie da się zmienić rzeczywistości, ani jej naprawić. Nie da się zniknąć cierpienia. Nie da się rozwiązać ot tak wszystkich problemów tego świata. Gdy sobie to uświadamiam, jest mi źle. Pojawia się bezsilność, z którą nie potrafię sobie poradzić. To głupie i naiwne powiecie. Ależ ja to wiem! Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. I co z tego, skoro ta świadomość niczego nie zmienia i nie przynosi ulgi?

Świat jest dokładnie taki, jaki ma być i inny nie będzie. To jasne. A ja nie mam obowiązku nosić na swoich barkach wszystkich problemów tego świata. Kim ja do cholery jestem, aby próbować zmieniać cokolwiek, skoro ma być tak, jak jest? Wciąż sobie to tłumaczę. Ale skoro to wszystko wiem, to dlaczego tak trudno mi się z tym pogodzić? Dlaczego patrzenie na cierpienie wokół jest aż takie trudne? Tak wiele rzeczy chciałabym zmienić, tak wielu osobom pomóc, a nie mogę.

Bezsilność to jedna z najgorszych rzeczy, z jaką aktualnie się mierzę. Wciąż uczę się akceptować to uczucie w sobie, ale na razie chyba kiepsko mi idzie.

Może jeszcze nie wydarzyło się w moim życiu coś, co pomoże mi to zmienić? Ale może jeszcze się wydarzy? Kto wie?

Emocje

Osoby nadwydajne i wysoko wrażliwe cierpią z powodu emocji. Wszelkich emocji. Zarówno pozytywnych, jak i negatywnych.

Emocje towarzyszą nam zawsze i wszędzie. W czasie każdego spotkania z drugim człowiekiem, w czasie obcowania z przyrodą, nie mówię już nawet o oglądaniu filmów czy wiadomości w telewizji.

Osoba wysoko wrażliwa bardzo wszystko przeżywa, o wszystko się martwi. Nie potrafi przestać myśleć o zagrożeniach klimatycznych, o zanieczyszczeniu środowiska. Coś takiego, jak wojna, jest dla niej druzgocącą i niepojętą w swej głupocie i okrucieństwie abstrakcją.

Ale przeżywamy też mocno wszelkie kłótnie rodzinne, spory i nieporozumienia w pracy. Myślimy jak by tu załagodzić wszystkie waśnie. Często odruchowo ustawiamy się w roli mediatorów. Robimy wszystko, co w naszej mocy, aby wreszcie znowu zapanował spokój, harmonia i aby wszyscy wokół nas byli szczęśliwi. Bo wtedy będziemy mogli odetchnąć.

Powszechne jest mniemanie, że osoby nadwydajne i wysoko wrażliwe powinny za wszelką cenę unikać złych emocji, a bombardować się tylko tymi pozytywnymi. Że powinny w ogóle zrezygnować z oglądania wiadomości w TV, nie powinny oglądać horrorów, relacji z miejsc, w których toczy się wojna, itp. Natomiast ładować sobie do głowy pozytywne bodźce i wrażenia związane z pięknem natury, światem zwierząt, roślin, itp. Bo to niby pomaga. Pozwolę się z tym nie zgodzić.

Obserwując siebie i swój umysł od tylu lat stwierdzam, że nie jest to do końca prawda, że odcięcie się od negatywnych bodźców i emocji załatwia sprawę. Nie da się normalnie żyć w ten sposób. Nam, podobnie jak wszystkim innym ludziom, są potrzebne do życia wszystkie emocje. Nie można części z nich pomijać i wykluczać, bo takie życie byłoby bardzo dziwne, zubożałe i niepełne. To tak, jakby pewnego dnia stwierdzić, że kolor zielony i niebieski jest nieładny i nie chcę go oglądać. Wolę patrzeć na świat w ciepłych kolorach, a więc tylko czerwień, żółty i pomarańczowy będą odtąd oglądać moje oczy. Brzmi jak absurd, prawda? Nasz obraz i odbiór świata byłby wtedy przekłamany. Tak, jak potrzebujemy pełnego spektrum kolorów, by realistycznie odbierać otaczający nas świat, tak samo potrzebujemy doświadczania pełnego spektrum emocji, by właściwie go rozumieć.

Tak więc emocje same w sobie są ok. Wszystkie. Kluczem do zrozumienia jest tu słowo NADMIAR. Bo to nadmiar emocji nam szkodzi, nie emocje same w sobie. Nadmiar wszelkich emocji – i tych pozytywnych, jak i negatywnych. A wiem to stąd, że nie przespałam taką samą ilość nocy z powodu mielenia przez mózg i negatywnych jak i pozytywnych emocji. To, że ktoś nie może zasnąć, gdy obejrzy wieczorem horror, to się wydanie normalne. A co z pozytywnymi emocjami. Jak to działa? Oto przykład:

Moje spotkanie z ukochaną nauczycielką po latach, od ukończenia przeze mnie szkoły muzycznej. Ne miałyśmy ze sobą kontaktu ponad 20 lat. Nie wiedziała przez cały ten czas, że wybrałam ten sam kierunek, co ona i teraz sama uczę gry na fortepianie. Była taka szczęśliwa, gdy się o tym dowiedziała. To było cudowne spotkanie. I oczywiście wspominanie dawnych, szkolnych czasów. Popłynęło wiele łez. Łez szczęścia. Opowiadała mi, jak mnie zapamiętała z czasów, gdy pamięta mnie jeszcze jako dziewczynkę i uczennicę.

Opowiadałyśmy sobie co słychać u każdej z nas teraz, czym się aktualnie zajmujemy, jak wygląda nasze obecne życie. Powiedziałyśmy sobie wiele ciepłych, serdecznych słów. Wymieniłyśmy się przemyśleniami odnośnie naszej pracy.

Trudno o bardziej pozytywne emocje. Ta rozmowa tak pięknie, pozytywnie mnie nastroiła i naładowała, że… nie mogłam spać przez całą noc. Obrazy ze szkoły muzycznej wracały, przypominały mi się konkretne wydarzenia, które miały wtedy miejsce, ludzie, których tam spotykałam w czasie zajęć. Ta rozmowa uruchomiła lawinę wspomnień, która dosłownie zalała mój mózg. Efekt był taki, że przez cała noc nie udało mi się zasnąć, a rano podniosłam się z łóżka wyczerpana. Następnego dnia nie miałam siły i energii na nic. I to z powodu nadmiaru nie negatywnych, a pozytywnych emocji!

To samo się dzieje, gdy np. wieczorem, przed snem, posłucham sobie pięknej muzyki, obejrzę film przyrodniczy czy przejrzę stare zdjęcia mojego syna, z czasów, gdy był jeszcze dzieckiem. Wtedy też nie mogę zasnąć, bo te piękne i wzruszające obrazy zostają w moim umyśle i wciąż powracają z całą masą innych skojarzeń i wspomnień.

Dlatego w przypadku osób wysoko wrażliwych i nadwydajnych niezwykle ważna jest HIGIENA I DYSCYPLINA UMYSŁOWA, a także umiejętność wyciszania, wygaszania emocji.

Z czym się to u mnie wiąże? Na jakie rozwiązania sama wpadłam? Co na mnie działa? W dużym skrócie:

  1. Niemal całkowite wyeliminowanie z diety cukrów prostych. Cukier prosty (każdy!) jest hiper-paliwem dla mózgu. Przypadkiem na sobie odkryłam, że jego duże spożycie dodatkowo napędza i rozkręca nadwydajny mózg. Czuję ogromną różnicę w jakości pracy mojego mózgu, gdy rok temu diametralnie zmieniłam dietę i każdemu nadwydajnemu polecam tego spróbować. Mnie to bardzo pomogło.
  2. Żadnej ekspozycji na silne emocje wieczorem – moja żelazna zasada. Za dnia robię co chcę i oglądam co chcę. Po godzinie 21.00 zaczynam stopniowe wyciszanie emocji. To cały proces i trwa około dwóch godzin. Mam na to swoje własne sposoby. Np. siadam przy moim akwarium, patrzę na rybki. Obserwuję izopody w vivarium. Potem biorę się za robótki ręczne, a więc proste, mechaniczne czynności angażujące mózg tylko w minimalnym stopniu, a nieco utrudniające myślenie (np. liczenie oczek). Czasem coś rysuję, czytam książkę.
  3. Staram się kłaść do łóżka zawsze o tej samej porze. Nie przeglądam przed snem poczty, nie czytam wiadomości przed pójściem spać. Za to włączam sobie audiobook. Mam taki swój specjalny audiobook do zasypiania. Głos lektora (specjalnie dobrany) zaczyna na mnie działać kojąco, uspokajająco. Po około 15 minutach słuchania zasypiam i śpię jak niemowlę przez całą noc.

W szponach empatii

Nie bój się osób wysoko wrażliwych i nadwydajnych. Taka osoba nie zrobi ci krzywdy. A już na pewno nie zrani cię świadomie, z premedytacją i z rozmysłem. Wręcz przeciwnie. To właśnie osoby nadwydajne często padają ofiarami ludzi o mniejszej wrażliwości. My, nadwydajni, uparcie i naiwnie wierzymy, że skoro my nie widzimy sensu w ranieniu innych, to inni mają tak samo. Mierzymy wszystkich swoją miarką. Staramy się widzieć w ludziach tylko dobro. Bo po co skupiać się na tym, co złe?

Jak już wspomniałam w którymś w poprzednich wpisów, osoba nadwydajna nie potrafi żyć w oddzieleniu od innych istot. Cały świat postrzega jako jedną i nierozerwalną całość. A więc cierpienie każdej żywej istoty czuje tak, jak swoje własne. Nadwydajni nie widzą więc powodu, by ranić innych. Byłby to swoisty i niezrozumiały masochizm. Brak logiki. Bo dla nas zranić kogoś, to tak, jak zranić samego siebie. Jakakolwiek forma agresji skierowana w kogokolwiek (z tego punktu widzenia) nie ma sensu. Po co robić samemu sobie krzywdę?

Empatia nadwydajnych jest tak wielka, że czasem więcej z niej szkody niż pożytku. Przynajmniej dla nich samych. Nawet, jeśli bardzo tego nie chcemy, zarażamy się emocjami innych. Dlatego zawsze robimy wszystko, aby ludzie wokół nas byli szczęśliwi. Bo wtedy i nam jest dobrze.

Jest w tym jednak pułapka. Bo jeśli trafimy na osobę permanentnie nieszczęśliwą, egoistyczną i narcystyczną, ta osoba okazuje się być studnią bez dna. Taki ktoś pochłonie każdą dobroć, każdą pomoc, każde życzliwe słowo skierowane ku niemu, i dalej będzie mu mało. Dalej będzie nieszczęśliwy, a przy tym nie okaże nadwydajnemu najmniejszej nawet wdzięczności. Za to perfidnie obwini nadwydajnego, że nie potrafi go uszczęśliwić (tak, jakby to był jego obowiązek!) i obarczy odpowiedzialnością za swoje własne nieszczęście. Wmówi mu, że to jego wina. Wytknie mu jego nieudolność i beznadziejność.

Jakże często my, nadwydajni, czujemy się źli, głupi i obwiniamy siebie o całe zło tego świata. Choć tak naprawdę najmniej tego zła powodujemy.

To była dla mnie jedna z najtrudniejszych lekcji, jakich musiałam się nauczyć. Mianowicie uzmysłowić sobie, że każdy dorosły człowiek sam jest odpowiedzialny za swoje własne szczęście lub jego brak. I ja nie muszę się czuć winna, gdy w mojej obecności ktoś manifestuje swoje niezadowolenie. Teraz już to wiem, ale przez większość życia była to dla mnie abstrakcja. Zawsze to ja czułam się winna. Za wszystko.

Nie bez powodu wybrałam taki tytuł do tego wpisu. Bo to faktycznie tak jest. Często mam wrażenie, że jestem więźniem zbyt intensywnego odczuwania cudzych emocji. One mnie osaczają, męczą, przygniatają. Czuję się tak, jakbym dźwigała na swoim grzbiecie cały ból tego świata. Walczę z tym, staram się patrzeć na wszystko z dystansem, oddzielać się od cudzych emocji. Ale to nie jest proste. Czasem się udaje, czasem nie.

Udaje się wtedy, gdy wiem, że coś się wydarzy i mogę się do tego odpowiednio przygotować. Zaplanować przebieg danego wydarzenia (choćby z grubsza). Na przykład pogrzeb bliskiej osoby, wizytę w szpitalu itp. Są to wydarzenia trudne, ale przewidywalne. I można się do nich jakoś przygotować. Wtedy mogę zaplanować z góry stosunek do danego wydarzenia oraz własne emocje. Jeśli natomiast pewne sytuacje mnie zaskakują, wtedy jest gorzej. Empatia łapie mnie w swoje szpony i zaciska je na mojej szyi, a pazury wbija prosto w serce. Bo znów czuję nie swój ból, ale tak mocno, jakby był mój.

Szoda, że empatii nie można sobie czasem po prostu wyłączyć. Zrobić pstryczkiem „pstryk!” i przez chwilę nic nie czuć. Odpocząć od wszystkich możliwych emocji. Wyjechać na bez-emocjonalne wakacje. Może bezludna wyspa? Oj, pojechałabym.

Przyjaźń

Pamiętam, jak ktoś zadał mi kiedyś pytanie – co według ciebie jest najważniejsze na świecie?

Zastanowiłam się chwilę. A potem odparłam bez wahania – przyjaźń.

Dlaczego akurat przyjaźń? Czemu nie miłość na przykład? Wydawałoby się, że to miłość jest najważniejsza! Że mamy siebie kochać, kochać i jeszcze raz kochać! I tylko to się liczy. Otóż nie. Moim zdaniem to nie miłość a przyjaźń właśnie jest najważniejsza. Dlaczego tak uważam?

Bo z tą miłością, to bywa różnie. Można jednocześnie kogoś kochać i nienawidzić. I te dwa pojęcia się nie wykluczają. Można czuć obie te emocje jednocześnie. Wiedzą o tym kochankowie i małżonkowie w nieudanych związkach. Wiedzą o tym rodzice „trudnych” dzieci, a także dzieci „trudnych” rodziców. Miłość bardzo często jest mylona z uczuciem „zakochania się” w tej drugiej osobie. A zakochanie się, to nie to samo, co miłość.

Przyjaźń jest inna. Przyjaźń zawiera w sobie natomiast wszystko, co najcenniejsze i najpiękniejsze, a wyklucza automatycznie to, co złe. Dlatego jestem przekonana o wyższości przyjaźni nad miłością.

Gdy ktoś jest twoim prawdziwym przyjacielem, nie sposób takiej osoby nie kochać. Czy można kochać kogoś, kto nie jest naszym przyjacielem? Oj tak! I jakże często się to zdarza. Wszystkie toksyczne relacje się na tym opierają – na miłości bez przyjaźni. Ale gdy się z kimś zaprzyjaźnisz, tak naprawdę, szczerze, to miłość do przyjaciela pojawia się niemal automatycznie, spontanicznie. Nawet, jeśli nie do końca jesteśmy tego świadomi. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że:

Miłość – jest efektem ubocznym zaistniałej przyjaźni.

Co jeszcze zawiera w sobie przyjaźń, oprócz miłości?

Szacunek – trudno mi sobie wyobrazić, że przyjaciele się nie szanują. Brak szacunku do drugiej osoby jest dla mnie zaprzeczeniem przyjaźni.

(Znam wiele niby to kochających się osób, które jednak przy każdej nadarzającej się okazji obrzucają się błotem. Po czym ironicznie tłumaczą, że „kto się czubi, ten się lubi”. Ot… kto zrozumie miłość…)

Zrozumienie – to jak nadawanie na tych samych falach. Czasem w pół słowa odgadujesz, co przyjaciel próbuje ci powiedzieć. Podobny sposób patrzenia na świat. Podobne priorytety. Ale też zrozumienie, że w pewnych kwestiach różnicie się od siebie i szacunek dla tych odmienności.

(Znacie takie powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają? Jeśli tak, to tylko na chwilę. Miłość bez zrozumienia może istnieć przez chwilę. Ale nie wytrzymuje zwykle próby czasu. Bo gdy tylko uczucie zakochania mija, relacja się kończy, a związek rozpada. Przyjaźń bez wzajemnego zrozumienia nigdy nie zaistnieje.)

Wdzięczność – przyjaciel to ktoś, kto pierwszy spieszy nam z pomocą. Robi to bezinteresownie, spontanicznie, bez wahania. Wiemy to. Widzimy każdego dnia. Tak więc trudno nie czuć wdzięczności do swojego przyjaciela.

Pokorę – każdemu zdarza się czasem zachowywać tak, jakby pozjadał wszystkie rozumy i nie docierają do niego żadne argumenty. Rodzice ci tłumaczą, ale na próżno. Nie słuchasz nauczyciela, sąsiada, szefa w pracy. Ale gdy przyjaciel coś próbuje ci powiedzieć, w jakiejś ważnej kwestii się ze tobą nie zgadza, to słuchasz jego argumentów z pokorą. Bierzesz je na poważnie i głęboko analizujesz. Bo wiesz, że przyjaciel może mieć rację.

Poczucie bezpieczeństwa – gdy jest przy mnie mój przyjaciel, wtedy mogę być naprawdę sobą. Przy nim zdejmuję wszystkie swoje maski. Mogę mu opowiedzieć o swoich najskrytszych i najdziwniejszych nawet przemyśleniach. Nie boje się, że mnie wyśmieje. Bo przecież szanujemy się na wzajem. Wiem, że mój prawdziwy przyjaciel mnie nie zrani. A już na pewno nie zrobi tego ot tak, dla zabawy. Przyjaciele po prostu nie robią sobie takich rzeczy.

(Czy można kogoś kochać, a jednocześnie nie czuć się przy nim bezpiecznie? Zapewne tak. Zapytajcie o to osoby, które przez wiele lat tkwią w związkach przemocowych. Kobiety bite przez swoich mężów, dzieci bite przez rodziców. Ofiary narcyzów, regularnie obrzucane obelgami, szantażowane psychicznie, też mogły by tu dopowiedzieć coś od siebie. Ale te osoby uparcie twierdzą, że swoich oprawców kochają. I nie ma powodu, by im nie wierzyć.

Gdy nie czujesz się przy kimś w pełni bezpiecznie, nie nazywasz takiej osoby swoim przyjacielem.)

Zaufanie – Przyjaciel to ktoś, na kim zawsze mogę polegać. Wiem, że przyjaciel nigdy mnie nie okłamie, nie zdradzi, nie będzie knuł intryg, nie wpakuje mnie świadomie (i przez swoją głupotę czy zaniedbanie) w żadne poważne kłopoty. Przyjacielowi mogę powierzyć swoje najskrytsze tajemnice i wiem, że nie rozpowie tego wszystkim. Jeśli go o coś proszę, wiem, że on to dla mnie zrobi. I oczywiście z wzajemnością. Nie wyobrażam sobie przyjaźni bez wzajemnego zaufania.

(Czy można nie ufać komuś, kogo się kocha? Oj, tak! Ale gdy przestajesz komuś ufać automatycznie skreślasz taką osobę z listy swoich przyjaciół.)

Akceptacja – przyjaciel to ktoś, kto mnie zna. Wie kim jestem i odpowiada mu to. Nie próbuje niczego na siłę we mnie zmieniać. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie jestem doskonała, podobnie jak i on. Ale gdy zdarzy mi się potknięcie, a swój błąd zrozumiem, przeproszę i w ten czy inny sposób zadośćuczynię, przyjaciel mi wybaczy. I ja zawsze wybaczę jemu. Przecież człowiek uczy się na błędach.

(Czy można nie akceptować lub nie być akceptowanym przez osobę, którą kochasz? Z pewnością tak. Jeśli czujesz, że twój przyjaciel przestaje cię akceptować, wiesz, że nie jest już twoim przyjacielem).

Czułość – nie, nie mam tu na myśli czułości, która łączy kochanków (choć jeśli dwoje ludzi stanowi parę, są w związku, to oczywiście i taki rodzaj czułości się pojawi). Raczej taką czułość codzienną – uśmiech, dobre słowo, uzasadniony komplement, porozumiewawcze spojrzenie, mrugnięcie czy poklepanie po ramieniu. Ten rodzaj czułości, który sprawia, że zaczynamy się czuć dobrze. A to przecież takie ważne, abyśmy sobie taką czułość okazywali. To tak bardzo pomaga żyć.

(Gdy ktoś jest dla nas zimny, jak głaz, budzi się w nas niepokój i zaczynamy się zastanawiać – czy ta osoba wciąż jest naszym przyjacielem?)

Intymność – każda przyjaźń zawiera w sobie pewien rodzaj intymności. Słowa i zwroty, których używacie tylko wy. Charakterystyczne gesty, czy skróty myślowe, których nikt poza wami nie rozumie. Będąc razem doświadczacie rzeczy, które są zarezerwowane tylko dla was i cała reszta świata nie ma do tego dostępu. Silna więź, która was połączyła, sprawia, że spontanicznie tworzycie swój własny, jedyny, unikatowy i niepowtarzalny świat. Swoją własną rzeczywistość.

(Można kogoś kochać i nie czuć intymności. Niektórych nawet to podnieca – swoista tajemnica, to, że nic nie wiedzą o tej drugiej osobie. Nie mają wstępu do jego intymnego świata. Jakże często kochankowie wzdychają do siebie tak naprawdę niewiele o sobie wiedząc. Lecz takie relacje trwają zwykle krótko.

Z przyjaźnią jest inaczej. Gdy pewnego dnia odkrywasz, że coś się zmieniło i przestajecie nadawać na tych samych falach, przyjaźń umiera, a relacja przekształca się w zwykłą znajomość.)

Bliskość – mówi się, że miłość (ta romantyczna), to dwie dusze w jednym ciele. O przyjaźni mówi się natomiast, że to jedna dusza w dwóch ciałach. Jakże piękne porównanie. Gdy masz przyjaciela, takiego prawdziwego przyjaciela, zapominasz co to samotność.

Mając świadomość tego wszystkiego uważam, że przyjaźń, to najpiękniejsza rzecz, jaka może nam się w życiu przydarzyć. Może właśnie dlatego, osoba wysokowrażliwa i nadwydajna, taka, jak ja, ciągle stara się być przyjacielem wszystkich. A może nie, źle napisałam. Nie stara się. Po prostu nim jest.

Czy ty też jesteś przyjacielem całego świata? Leży to w twojej naturze? Taki się urodziłeś? Nie potrafisz inaczej? W takim razie proszę, nie myśl o sobie, że jesteś głupi i naiwny. Świat chce (a raczej jego większa część), żebyś tak o sobie myślał. Ale to nie prawda.

Wszystko jest z tobą w porządku. Mało tego – jest nas więcej! Nie jesteś sam! Więc nawet nie próbuj tego w sobie zmieniać. Osobiście uważam, że ciągle dążenie do przyjaźni, to jedna z najbardziej wartościowych cech osób nadwydajnych. To jest po prostu… piękne!

Nie-ziemska perspektywa

Nie potrafię patrzeć na otaczającą mnie rzeczywistość z wyłącznie ziemskiej perspektywy. Dlatego też nie umiem się zatracić w codzienności, tak, jak to czyni typowy Ziemianin. Nie walczę, nie kłócę się o nic. Jestem kobietą bez focha. Zachowuję ciągły dystans do tego, co mnie otacza. Nie znaczy to bynajmniej, że nie ulegam emocjom. Jestem jak każdy inny człowiek. Martwię się, smucę, czasem coś mnie złości. Ale też odczuwam te emocje tak jakby gdzieś z daleka, jakbym patrzyła na siebie „zza szyby”. Ten dystans bardzo pomaga.

Żyję tak jakby w świecie równoległym, w którym nie ma przemocy, kłamstwa, przestępstw, egoizmu i zachłanności. A coś takiego, jak wojna, jest czystą abstrakcją.

Tak, są takie światy, w których nie toczy się wojen. Światy współczucia, miłości, współpracy. Światy, na których roztropnie planuje się ilość potomstwa, jakie ma przyjść na świat. Gdzie każde narodzone dziecko jest największym darem, a jednocześnie odpowiedzialnością całego społeczeństwa, nie tylko jednostki (rodzica). Wyobrażasz sobie, drogi Czytelniku, że są takie miejsca we wszechświecie, takie planety, gdzie twoje dziecko każdy sąsiad na twojej ulicy kochałby tak samo, jak ty? I dbałby o nie tak, jak o swoje własne? Wyobrażasz sobie świat, w którym nie ma niechcianych dzieci, tak jak i nie ma sierot? I nie, nie dlatego nie ma sierot, że rodzice dzieci nie umierają. Umierają. Ale natychmiast znajduje się ktoś, kto osierocone dziecko przygarnia i kocha jak własne.

Utopia? I znowu odpowiem tak samo, jak poprzednio. Na Ziemi tak, ale nie tam, gdzie żyjące istoty zgodnie współistnieją w piątym wymiarze, a wszystko jest w równym stopniu całością, jak i odrębnością.

Ja żyłam na takiej planecie i wiem, że jest to możliwe. Pamiętam to doskonale. Pamięć tamtego życia jest we mnie tak silna, że uniemożliwia mi życie typowego Ziemianina. Nie umiem być wyrachowana, agresywna, cyniczna, egoistyczna. Nie używam ironii, bo nie widzę w tym sensu. Nie potrafię kłamać. Nie umiem świadomie działać na szkodę innych. Sumienie by mnie zagryzło, gdybym choć spróbowała. Ale nawet nie mam pokusy, aby próbować. Nie umiem też wykorzystywać innych i żyć życiem „pasożyta”. Tak… jestem niedostosowana. Ale nie tak w ogóle. Jestem niedostosowana do tego, ziemskiego świata.

Ale zaraz, zaraz… Po co więc urodziłam się tym razem tu, na Ziemi? Czy przypadkiem nie po to, aby uczyć innych, że można żyć inaczej? Lepiej?

Czasem ktoś mnie nazwie głupią i naiwną, popuka się w czoło. Czasem ktoś mi powie, że na tym świecie nie ma miejsca na sentymenty. Ale ja i tak robię swoje. Robię to, co powinno zostać zrobione. Daję z siebie wszystko, co tylko mogę, aby uczynić Ziemię choć trochę lepszym, przyjemniejszym miejscem.

Choć usilnie nad tym pracuję, wciąż mam wrażenie, że daję więcej, niż biorę (bo niby ma być równowaga). Ale chyba tak ma być. Dla mnie, to naturalne. Dawanie sprawia mi ogromną radość. Ale nauczyłam się już, jak bardzo to jest niebezpieczne tu, na Ziemi. Bo tu jest wiele istot, które gotowe są zabrać ci wszystko, jeśli tylko zobaczą, że dawanie sprawia ci radość i robisz to w sposób naturalny. Takie studnie bez dna. Dlatego trzymam się z daleka od osób permanentnie nieszczęśliwych, nienasyconych, pożądliwych, wszelkiej maści narcyzów i innych toksycznych osób. Każda z nich pożarłaby mnie żywcem, gdybym tylko się odsłoniła. Tak, takie osoby, jak ja pożera się żywcem. Ale się nie daję. Już się nauczyłam jak nie dać się zjeść.

I tak, jak jedni się śmieją i wyszydzają, tak inni wpadają w zachwyt. Mówią mi – „Jesteś niesamowita! Jak ty to robisz? To, że cię spotkałem na swojej drodze, to najlepsza rzecz, jaka mi się w życiu przytrafiła.”Dziwią się, gdy własnym życiem pokazuję im, że da się inaczej, lepiej, bezinteresownie, normalnie. Wszędzie, gdziekolwiek się pojawię, buduję inny obraz tej tak zwanej „normalności”. Zawsze współpracuję. Nie znoszę rywalizacji. Nie lubię się wywyższać, nie lubię czuć się „lepsza”. Ale marzę o tym, abyśmy MY, Ziemianie, stawali się lepsi każdego dnia.

Tak myślę, że (podobnie jak inni nadwydajni) jestem tu po to, aby podnosić poziom świadomości na Ziemi. Bo samoświadomość to coś, czego mam w nadmiarze. Uczyć lepszego życia. Bo my to potrafimy. Umiemy dobrze żyć. I umiemy pięknie kochać.

Podnoszenie świadomości na Ziemi to bardzo powolny, żmudny proces. Ale konieczny, jeśli Ziemia ma przetrwać. Dlatego daję z siebie wszystko.

Ziemia – kosmiczne przedszkole

Jako ludzkość bezustannie zwracamy nasze oczy w stronę odległych gwiazd. Zastanawiamy się, czy jesteśmy sami we wszechświecie. Zadajemy sobie mnóstwo pytań odnośnie potencjalnie istniejących inteligentnych istnień i budowanych przez nie cywilizacji. W obecnych czasach większość naukowców skłania się ku poglądowi, że to niemal niemożliwe, abyśmy byli jedynymi inteligentnymi istotami w tak wielkim, nieskończonym wszechświecie. I stawiają pytanie: “czy te inne, inteligentne istoty kiedykolwiek nas odwiedzą?” (lub: “czy my, ludzie, kiedykolwiek zbudujemy na tyle potężne statki kosmiczne, że będziemy w stanie polecieć do nich?”

Mnie się jednak nasuwają inne pytania. Czy jest sens w tym, aby nasze cywilizacje się spotkały? Po co mielibyśmy to robić? Wyłącznie przez ciekawość? I czy mogłoby z tego wyniknąć cokolwiek dobrego?

Albo inne, równie ważne pytanie – czy w obecnym momencie jesteśmy na takie spotkanie gotowi?

Ze wszystkimi naszymi ziemskimi problemami jesteśmy niczym kosmiczne przedszkole. Borykamy się z powszechną ignorancją, przemocą, agresją, brakiem empatii, a co najgorsze… nie rozumiemy siebie na wzajem. Ludzkość stanowi osiem miliardów zupełnie odrębnych, samotnych istnień. Stanowimy jeden gatunek, który mówi mnóstwem różnych języków, a i nawet w obrębie jednego narodu, czy jednej, bliskiej rodziny, często nie jesteśmy w stanie się porozumieć i co ważniejsze – zrozumieć. Pod tym względem przewyższają nas nawet psy, bo jeśli argentyński pies spotka na swojej drodze chińskiego psa, to każdy z nich będzie doskonale rozumiał o co chodzi temu drugiemu. Ich właściciele natomiast… niekoniecznie.

Jak to możliwe, że wciąż jeszcze nikt nie wpadł na pomysł, aby w każdym zakątku Ziemi dzieci uczyły się obowiązkowo jednego, wspólnego języka (oprócz tego rodzimego)? I czy to takie trudne rozeznać się w tym, który spośród wszystkich ziemskich języków jest najbardziej odpowiedni? Oczywiście mogę się mylić, ale ja stawiałabym na angielski. I nie dlatego, że lubię Amerykanów czy Anglików. Angielski jest językiem prostym do nauczenia się, nawet dla osoby dorosłej, większość poważnych prac naukowych jest napisana po angielsku lub na angielski przetłumaczona, znaczna część najbardziej popularnych piosenek muzyki rozrywkowej jest śpiewana po angielsku. Angielski jest językiem polityki. W dodatku bardzo wiele osób na świecie już zna ten język. Więc byłoby najłatwiej. Ileż by to ziemskich problemów rozwiązało. Dlaczego więc nie jest to priorytetem? Czemu nikt nawet nie wspomina o takiej konieczności?

Czasem, gdy obserwuję świat, mam wrażenie, że ludzkość zajmuje się wszystkim, tylko nie tym, co naprawdę ważne. Też macie takie odczucia?

Wojny, religie, zorganizowana przestępczość, chciwość i egoizm, korupcja, nacjonalizm i terytorializm, nierówności społeczne, brak równego dostępu do edukacji, nękające nas choroby, bieda, głód. Długo jeszcze można by wymieniać. Do tego jeszcze nieustanne zagrożenie nuklearną zagładą, postępujące zanieczyszczenie i degradacja środowiska naturalnego. Czy na pewno wszystko jest z nami ok?

Choć technicznie ludzkość rozwija się bardzo szybko, to pod względem mentalnym i emocjonalnym uparcie stoimy w miejscu. Na poziomie stosunków międzynarodowych wciąż toczymy takie same bójki jak pięciolatki w przedszkolu. Każdy chce być najważniejszy i zagarnąć jak najwięcej dla siebie.

Czy wobec tego zasługujemy na uwagę i kontakt z inną cywilizacją? I czy jesteśmy w jakikolwiek sposób atrakcyjni dla potencjalnego kosmity? A może oni nie przylatują, bo się nas po prostu boją? Jesteśmy chciwi, grubiańscy, egoistyczni i nieobliczalni.

A może oni już od dawna tu są i tylko nas obserwują. Może jesteśmy dla nich jedynie ciekawym zjawiskiem i patrzą na nas tak, jak ja codziennie podglądam moje izopody i rybki w akwarium?

A gdyby nawet taki bezpośredni kontakt nastąpił… jaki mógłby być scenariusz takiego spotkania? Co mogłoby się wydarzyć? I czy nie przypominałoby to trochę eksperymentu, w którym ktoś wpuściłby delfiny i krokodyle do jednego basenu z nadzieją, że te dwa gatunki jakoś się dogadają?

A co, jeśli w tym wypadku krokodyle, to my?

Piąty wymiar

Typowy człowiek żyje w czterowymiarowym świecie, w którym każdy napotkany obiekt ma swoją długość, szerokość, wysokość i czas istnienia. Obiekty zmieniają swoją wielkość, miejsce, kierunek ruchu, gęstość, kształt, temperaturę, stan skupienia, ciężar, masę, kolor, itp.

Zdecydowana większość ludzi których dane mi było poznać w moim (już nie tak krótkim) życiu, postrzega świat jako zbiór odrębnych przedmiotów, istnień, zjawisk doświadczających (świadomie lub nie) swojej egzystencji w takim właśnie czterowymiarowym świecie. Z czego każdy z elementów tego świata istnieje oddzielnie. To dziecko jest innym, odrębnym bytem od tamtego dziecka. Ten kamień jest inny od tamtego. Stanowią dwa, zupełnie różne kamienie. Tak więc w świadomości typowego człowieka świat jest niczym innym, jak zbiorem zupełnie odrębnych, indywidualnych elementów świata ożywionego i nieożywionego. Każdy jest indywidualnością i istnieje dla siebie, a dopiero w drugiej kolejności współistnieje z innymi. Najważniejsze jest JA, potem TY, a dopiero na końcu MY.

Osoby hiper-empatyczne, nadwrażliwe i nadwydajne widzą świat zupełnie inaczej. Stąd też wynikają ich odstające od normy zachowania w różnych sytuacjach. Pozwólcie mi to dokładnie wytłumaczyć.

Fizyka kwantowa wspomina coś nieśmiało o naczyniach połączonych, o tym, że wszystko tak naprawdę jest jednym, ale poza garstką naukowców-dziwolągów nikt się tym w zasadzie nie przejmuje. Nikt nie zwraca na to uwagi. Każdy człowiek żyje sobie normalnie, jak dotąd. Obchodzi go przede wszystkim własny nos, własny los, własne problemy, własne dzieci, własna praca, własny samochód, urlop, konto w banku, itd. Od czasu do czasu (ten, co bardziej wrażliwy i uczynny) zaangażuje się w jakąś pożyteczną akcję społeczną, da na WOŚP, wpłaci grosik na specjalne konto, aby dołożyć się do kosztów operacji czy leczenia chorego dziecka. Tym samym zafunduje sobie dobre samopoczucie i podbuduje poczucie własnej wartości. Ale ciągle świat się obraca w polu JA – ONI.

Dla nad wydajnego umysłu pojęcie JA w zasadzie nie istnieje. A nawet jeśli, to jest gdzieś tam, daleko, na szarym końcu. Jest tylko jedno najważniejsze i nadrzędne słowo – MY.

Aby lepiej, jaśniej wytłumaczyć to, co czuję, posłużę się pewną analogią. Wyobraź sobie jedną, maleńką komórkę ludzkiego ciała. Wyobraź ją sobie jako zupełnie odrębny twór – taką małą, skomplikowaną fabrykę, która przetwarza mnóstwo rzeczy i posiada nawet mikroskopijną elektrownię. Obok tej komórki znajduje się kolejna, troszeczkę inna, choć bardzo podobna. Ale ta druga ma inną specjalizację. Obie myślą, że są zupełnie odrębnymi tworami. I w zasadzie… mają rację. Każda z nich ma swoje własne „ja”, bo każda z nich żyje własnym życiem. Pewnego dnia powstały, teraz wytrwale pracują robiąc to, co do nich należy. A po jakimś czasie zestarzeją się i umrą. Zastąpią je inne, młode komórki, które organizm wyprodukuje.

Gdy każda z komórek pracuje bez zarzutu, organizm jest silny i zdrowy. Lecz gdy coś pójdzie nie tak i jedna z komórek zezłośliwieje, a osłabiony organizm jej nie zlikwiduje, zarazi ona kolejne komórki (te w jej najbliższym otoczeniu) i rozpocznie się proces nowotworowy. A więc wojna. Tkanka nowotworowa rozrasta się zajmując i niszcząc coraz to nowe obszary. W końcu dochodzi do przerzutów i organizm umiera.

Komórka nowotworowa nie posiada świadomości tego, że jest jedynie częścią, elementem większego i bardzo złożonego świata. Ciągle się namnaża i chce zagarnąć wszystko dla siebie. Cały organizm. Nie ma świadomości tego, jak wielkie spustoszenie czyni. Nie ma też zdolności przewidywania i nie wie, że jeśli nie przestanie, to wkrótce umrze wraz z całym organizmem.

A co by było, gdyby pewnego dnia wszystkie komórki ludzkiego ciała zyskały niezwykłą świadomość bycia JEDNYM organizmem? Taka komórka powiedziałaby wtedy: „Nie, już nie jestem komórką. Teraz widzę, że jestem CZŁOWIEKIEM. Jaki byłby wtedy sens niszczyć inne komórki? Przecież to tak, jakby niszczyć samego siebie!

Tak samo jeden maleńki trybik mógłby o sobie powiedzieć – jestem zegarkiem!

A co, gdyby pewnego dnia każdy człowiek żyjący tu, na Ziemi, poczuł podobnie? Co, gdyby zniknęło poczucie odrębności? A może nie, nie zniknęło. Po prostu odsunęło się na dalszy plan. Ego nie musi przeszkadzać, gdy ustawi się je na właściwym miejscu w hierarchii.

Jednia

Piąty wymiar (jak to nazywam) łączy ze sobą wszystkie pojedyncze elementy z których składa się wszechświat i spaja je w jedną, nierozerwalną i współzależną całość. Trudno to opisać, bo brakuje odpowiednich słów i pojęć. Może trzeba je dopiero wymyślić? Nie potrafię precyzyjnie ubrać w słowa tego, co czuję. Ale przychodzi mi teraz do głowy jedno zdanie: „jestem wszechświatem”.

Poczucie tak silnej jedności z tym, co mnie otacza, determinuje całe moje istnienie. To dlatego my, nadwydajni, wciąż ratujemy, ulepszamy i naprawiamy świat. Bo to tak, jakbyśmy ratowali, ulepszali i naprawiali samych siebie. Gdy widzę, że ktoś cierpi, ja też cierpię. Gdy ktoś potrzebuje pomocy, to pomagam, bo to tak, jakbym pomagała samej sobie. Gdy widzę, że ktoś coś robi (ślamazarnie i nieudolnie), a ja znam sposób, żeby zrobić to lepiej, trudno mi się powstrzymać, aby nie zrobić tego za niego.

Gdy sąsiad zaśmieci całe podwórko niedopałkami od papierosów, to ja idę i sprzątam. Nie, nie sprzątam za niego. Sprzątam dla siebie. Bo to też moje podwórko, a ja chcę mieszkać w czystym miejscu. Wszędzie, gdziekolwiek jestem, podnoszę z ziemi puszki i butelki, i wrzucam je do kosza. Mówią mi: „Po co ty to robisz? `Przecież od tego są specjalne służby porządkowe.” Wiem, że są (odpowiadam w myślach), nie jestem głupia. Ale te służby są jakoś mało wydajne. Poza tym… sprzątam swój dom. Co w tym złego? Ziemia jest moim domem. Chcę, żeby była czysta. Po prostu staram się dbać o mój dom. Nic nie poradzę, że rozumiem pojęcie domu trochę inaczej, szerzej nieco, niż przeciętny człowiek. Wiruję na powierzchni niewielkiej skały, która krąży w nieskończonej przestrzeni wokół gwiazdy zwanej Słońcem i która jest moim jedynym schronieniem. Czuję to całą sobą, przez cały czas. Czasem mam wrażenie, że moja świadomość sięga odległych krańców galaktyki.

Obserwuję ludzi wokół mnie i czuję się tak, jakbym żyła w jakiejś rzeczywistości równoległej. Albo postrzegała świat istniejący jeszcze w jakimś dodatkowym, piątym wymiarze. Wiem, że absolutnie wszystko, co mnie otacza, jest jednością. Ja to czuję. Od zawsze. Urodziłam się z tym.

Dlatego traktuję każde istnienie (nie ważne, czy ożywione, czy nie) tak, jak sama chciałabym być traktowana – z szacunkiem, miłością, troską, ze współczuciem i zrozumieniem. Po prostu nie umiem inaczej. Każde inne działanie byłoby nielogiczne i sprzeczne z moją naturą.

Gdyby ten świat składał się z nadwydajnych, nie byłoby wojen, a sądy i policja przestałyby być potrzebne. Ale gdybym to komuś otwarcie zakomunikowała, to by mi powiedział, że jestem naiwna, że to niemożliwe, czysta utopia. W czterowymiarowym świecie – tak, zgodzę się. Ale piąty wymiar załatwia wszystko. I to, co dla jednego jest utopią, dla innego jest normą. Ot, tak, po prostu.