Firewalking – czyli chodzenie po rozżarzonych węglach

Był 2002 rok. Kwiecień. W niewielkim schronisku w górach udało nam się zorganizować spotkanie dla niewielkiej grupy osób. Cel tego spotkania można by określić jako „doświadczanie innych stanów świadomości”. Zaplanowaliśmy na ten czas sesję regresji hipnotycznej, świadome przechodzenie przez proces śmierci, taniec transowy, saunę indiańską (sweat lodge), spotkanie ze swoim duchem opiekuńczym i wiele innych zadań.

Spotkanie to prowadził mój znajomy szaman, człowiek kompetentny i doświadczony. Wiedziałam, że planuje na zakończenie chodzenie po rozżarzonych węglach. Ale ponieważ uczestnictwo w poszczególnych sesjach było całkowicie dobrowolne, mogłam w tym uczestniczyć, albo nie. Nikt mnie nie namawiał ani tym bardziej do niczego nie zmuszał. I o ile z początku nie negowałam tego jakoś bardzo, zastanawiałam się, rozważałam możliwość, a może by jednak? To bardzo szybko zmieniałam zdanie, gdy zobaczyłam jak to na żywo wygląda.

Ognisko paliło się przez dwa dni non stop. Podczas gdy my doświadczaliśmy dziwów w specjalnie przygotowanej do tego sali, poproszone przez nas osoby ciągle dorzucały drewno do ogniska. Żeby przygotować ścieżkę po której można przejść, trzeba spalić coś koło tony drewna.

Potraficie sobie wyobrazić, jak takie ognicho wygląda? Jest przeogromne!!!

Gdy to zobaczyłam, zwątpiłam od razu. Powiedziałam sobie: „O nie, moja droga! Żadnych takich hec! Masz wystarczająco dużo problemów, żeby jeszcze wylądować w szpitalu z poparzonymi nogami.” I oznajmiłam wszystkim, że ja w tym zbiorowym samobójstwie uczestniczyć nie zamierzam. Usadowiłam się wygodnie gdzieś z boku i cichutko siedząc obserwowałam rozwój dalszych wydarzeń.

Żeby można było chodzić po rozżarzonych węglach, trzeba najpierw rozgrabić ognisko i przygotować kilkumetrowej długości ścieżkę. I tu pojawił się pewien problem, bo żar od ogniska bił taki, że nie można było do niego podejść na odległość półtora metra (żarzące się węgle mają coś koło 600 – 800 stopni Celsjusza).

Trzeba było przywiązać grabie do ponad dwumetrowej długości kija i wtedy pomalutku prace zaczęły się posuwać na przód. Żarzące się węgle rozgrabiono. W końcu ścieżka była gotowa. Miała może ze cztery metry długości i około 70 cm szerokości. Ponoć powinna być dłuższa i szersza, ale nie mieliśmy więcej drewna do spalenia. Jak się wkrótce okazało, te cztery metry w zupełności wystarczyły, aby na zawsze odmienić życie wielu osób.

Moje pierwsze wrażenie gdy zobaczyłam ścieżkę?

Dziwne uczucie niepokoju. Czułam, że za chwile wydarzy się coś niezwykłego. Cokolwiek to będzie, będzie niezwykłe. Stałam z boku ścieżki. Wtedy powiał wiatr i dmuchnął na ścieżkę. Lekko przestygłe (jak mi się wydawało) węgielki nagle rozbłysły jaskrawo-pomarańczowym światłem. W niektórych miejscach zapłonęły żywe języczki ognia. Wyglądało to upiornie, niczym droga do piekła – tak samo fascynujące co przerażające.

Najpierw oczywiście nasz prowadzący poinstruował nas co mamy robić i jak się zachowywać. Powiedział też czego nie robić, by nie zrobić sobie krzywdy (choćby to, że nogawki spodni muszą być podwinięte co najmniej do kolan, aby się nie zapaliły). A potem stanął przed ścieżką skoncentrowany i tak niezwykle pewny siebie, jakby zamierzał przejść po zwykłej desce rozłożonej nad strumykiem.

Przeszedł. Zaraz potem pokazał nam swoje stopy, na których nie było widać nawet śladu poparzeń. Zatkało mnie kompletnie. Paniczny strach, który czułam, zniknął nagle ustępując miejsca ciekawości. A może jednak się odważę? – po raz pierwszy zakołatała mi w głowie ta myśl.

Kolejne osoby z grupy wchodziły na ścieżkę i bezpiecznie przechodziły na drugą stronę. Wszyscy dokładnie oglądali swoje stopy. Nikt się nie poparzył. Za to niektórzy skarżyli się na to, że przez ten żar stopiły im się włosy na łydkach. Atmosfera stawała się coraz bardziej podniosła i niezwykła. Każda kolejna osoba, której udało się przejść, wybuchała tak wielką radością, że można by ten stan z powodzeniem określić euforią.

Wtedy ja też podjęłam decyzję, że ja też chcę przejść.

Dlaczego zmieniłam zdanie? Co mnie do tego skłoniło? Zadałam sobie pytanie – „Skoro oni przeszli i nic im się nie stało, to dlaczego ja mam tego nie zrobić? W czym jestem od nich gorsza? Skoro inni mogą, to dlaczego nie ja?” Kropką nad „i” była moja przyjaciółka, od wielu lat chorująca na stwardnienie rozsiane. W czasie tego spotkania nie czuła się najlepiej, bardzo słabo chodziła. Ale uparła się, że chce przejść i przeszła. Była pierwszą kobietą z grupy, która się odważyła. Drugą byłam ja.

Co czuje człowiek, gdy stoi przed ścieżką z żarzących się węgli? Przede wszystkim – gorąco. Buchający w jego stronę żar. Ledwie dało się wystać w odległości pół metra. Ale i tak zimny pot płynął mi stróżką po plecach. Ze strachu oczywiście. Potwornie się bałam. Stałam w kałuży wody totalnie przerażona. Miałam ochotę stamtąd uciec. Próbowałam słuchać, co prowadzący do mnie mówi i opanować emocje. Starałam się skupić na sobie, wyciszyć umysł. A potem jeszcze parę głębokich wdechów, wejście wgłąb własnego umysłu, koncentracja.

I wtedy miało miejsce najdziwniejsze 15 sekund mojego życia. W mojej głowie nagle odezwał się głos. Mój własny głos. A raczej dwa głosy, które zaczęły ze sobą prowadzić przedziwny dialog.

– Zrobisz to.

– Nie, nic z tego, nie dam rady!

-Dasz radę.

– Nie dam rady. Przecież tu potrzeba cudu!

– No więc ten cud się wydarzy i to będzie twój cud. Twój i tylko twój. Ty sama go dokonasz. A potem już zawsze będziesz czuła, że nie ma dla ciebie rzeczy niemożliwych.

– Dobrze, zrobię to, zrobię! Uda mi się!

Nagle poczułam spokój. Wszechogarniający mnie spokój. Spokój totalny i absolutny. Nigdy wcześniej ani nigdy potem już czegoś takiego nie czułam. I pewność, że mogę to zrobić. I że mi się uda. To było coś absolutnie niezwykłego!

Wkoło rozlegał się rytmiczny głos bębna. I wtedy właśnie usłyszałam cichy głos prowadzącego: „Idziesz!”

Dotknął delikatnie moich pleców, dając mi tym samym sygnał, że już czas. W jakiś przedziwny sposób wyczuł, że jestem gotowa, by to zrobić. Zupełnie, jakby słyszał tę całą rozmowę, która miała miejsce w mojej głowie.

Pierwszy krok…

Czas się zatrzymał, dźwięki przestały dźwięczeć, wszelki ruch wokół zamarł.

A ja szłam. Nie czułam nawet gorąca. Nie czułam niczego. Byłam maksymalnie skoncentrowana na sobie i na tym, by po prostu iść. I nie bałam się już. Wiedziałam, że nic mi się nie stanie. Po prostu wiedziałam! Czułam to! I ta pewność była we mnie tak potężna, że w tym stanie mogłabym zrobić chyba wszystko.

Żaden, ale to absolutnie żaden człowiek nie wejdzie na ścieżkę z żarzących się węgli, jeśli nie wytworzy w swoim umyśle tego stanu absolutnej pewności. Pewności, że nic złego mu się nie stanie. Gdyby tej pewności nie wytworzył, po prostu nie zrobiłby tego pierwszego kroku. Natura tak nas zaprogramowała, że odruchowo unikamy gorąca. To się nazywa „odruch bezwarunkowy”. Mamy w genach zaprogramowane, by uciekać przed ogniem. I wydawałoby się, że z poziomu świadomości nie mamy na to żadnego wpływu. Ale, jak się przekonałam na własnej skórze, mamy na to wpływ! Mamy wpływ na wszystko! Umysł człowieka jest POTĘŻNY !!!

Nauka, w tym konkretnym przypadku fizyka, wyjaśnia wiele. Jeśli ścieżka nie jest zbyt długa, a kroki stawia się szybko, ryzyko poparzenia jest bardzo niewielkie ze względu na niskie przewodnictwo węgla. Tylko że ja tego wtedy nie wiedziałam. A nawet, gdybym wiedziała, niczego by to pewnie nie zmieniło, bo teoria teorią, a praktyka to zupełnie co innego. Zresztą nie miało to znaczenia czy ścieżka miałaby dwa, trzy czy pięć metrów. Gdy próbujesz wejść bosymi stopami do świeżo rozgrabionego ogniska, znaczenie ma sam fakt, że się na to decydujesz i że jesteś w stanie uwierzyć, że możesz, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Tu chodzi o pokonanie własnych lęków i ograniczeń. O udowodnienie sobie, że przy odpowiedniej motywacji wszystko jest możliwe.

To doświadczenie dało mi bardzo wiele. Miałam generalnie trudne życie, ale gdy tylko przychodziło zwątpienie, kryzys, zawsze przypominał mi się ten moment, gdy robiłam pierwszy krok. I to uczucie euforii, gdy zwycięsko schodziłam ze ścieżki z żarzących się węgli. Wracała mi odwaga, nadzieja, wiara w siebie. I zawsze wtedy mówiłam sobie: „Po ogniu chodziłaś, a z tym sobie nie poradzisz?” Od tej pory wiedziałam, że poradzę sobie ze wszystkim. Już zawsze.

Wiara we własne siły to niezwykle przydatne narzędzie. To piękny dar, na który zapracowałam swoją własną determinacją i odwagą. Bardzo pomaga żyć. I to doświadczenie taką wiarę we własne siły mi dało. Wszystkim gorąco polecam. Piękna przygoda, a wspomnienia i doświadczenia z tamtego czasu – bezcenne!

O odwadze bycia sobą

Zawsze uważałam się za osobę dość odważną i mało podatną na wpływy otoczenia. Od dziecka byłam „inna”. Odporna na modę, głupie pomysły rówieśników, bezsensowne wymagania ze strony nauczycieli i rodziców. W szkole uczyłam się tylko tego, czego chciałam się uczyć i co sama uznawałam za interesujące, wartościowe i mogące się przydać w życiu. Całą resztę traktowałam jak zło konieczne, zbędny balast niepotrzebnie obciążający już i tak „zapchany” wszelką wiedzą nadwydajny mózg.

Zawsze żyłam „pod prąd”. Na tyle wyraźnie, że dawało mi to pewne poczucie wolności. Ale z drugiej strony na tyle rozsądnie, że nie pakowałam się w kłopoty idąc w zaparte. Zawsze wiedziałam kiedy odpuścić, gdy robiło się gorąco.

Całe życie szukałam balansu między tym, kim naprawdę jestem, a kim muszę być, aby społeczeństwo ogólne pojęte mnie akceptowało. By móc jakoś wtopić się w tłum, moje „dziwactwa” musiały być do przyjęcia. Musiałam mieścić się w granicach szeroko pojętej normy.

Zawsze ubierałam się w to, co ciepłe i wygodne, a nie w to, co ładne i modne. Tylko raz w życiu założyłam buty na szpilkach, a potem od razu wyrzuciłam je do kosza. To samo zrobiłam z pierwszym biustonoszem, który podarowała mi moja ciocia. Nie cierpię biustonoszy. Nigdy ich nie nosiłam i już raczej nie zacznę.

Jest mi kompletnie wszystko jedno w co jestem ubrana. Potrafię się czuć dobrze we wszystkim. Mogę chodzić nawet w worku na kartofle, pod warunkiem, że mi będzie w nim wygodnie.

Nie czuję dyskomfortu (i nigdy nie czułam), że jestem gorzej ubrana niż inne dziewczynki (czy w dorosłym już życiu) kobiety. Mam to w nosie, co inni ludzie o mnie myślą. Jestem (i zawsze byłam) totalnie odporna na krytykę, wyzwiska, złośliwe docinki, wyśmiewanie, zawstydzanie, itp. I zawsze się zastanawiałam skąd u mnie, takiej nadwrażliwej osoby, taka totalna obojętność na to co myślą i mówią o mnie inni? Bez wątpienia już się z tym urodziłam, bo pamiętam to nawet ze szkoły czy z własnego, przydomowego podwórka.

Mam więcej książek niż ubrań. Całe półki. Zwłaszcza tych, z nutami. Nie chodzę do fryzjera (od zawsze noszę prosto obcięte, półdługie włosy, które dla wygody zaplatam w warkocz. Nie farbuję włosów. Nie mam lakieru do paznokci ani kosmetyków do robienia makijażu. Nie czuję takiej potrzeby, aby się sztucznie upiększać. Staram się dbać o higienę, aby zawsze być czystą, wyglądać świeżo i neutralnie pachnieć. I tyle. Tak więc nie przypominam typowej kobiety. Zresztą… nie jestem jakoś bardzo przywiązana do swojej płci. Jest mi ona raczej obojętna.

Często słyszałam od innych kobiet, że pewnego dnia to się zmieni. Gdy młodość zacznie przemijać, to wtedy zacznę się malować, chodzić do fryzjera itp. Za parę dni kończę 47 lat. I nic. Wciąż lubię swój naturalny wygląd. I nie czuję potrzeby, aby cokolwiek w nim zmieniać. Tak naprawdę jest mi zupełnie obojętne jak wyglądam. I tak… to jest wolność. Gdy nie czuję się emocjonalnie uzależniona od opinii innych ludzi na mój temat.

Jeśli próbuję trzymać się jakichś standardów, kanonów, to kryje się za tym tylko (i aż!) zdrowy rozsądek. Zrobię dla ludzi więcej, jeśli będą mnie postrzegać jako osobę neutralną ( w swoich poglądach, zachowaniu, sposobie bycia, sposobie ubierania się). Trudno zaufać osobie, która zbyt mocno odbiega od przyjętych norm. Ludzie boją się inności. Od wszelkiej maści „dziwolągów” wolą się trzymać z daleka. Albo… spalić to coś na stosie. Kiedyś płonęły stosy podsycane drewnem. Teraz wymyślono hejt w internecie. Jedna cholera.

Balans. Równowaga między tym, kim naprawdę jestem, a tym, czego wymaga bycie i współistnienie międzygatunkowe na planecie zwanej Ziemią. To tak z grubsza, jeśli chodzi o sprawy powierzchowności.

Moje zachowanie i postępowanie w sytuacjach tak zwanych trudnych, kryzysowych, wymagających odwagi, determinacji i pomysłowości, to już zupełnie inna bajka. Tu moje odstawanie od normy jest już zdecydowanie bardziej widoczne. Tu pozwalam sobie na więcej. Jestem bardziej sobą. Choć nawet i tu czasem muszę się hamować, bo gdy przesadzę, ludzie często rozumieją moje zachowania opatrznie. Nie mieści im się w głowie na przykład, że można być aż do tego stopnia bezinteresownym. Zaraz zaczynają się dopatrywać jakiegoś ukrytego motywu (np. ona to robi, bo na pewno czegoś ode mnie chce, tylko jeszcze boi się powiedzieć). Ale ten problem dotyczy na szczęście tylko dorosłych. A ja nie dla nich tu przyszłam.

Mam fantastyczną pracę, która pozwala mi się wspaniale realizować. Stały kontakt z dziećmi daje możliwość wpływania na ich rozwój. Mam wiele cudownych doświadczeń w pracy z młodzieżą. Obserwowanie, jak dzieci pod wpływem rozmów ze mną się zmieniają, nabierają pewności siebie, wzrasta ich poczucie własnej wartości, jak odblokowują się w nich z dawna skrywane emocje, odnajdują w sobie odwagę, aby np. postawić się toksycznemu rodzicowi. Jestem przy nich i wspieram je całym sercem, gdy powoli uczą się wytrwałości, dokładności, cierpliwości, samodzielności, asertywności, odpowiedzialności. Patrzę, jak przy moim wsparciu wygrywają kolejne małe-wielkie bitwy swego młodego życia, i wtedy czuję, że moje istnienie tutaj ma sens. Ktoś musi im przecież to wszystko pokazać, że można inaczej. Normalnie.

Tak bardzo tęsknię za taką NORMALNĄ normalnością.

To, co widzę tu, na Ziemi, to z reguły patologia. W każdym razie ja tak to odbieram. Z zaznaczeniem, że patologia powszechnie występująca nie staje się normą i nigdy nie powinna być rozumiana jako normalność. Jest jedynie powszechnie występującą patologią.

Każdy, najmniejszy nawet kroczek, aby to zmienić, to wielki sukces. Staram się więc robić jak najwięcej małych kroczków.

Dobroć nie jest postrzegana w obecnym świecie jako walor, a raczej jako słabość i naiwniactwo. W rzeczywistości, która mnie otacza, trzeba mieć cholerną odwagę, by być dobrym (w pełnym znaczeniu tego słowa).

Gdyby złota rybka podarowała mi jedno i tylko jedno życzenie na moje 47 urodziny, poprosiłabym ją o odwagę. Abym miała jej jeszcze więcej. I aby mi jej nigdy nie zabrakło.

Stare dusze

Stara dusza jest jak owca w wilczej skórze. Gdyby nie przebranie, wilki dawno by ją zjadły. Trudno o gorszy rodzaj samotności.

Stare dusze są naprawdę stare. I zmęczone. Zmęczone od zawsze, od chwili narodzin. To zmęczenie nie wynika bynajmniej z samej długości istnienia i wielokrotnego wcielania się, a raczej z mnogości oraz intensywności ostatnich doświadczeń. Bo im starsza dusza, tym więcej bierze sobie na głowę. Jest w stanie naprawdę dużo znieść, poradzić sobie z tym, z czym młodsza dusza nie dałaby rady. Dlatego stare dusze bardzo często wybierają dla siebie patologiczne domy, toksycznych rodziców, nieuleczalnie chore lub uszkodzone ciała, traumatyczne doświadczenia przemocowe, nieudolnych i pozbawionych empatii rówieśników i nauczycieli. A często wszystko to na raz. A więc takie warunki, w których funkcjonuje się naprawdę ciężko.

Ale nawet wtedy, gdy doświadczają naprawdę podłego traktowania, nigdy nie odpłacają tym samym. Stara dusza często wybiera dla siebie takie doświadczenia, aby przerwać łańcuch wielopokoleniowych okaleczeń spowodowanych przekazywaniem agresywnych i toksycznych zachowań z pokolenia na pokolenie. Stara dusza, choćby najgorzej traktowana w dzieciństwie, sama nigdy nie będzie źle traktowała własnych dzieci. Ona bez problemu poradzi sobie z toksycznymi wzorcami zachowań wyniesionymi z dzieciństwa. Bardzo szybko zda sobie sprawę, że takowe posiada i pozbędzie się ich nieustannie pracując nad sobą. Bo stare dusze są nieznośnie samoświadome. I tak samo wyczulone na to, co nie jest zgodne z ich własnym, wewnętrznym, moralnym kompasem.

Stare dusze często „biorą sobie na łeb” niezwykle trudne doświadczenia. Bo w tych łatwiejszych już dawno się sprawdziły i dały radę. Potrzebują nowych poziomów i wyzwań. Podnoszą zatem poprzeczkę. Jak zwykle, do granic możliwości i wytrzymałości. Bo tylko w ten sposób może się dokonać dalszy rozwój. To jest swoisty duchowy trening. A czasem wręcz istny maraton.

A oprócz załatwiania swoich własnych, niedokończonych ziemskich spraw, mają tu jeszcze trochę innej roboty do zrobienia. Czasem pomagają, czasem uświadamiają, czasem pokazują, że można coś zrobić lepiej, inaczej, podsuwają inne, ciekawe rozwiązania. Ale też jakże często po prostu są obok kogoś, kto potrzebuje pomocy, zwykłego wysłuchania i wsparcia, akceptacji, nieoceniania i nieszufladkowania. Stare dusze mają ogromnie dużo współczucia dla innych. Bo wiedzą jak to jest. Przecież one same już dawno to wszystko przerabiały. One już kiedyś szły tą drogą. Pamiętają jak jest ciężko czasami. Są wyrozumiałe, niezwykle przyjazne, neutralne i nieoceniające. Sprawiają, że ludzie czują się przy nich bezpiecznie. Nie mają też pokus, aby kogoś celowo zranić, wykorzystać czy komuś zaszkodzić. Przecież to kompletnie nie miałoby sensu.

Ale przede wszystkim zadaniem starej duszy jest pokazać, że bardzo wiele można osiągnąć bez używania agresji, przemocy, manipulacji, podstępu, rywalizacji, jedynie dzięki współpracy.

Stare dusze często pamiętają swoje poprzednie wcielenia. Ale nikomu o tym nie mówią. Zostałyby wyśmiane i niezrozumiane. Mogłoby to również narazić je na ataki ze strony osób o radykalnych poglądach religijnych. A zatem nieprzyjemności w pracy czy w rodzinie. Na to nie mogą sobie pozwolić, bo w końcu stara dusza nie funkcjonuje w totalnym oderwaniu od świata. Wręcz przeciwnie, ona inkarnowała tu właśnie po to, aby pomagać młodszym duszom. Musi więc zachować czujność i odsłonić się tylko na tyle, na ile to konieczne. A bardzo często jest w ten czy inny sposób zależna od takich osób. Dlatego temat poprzednich wcieleń jest w ich życiu tematem tabu, z konieczności i z wyboru, choć bardzo by chciały, aby było inaczej. Zachowują więc tę wiedzę wyłącznie dla siebie.

Stare dusze mają też swoją własną, prywatną „infolinię” do spraw duchowych. Gdy same potrzebują pomocy bardzo często dostają „podpowiedzi” w postaci niezwykłych snów, przeczuć, przebłysków intuicji, albo wiedzy, która nagle pojawia się w ich głowach sama, nie wiadomo skąd.

Stare dusze mają w sobie ogromne pokłady cierpliwości i zrozumienia. Nawet, jeżeli czasem się złoszczą, to robią to tylko powierzchownie, „pod publiczkę”, bo normalny człowiek zezłościłby się w takich okolicznościach. A stara dusza pragnie wtopić się w tłum niezauważona. Stara się wyglądać i zachowywać normalnie. Ale tam w środku, głęboko, zachowuje spokój. Doświadcza bowiem tego poziomu zrozumienia rzeczywistości, który rozpuszcza pojawiający się strach. W końcu wszystko wokół jest swoistą iluzją. Prawdziwą i ważną, ale jednak iluzją.

Ale najłatwiej rozpoznać starą duszę po jej oczach. Jej oczy, zawsze tak dobre i łagodne, uśmiechają się do świata pełne wdzięczności, szacunku i pokory. Zawsze.

„Karuzela myśli” – jak ją zatrzymać, zrelaksować się i szybko zasnąć wieczorem?

Ten temat i problem dotyczy każdej osoby nadwydajnej mentalnie. Mnie również dotyczył. Przez niemal całe moje życie miałam poważny problem z zasypianiem wieczorem. Mój mózg zawsze i niestrudzenie coś mieli. Rozgałęzione myślenie potrafi jedną prostą myśl rozbuchać i rozniecić z niej pożar w mojej głowie. Pożar, który trudno ugasić i który zdaje się trwać w nieskończoność. Dla nadwydajnego niedospana czy nieprzespana noc, to normalka.

Próbowałam stosować zalecane przez lekarza techniki relaksacyjne (świadome oddychanie, medytacja), ale to nie pomagało. Wręcz dawało odwrotny skutek. Zwłaszcza technika wdech przez nos i wydech ustami wręcz doprowadza mnie do szału, irytuje, męczy. Długo próbowałam, naprawdę się starałam, ale to działa na mnie odwrotnie niż powinno. Może i na typowy mózg to działa dobrze, ale na mój nie.

Jako, że osoby nadwydajne są uznawane (nie bezpodstawnie) za bardzo kreatywne, postanowiłam sama poszukać czegoś, co zadziała na mój mózg i pozwoli mi go uspokoić, wyciszyć. I po wielu próbach – udało mi się. Ale to skomplikowane. Trzeba zadziałać na wielu płaszczyznach jednocześnie. Ale w moim przypadku zdziałało to cuda, więc było warto. Od roku przesypiam spokojnie całe noce, a samo zasypianie z kilku godzin skróciło mi się do 15-30 minut. Karuzela myśli w mojej głowie zatrzymuje się niemal od razu, jak na rozkaz.

Zmiana diety

To pierwsza rzecz, która bardzo mi pomogła. Mocno ograniczyłam w swojej diecie spożycie prostych węglowodanów, a już niemal zupełnie wyeliminowałam cukier. Żadnych ciasteczek, cukierków, słodzonych napojów. Żadnych słodzonych jogurtów, ani produktów, które mają dodany „ukryty cukier” (np. kechaup). Wiem, to okrutne. Ale co ja zrobię, że pomaga?

Cukier to mega pożywka dla mózgu. Hiper-paliwo, które dodatkowo jeszcze rozpędza i tak już nadwydajny i nadreaktywny mózg. Tak więc im mniej cukrów prostych w naszej diecie, tym lepiej.

A odkryłam to zupełnym przypadkiem. Otóż rozchorowałam się dosyć poważnie półtora roku temu i lekarz dał mi ostre zalecenie zmiany diety na przeciwzapalną (zero cukru, zero mleka, zero pszenicy). Tak więc zaczęłam tę dietę stosować zupełnie z innych powodów niż nadwydajność (o której wtedy nawet jeszcze nie wiedziałam). Po miesiącu stosowania takiej diety zauważyłam nieoczekiwane zmiany w funkcjonowaniu swojego ciała. Po pierwsze – ustąpiły całkowicie objawy astmy, z którą borykałam się od wielu lat. A także, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zniknęła gdzieś moja alergia na koty. Mimo alergii mam w domu dwa sierściuchy i strasznie mnie ta alergia męczyła. Musiałam ciągle brać leki antyhistaminowe. teraz przestałam, a o alergii zapomniałam. Do tego bardzo złagodniały dolegliwości ze strony układu pokarmowego (zespół jelita drażliwego), a czwarta i najbardziej zaskakująca – zaczęłam lepiej spać. Szybciej zasypiałam, nie budziłam się w nocy. Moje ciało odżyło.

Tak więc – to, jak się odżywiamy (czy nam się to podoba, czy nie), ma na nas ogromny wpływ! Sama, na własnej skórze się o tym przekonałam.

A teraz już przechodzę do konkretnych technik, które sama wymyśliłam i które regularnie stosuję, by zatrzymać „karuzelę myśli”, zrelaksować się i szybko zasnąć.

Serce olbrzyma

To moja ulubiona i najczęściej stosowana technika. Wpadłam na nią przypadkiem, obserwując sposób, w jaki znajoma usypiała na rękach swojego małego, ośmiomiesięcznego synka. Brała go na ręce, kładła go na sobie tak, że główkę maluch opierał na jej ramieniu, a potem, chodziła tak z nim po pokoju poklepując go delikatnie i rytmicznie po pleckach. Patrzyłam wtedy z niedowierzaniem, jak przed chwilą rozbiegany jeszcze i rozwrzeszczany maluch zasypiał w zaledwie kilka minut. To mi się wydawało aż niemożliwe. Zaczęłam wnikliwiej obserwować. To poklepywanie po pleckach… Miarowe, rytmiczne, spokojne. Od samego patrzenia na to robiło mi się jakoś błogo i spokojnie. To przypominało trochę rytm, w którym bije serce – dwa szybkie uderzenia i przerwa, a potem znowu to samo, powtarzane raz po raz.

Postanowiłam sama tego spróbować. Ale oczywiście musiałam wymyślić jakąś inną formę. Raczej marnie by to wyglądało, gdyby ktoś musiał mnie wieczorem oklepywać po plecach. Postanowiłam więc użyć wyobraźni i nieco tę technikę zmodyfikować.

Położyłam się wieczorem do łóżka na godzinę wcześniej, niż robię to zwykle. Sama, bez męża, aby móc się skoncentrować i aby nic mnie nie rozpraszało. Znalazłam wygodną pozycję. Wyobraziłam sobie, że znajduję się tuż pod sercem olbrzyma. Zaczęłam się wsłuchiwać w odgłosy jego bicia: puk! puk! – przerwa – puk! puk! – przerwa – puk! puk! – przerwa. Serce olbrzyma bije wolniej. Znacznie wolniej niż serce człowieka. A gdy już sobie wyobraziłam ten rytm, zaczęłam go delikatnie wystukiwać na przemian wskazującym i serdecznym palcem jednej ręki. Na początku pukałam delikatnie, ledwie zauważalnie w ramę łóżka, potem, po zmianie pozycji, już tylko w powietrzu. Dwa poruszenia palcami – przerwa. I tak w kółko. Starałam się skupić całą uwagę mojego mózgu na tym momencie, w którym znów zabije serce olbrzyma. Odkryłam, że na początku, ten fizyczny ruch palcami jest konieczny. Potem, gdy mój umysł powoli zaczyna się wyciszać, mogę już fizycznie przestać stukać, a jedynie wyobrażać sobie ten ruch. I to działa tak samo.

Za każdym razem, gdy mój mózg próbuje uruchomić myślenie i analizowanie, zawracam swoją uwagę na bicie serca olbrzyma. Wyczekuję kolejnego uderzenia. Po kilkunastu minutach moja głowa jest praktycznie pusta i przepływają przez nią jedynie strzępki bladych myśli.

Kolejną, bardzo ważną częścią tej techniki jest porzucenie jej w odpowiednim momencie. To znaczy, kiedy mózg jest już zrelaksowany. Wtedy pozwalam łagodnym myślom swobodnie przepływać przez mój umysł. Gdy zbyt mocno się skupiam na samej czynności zasypiania, zaczynam się znowu stresować i karuzela wraca. Nie zaśniesz, gdy za wszelką cenę będziesz starał się zasnąć. Wystarczy, że zrelaksujesz i oczyścisz swój umysł, a wtedy sen przyjdzie sam.

Technika serca olbrzyma bardzo mi też pomogła na pozbycie się jakże męczącego zespołu niespokojnych nóg, który mam od dziecka, a który dodatkowo utrudniał mi zasypianie. Gdy zaczynam powoli, równo i rytmicznie poruszać palcami w rytmie bicia serca olbrzyma, przymus poruszania stopą od razu znika.

W tym ćwiczeniu najważniejszy jest rytm. Musi być odpowiedni i cały czas taki sam. Mogłabym go opisać jako:

puk! puk! – jeden, dwa trzy – puk! puk! – jeden dwa trzy

Wypowiedzenie (w miarę szybkie) – jeden, dwa trzy – trwa mniej więcej tyle, ile czasu powinno minąć między jednym a drugim uderzeniem serca olbrzyma. Ja mam jeden, zawsze taki sam rytm, takie samo tempo. Ono się nie zgadza ani z rytmem w jakim oddycham, ani z biciem mojego własnego serca. Serce olbrzyma bije w swoim własnym rytmie niezależnie od niczego innego. Jeśli zmieniłabym je choć trochę, podejrzewam, że technika mogłaby nie zadziałać. W każdym razie to rytmicznie uderzanie palcami i skupienie na tym strumienia świadomości pozwala mi niemal natychmiast zatrzymać myślową karuzelę.

Oczywiście zdarzało mi się (zwłaszcza na początku), że czasem świadomość płatała mi figle i uparcie próbowała znów uruchomić karuzelę myśli. Ale to wymaga samodyscypliny. Gdy tylko poczułam, że znowu zaczynam o czymś intensywnie myśleć i tracę skupienie, natychmiast nakierowywałam znów swoją uwagę na bijące serce olbrzyma, a myśli wygaszałam. I tak do znudzenia.

Kołyska

Ta technika znowu wykorzystuje ruch. Tym razem ruch gałek ocznych. Zauważyłam, że podobny efekt ma na mnie wyobrażenie sobie (najlepiej w pozycji na wznak), że leżę w kołysce, która kołysze się na boki. Ale samo wyobrażenie ruchu nie wystarcza. Wzmacniam to wyobrażenie w ten sposób, że gdy zamknę oczy, zaczynam rytmicznie poruszać gałkami ocznymi raz w lewo, raz w prawo i na tym ruchu skupiam całą uwagę mojego umysłu. Zauważyłam, że czasem moja głowa bardzo delikatnie idzie za tym ruchem oczu i przesuwa się odrobinę (ledwie zauważalnie) w tę samą stronę. Oczy w lewo – głowa w lewo, oczy w prawo, głowa w prawo. I znowu – pełna koncentracja na tym właśnie rytmicznym ruchu. Świadomość momentu zawieszenia, próżni, pomiędzy jednym wahnięciem oczu, a drugim.

Potem, gdy umysł już się znacząco wyciszy i natrętne myśli przestają się pojawiać, poruszanie gałkami ocznymi przestaje być konieczne, a nawet jest trudne, bo ciało i umysł są już tak zrelaksowane, że poruszenie którąkolwiek częścią ciała zaczyna stanowić problem. Więc wtedy już tylko wyobrażam sobie, że poruszam oczami, aby utrzymać jeszcze przez chwilę ten efekt.

I znowu – ważne jest, aby wybrać odpowiedni moment na zaprzestanie ćwiczenia. Gdy umysł jest oczyszczony i spokojny, kończymy ćwiczenie i pozwalamy myślom swobodnie płynąć. Oczywiście tylko pod tym warunkiem, że są to łagodne, leniwe myśli, przepływające przez umysł spokojnie. Jeśli natrętne myśli powracają, całe ćwiczenie należy zacząć od początku.

Huśtawka

Technika bardzo podobna do kołyski, jednak tu wyobrażam sobie, że siedzę na huśtawce. Staram się skupić całą uwagę swojego umysłu na rytmicznych ruchać w przód i w tył. Towarzyszy temu minimalny ruch głowy w tył i w przód (na początku ćwiczenia). I dokładnie tak, jak to się dzieje, gdy huśtamy się na prawdziwej huśtawce, trzeba ciągle podtrzymywać ten ruch, aby huśtawka nam się nie zatrzymała. Odkryłam, że właśnie takie zapętlenie się na rytmicznym, ciągle powtarzalnym ruchu, działa na mój umysł najlepiej i najszybciej przychodzi wyciszenie natrętnych myśli. Ruch musi być rytmiczny, jednostajny, wciąż taki sam. I musi być moment przerwy między jednym, a drugim impulsem. Tak, ten element ruchu i przerwy jest moim zdaniem niezbędny i kluczowy, aby wyciszyć nadwydajny umysł. W każdym razie, aby wyciszyć MÓJ umysł. Bo na mnie to działa bezbłędnie.

Mieszanie technik

Zauważyłam, że bardzo dobry efekt daje też mieszanie wszystkich trzech technik. Gdy kładę się na boku, najlepiej działa na mnie serce olbrzyma. Ale gdy nie zasnę, zanim jestem zmuszona zmienić pozycję, wtedy zmieniam technikę. Gdy leżę na plecach, wtedy przestawiam się na kołyskę lub huśtawkę. Zauważyłam, że nawet po ciężkim i obfitującym w mocne wrażenia dniu, stosując te techniki zasypiam szybko i bez problemu. Czasem stosuję je również w ciągu dnia, gdy potrzebuję się wyciszyć.

W każdym razie – karuzela myśli już nie stanowi dla mnie problemu. Chociaż z tym sobie jakoś poradziłam.

Emocje

Osoby nadwydajne i wysoko wrażliwe cierpią z powodu emocji. Wszelkich emocji. Zarówno pozytywnych, jak i negatywnych.

Emocje towarzyszą nam zawsze i wszędzie. W czasie każdego spotkania z drugim człowiekiem, w czasie obcowania z przyrodą, nie mówię już nawet o oglądaniu filmów czy wiadomości w telewizji.

Osoba wysoko wrażliwa bardzo wszystko przeżywa, o wszystko się martwi. Nie potrafi przestać myśleć o zagrożeniach klimatycznych, o zanieczyszczeniu środowiska. Coś takiego, jak wojna, jest dla niej druzgocącą i niepojętą w swej głupocie i okrucieństwie abstrakcją.

Ale przeżywamy też mocno wszelkie kłótnie rodzinne, spory i nieporozumienia w pracy. Myślimy jak by tu załagodzić wszystkie waśnie. Często odruchowo ustawiamy się w roli mediatorów. Robimy wszystko, co w naszej mocy, aby wreszcie znowu zapanował spokój, harmonia i aby wszyscy wokół nas byli szczęśliwi. Bo wtedy będziemy mogli odetchnąć.

Powszechne jest mniemanie, że osoby nadwydajne i wysoko wrażliwe powinny za wszelką cenę unikać złych emocji, a bombardować się tylko tymi pozytywnymi. Że powinny w ogóle zrezygnować z oglądania wiadomości w TV, nie powinny oglądać horrorów, relacji z miejsc, w których toczy się wojna, itp. Natomiast ładować sobie do głowy pozytywne bodźce i wrażenia związane z pięknem natury, światem zwierząt, roślin, itp. Bo to niby pomaga. Pozwolę się z tym nie zgodzić.

Obserwując siebie i swój umysł od tylu lat stwierdzam, że nie jest to do końca prawda, że odcięcie się od negatywnych bodźców i emocji załatwia sprawę. Nie da się normalnie żyć w ten sposób. Nam, podobnie jak wszystkim innym ludziom, są potrzebne do życia wszystkie emocje. Nie można części z nich pomijać i wykluczać, bo takie życie byłoby bardzo dziwne, zubożałe i niepełne. To tak, jakby pewnego dnia stwierdzić, że kolor zielony i niebieski jest nieładny i nie chcę go oglądać. Wolę patrzeć na świat w ciepłych kolorach, a więc tylko czerwień, żółty i pomarańczowy będą odtąd oglądać moje oczy. Brzmi jak absurd, prawda? Nasz obraz i odbiór świata byłby wtedy przekłamany. Tak, jak potrzebujemy pełnego spektrum kolorów, by realistycznie odbierać otaczający nas świat, tak samo potrzebujemy doświadczania pełnego spektrum emocji, by właściwie go rozumieć.

Tak więc emocje same w sobie są ok. Wszystkie. Kluczem do zrozumienia jest tu słowo NADMIAR. Bo to nadmiar emocji nam szkodzi, nie emocje same w sobie. Nadmiar wszelkich emocji – i tych pozytywnych, jak i negatywnych. A wiem to stąd, że nie przespałam taką samą ilość nocy z powodu mielenia przez mózg i negatywnych jak i pozytywnych emocji. To, że ktoś nie może zasnąć, gdy obejrzy wieczorem horror, to się wydanie normalne. A co z pozytywnymi emocjami. Jak to działa? Oto przykład:

Moje spotkanie z ukochaną nauczycielką po latach, od ukończenia przeze mnie szkoły muzycznej. Ne miałyśmy ze sobą kontaktu ponad 20 lat. Nie wiedziała przez cały ten czas, że wybrałam ten sam kierunek, co ona i teraz sama uczę gry na fortepianie. Była taka szczęśliwa, gdy się o tym dowiedziała. To było cudowne spotkanie. I oczywiście wspominanie dawnych, szkolnych czasów. Popłynęło wiele łez. Łez szczęścia. Opowiadała mi, jak mnie zapamiętała z czasów, gdy pamięta mnie jeszcze jako dziewczynkę i uczennicę.

Opowiadałyśmy sobie co słychać u każdej z nas teraz, czym się aktualnie zajmujemy, jak wygląda nasze obecne życie. Powiedziałyśmy sobie wiele ciepłych, serdecznych słów. Wymieniłyśmy się przemyśleniami odnośnie naszej pracy.

Trudno o bardziej pozytywne emocje. Ta rozmowa tak pięknie, pozytywnie mnie nastroiła i naładowała, że… nie mogłam spać przez całą noc. Obrazy ze szkoły muzycznej wracały, przypominały mi się konkretne wydarzenia, które miały wtedy miejsce, ludzie, których tam spotykałam w czasie zajęć. Ta rozmowa uruchomiła lawinę wspomnień, która dosłownie zalała mój mózg. Efekt był taki, że przez cała noc nie udało mi się zasnąć, a rano podniosłam się z łóżka wyczerpana. Następnego dnia nie miałam siły i energii na nic. I to z powodu nadmiaru nie negatywnych, a pozytywnych emocji!

To samo się dzieje, gdy np. wieczorem, przed snem, posłucham sobie pięknej muzyki, obejrzę film przyrodniczy czy przejrzę stare zdjęcia mojego syna, z czasów, gdy był jeszcze dzieckiem. Wtedy też nie mogę zasnąć, bo te piękne i wzruszające obrazy zostają w moim umyśle i wciąż powracają z całą masą innych skojarzeń i wspomnień.

Dlatego w przypadku osób wysoko wrażliwych i nadwydajnych niezwykle ważna jest HIGIENA I DYSCYPLINA UMYSŁOWA, a także umiejętność wyciszania, wygaszania emocji.

Z czym się to u mnie wiąże? Na jakie rozwiązania sama wpadłam? Co na mnie działa? W dużym skrócie:

  1. Niemal całkowite wyeliminowanie z diety cukrów prostych. Cukier prosty (każdy!) jest hiper-paliwem dla mózgu. Przypadkiem na sobie odkryłam, że jego duże spożycie dodatkowo napędza i rozkręca nadwydajny mózg. Czuję ogromną różnicę w jakości pracy mojego mózgu, gdy rok temu diametralnie zmieniłam dietę i każdemu nadwydajnemu polecam tego spróbować. Mnie to bardzo pomogło.
  2. Żadnej ekspozycji na silne emocje wieczorem – moja żelazna zasada. Za dnia robię co chcę i oglądam co chcę. Po godzinie 21.00 zaczynam stopniowe wyciszanie emocji. To cały proces i trwa około dwóch godzin. Mam na to swoje własne sposoby. Np. siadam przy moim akwarium, patrzę na rybki. Obserwuję izopody w vivarium. Potem biorę się za robótki ręczne, a więc proste, mechaniczne czynności angażujące mózg tylko w minimalnym stopniu, a nieco utrudniające myślenie (np. liczenie oczek). Czasem coś rysuję, czytam książkę.
  3. Staram się kłaść do łóżka zawsze o tej samej porze. Nie przeglądam przed snem poczty, nie czytam wiadomości przed pójściem spać. Za to włączam sobie audiobook. Mam taki swój specjalny audiobook do zasypiania. Głos lektora (specjalnie dobrany) zaczyna na mnie działać kojąco, uspokajająco. Po około 15 minutach słuchania zasypiam i śpię jak niemowlę przez całą noc.

W szponach empatii

Nie bój się osób wysoko wrażliwych i nadwydajnych. Taka osoba nie zrobi ci krzywdy. A już na pewno nie zrani cię świadomie, z premedytacją i z rozmysłem. Wręcz przeciwnie. To właśnie osoby nadwydajne często padają ofiarami ludzi o mniejszej wrażliwości. My, nadwydajni, uparcie i naiwnie wierzymy, że skoro my nie widzimy sensu w ranieniu innych, to inni mają tak samo. Mierzymy wszystkich swoją miarką. Staramy się widzieć w ludziach tylko dobro. Bo po co skupiać się na tym, co złe?

Jak już wspomniałam w którymś w poprzednich wpisów, osoba nadwydajna nie potrafi żyć w oddzieleniu od innych istot. Cały świat postrzega jako jedną i nierozerwalną całość. A więc cierpienie każdej żywej istoty czuje tak, jak swoje własne. Nadwydajni nie widzą więc powodu, by ranić innych. Byłby to swoisty i niezrozumiały masochizm. Brak logiki. Bo dla nas zranić kogoś, to tak, jak zranić samego siebie. Jakakolwiek forma agresji skierowana w kogokolwiek (z tego punktu widzenia) nie ma sensu. Po co robić samemu sobie krzywdę?

Empatia nadwydajnych jest tak wielka, że czasem więcej z niej szkody niż pożytku. Przynajmniej dla nich samych. Nawet, jeśli bardzo tego nie chcemy, zarażamy się emocjami innych. Dlatego zawsze robimy wszystko, aby ludzie wokół nas byli szczęśliwi. Bo wtedy i nam jest dobrze.

Jest w tym jednak pułapka. Bo jeśli trafimy na osobę permanentnie nieszczęśliwą, egoistyczną i narcystyczną, ta osoba okazuje się być studnią bez dna. Taki ktoś pochłonie każdą dobroć, każdą pomoc, każde życzliwe słowo skierowane ku niemu, i dalej będzie mu mało. Dalej będzie nieszczęśliwy, a przy tym nie okaże nadwydajnemu najmniejszej nawet wdzięczności. Za to perfidnie obwini nadwydajnego, że nie potrafi go uszczęśliwić (tak, jakby to był jego obowiązek!) i obarczy odpowiedzialnością za swoje własne nieszczęście. Wmówi mu, że to jego wina. Wytknie mu jego nieudolność i beznadziejność.

Jakże często my, nadwydajni, czujemy się źli, głupi i obwiniamy siebie o całe zło tego świata. Choć tak naprawdę najmniej tego zła powodujemy.

To była dla mnie jedna z najtrudniejszych lekcji, jakich musiałam się nauczyć. Mianowicie uzmysłowić sobie, że każdy dorosły człowiek sam jest odpowiedzialny za swoje własne szczęście lub jego brak. I ja nie muszę się czuć winna, gdy w mojej obecności ktoś manifestuje swoje niezadowolenie. Teraz już to wiem, ale przez większość życia była to dla mnie abstrakcja. Zawsze to ja czułam się winna. Za wszystko.

Nie bez powodu wybrałam taki tytuł do tego wpisu. Bo to faktycznie tak jest. Często mam wrażenie, że jestem więźniem zbyt intensywnego odczuwania cudzych emocji. One mnie osaczają, męczą, przygniatają. Czuję się tak, jakbym dźwigała na swoim grzbiecie cały ból tego świata. Walczę z tym, staram się patrzeć na wszystko z dystansem, oddzielać się od cudzych emocji. Ale to nie jest proste. Czasem się udaje, czasem nie.

Udaje się wtedy, gdy wiem, że coś się wydarzy i mogę się do tego odpowiednio przygotować. Zaplanować przebieg danego wydarzenia (choćby z grubsza). Na przykład pogrzeb bliskiej osoby, wizytę w szpitalu itp. Są to wydarzenia trudne, ale przewidywalne. I można się do nich jakoś przygotować. Wtedy mogę zaplanować z góry stosunek do danego wydarzenia oraz własne emocje. Jeśli natomiast pewne sytuacje mnie zaskakują, wtedy jest gorzej. Empatia łapie mnie w swoje szpony i zaciska je na mojej szyi, a pazury wbija prosto w serce. Bo znów czuję nie swój ból, ale tak mocno, jakby był mój.

Szoda, że empatii nie można sobie czasem po prostu wyłączyć. Zrobić pstryczkiem „pstryk!” i przez chwilę nic nie czuć. Odpocząć od wszystkich możliwych emocji. Wyjechać na bez-emocjonalne wakacje. Może bezludna wyspa? Oj, pojechałabym.

Inteligencja emocjonalna

„Jesteś bardzo mądrą osobą” – często słyszę to stwierdzenie.

Nie wzięło się to znikąd. Rozsupłałam już tyle węzłów gordyjskich w swoim życiu, pomogłam tak wielu osobom, załagodziłam tyle konfliktów i sporów, naprawiłam tyle popsutych relacji, że naprawdę zaczynam w to wierzyć. Że jestem mądra. Bo chyba tym właśnie jest mądrość – umiejętnością tworzenia dobrej, przyjaznej przestrzeni wokół siebie, harmonijnej i szczęśliwej, oraz dobrych i serdecznych relacji z innymi ludźmi. A to dla nadwydajnego umysłu bułka z masłem. Jest to prawdopodobnie powiązane z tym, że mam bardzo wysoką inteligencję emocjonalną.

Co to oznacza? Czym wyróżnia się człowiek obdarzony wysoką inteligencją emocjonalną? Celowo użyłam słowa „obdarzony”, bo ja się z tym urodziłam. Miałam to od zawsze, odkąd tylko pamiętam. Wiedziałam co inne osoby czują, co myślą, co zamierzają zrobić, itp.

Bardzo wcześnie odkryłam, że jestem inna niż moi rówieśnicy. Pamiętam, jak moja pierwsza nauczycielka w szkole podstawowej powiedziała o mnie do moich rodziców (przy okazji wywiadówki), że jestem bardzo dojrzała jak na swój wiek.

Poruszanie się w świecie emocji, to mój żywioł. Gdy rozszyfrowuję co dzieje się w umyśle drugiego człowieka, czuję się jak ryba w wodzie. Sama mam bardzo łatwy dostęp do swoich emocji. Widzę je wszystkie jak na dłoni, doskonale je rozumiem, potrafię każdą precyzyjnie nazwać i odkryć dlaczego się we mnie pojawiła. A także we właściwy i bezpieczny (dla siebie i otoczenia) sposób rozładować te, które mogą wpływać na mnie źle. To się ponoć nazywa – właściwe zarządzanie emocjami.

Wiele sytuacji powoduje, że pojawia się w nas więcej niż tylko jedna emocja na raz. Przecież można czuć irytację, smutek, bezradność i rozczarowanie w tym samym czasie. Często jedna z emocji jest w danej chwili dominująca. A czasem wszystkie pojawiają się w umyśle z taką samą siłą. I ja to wszystko jestem w stanie zauważyć nie tylko w swoim umyśle, ale też w każdym innym.

Ludzie są bardzo różni. Jedni bardziej skomplikowani, inni prości. Jeszcze inni wręcz prymitywni.

Boję się prymitywnych ludzi. Z tymi mam najgorszy kontakt i najtrudniej mi ich zrozumieć. Ci żyją zwykle w swoim dwuwymiarowym, czarno-białym świecie, nie potrafią dostrzec żadnych odcieni szarości, ani zaakceptować innego sposobu myślenia, niż tylko ich własny. Bardzo trudno ich uspokoić, gdy są emocjonalnie wzburzeni. Logiczne argumenty do nich nie trafiają. Czasem trzeba improwizować, aby jakoś ujść z życiem, gdy prymitywna jednostka wpada w destruktywny szał. Wtedy zwykle z pomocą przychodzi mi moja intuicja i podpowiada sposób reakcji.

Gdy po raz pierwszy spotykam jakąś osobę, zwykle potrzebuję kilku minut zaledwie, aby się zorientować z kim mam do czynienia. Określić poziom inteligencji, elastyczność, tolerancyjność danej osoby, jej życiowe preferencje czy ambicje. Lubię wiedzieć o ludziach na tyle dużo, by ocenić (na własny użytek), czy kontakt z taką osobą jest dla mnie bezpieczny, czy nie. Czy będzie trudny i wymagający stałego skupienia uwagi (żeby przypadkiem nie powiedzieć czegoś, co natychmiast eskaluje w poważny konflikt), czy raczej bezproblemowy.

W mojej pracy spotykam się z różnymi typami ludzi. Z różnych środowisk i różnych warstw społecznych. Z każdą osobą staram się znaleźć wspólny język. Bywają jednak tacy klienci, że już po kilku zamienionych z nimi zdaniach rezygnuję z potencjalnej współpracy. Bo od razu wiem, że z tym człowiekiem będą kłopoty. Czasem wystarczy, że spojrzę na daną osobę (na jej wyraz twarzy, spojrzenie, mimikę, gesty, mowę ciała), a od razu wiem, że nie chcę mieć z tą osobą do czynienia. Ona nawet ust nie musi otwierać, a ja już wiem. Najczęściej jednak ta osoba otwiera zaraz potem usta i to, co mówi, tylko potwierdza moje wcześniejsze odczucia. Na ogół jednak relacje ze wszystkimi moimi klientami układają się dobrze, poprawnie, a nawet często przekształcają w miłe wieloletnie znajomości.

Odkryłam, że potrafię dostosowywać swój sposób zachowania, mówienia, nawet gestykulacji, do każdego indywidualnego rozmówcy. Nie ważne, czy jest to dziecko, czy osoba dorosła. Gdy mam do czynienia z kimś o bardzo wysokim potencjale energetycznym, z osobą wesołą, żywiołową, gadatliwą, o cholerycznym usposobieniu, sama, rozmawiając z nią, podnoszę swój poziom energii, intensywnie gestykuluję, mówię głośniej i szybciej. Z kolei mając za rozmówcę osobę o bardziej spokojnym, flegmatycznym usposobieniu, automatycznie ściszam głos, poważnieję, wyciszam emocje, mówię spokojnie i rzeczowo.

W ten sposób upodabniam się do moich rozmówców. Dzieje się to na tyle naturalnie i spontanicznie, że często nawet sobie tego do końca nie uświadamiam. To się dzieje automatycznie.

Zauważyłam też, że potrafię być świetnym mediatorem. Gdy mam przed sobą dwie zwaśnione strony, potrafię im pomóc ochłonąć z negatywnych emocji, a potem znaleźć rozwiązanie problemu. Często szukając kompromisów. Kompromis, to jedno z pierwszych słów, jakich nauczyłam się mojego syna.

Nie znoszę rozwiązań przemocowych, w których jedna strona jest faworyzowana i wygrywa, a druga jest marginalizowana i spychana na dalszy plan. W moim świecie (czyli w „piątym wymiarze”) nie ma ludzi lepszych i gorszych. Każdy zasługuje na dobre traktowanie, sprawiedliwość i szacunek.

Nie mam wrogów. Wiem, że jest parę osób, które mnie nie lubią. Trafiłam w swoim życiu na kilka narcystycznych osobowości, którym się w pewnym momencie postawiłam. Mocno i zdecydowanie. A potem zerwałam z nimi kontakt. Ale chyba nie znam ani jednej osoby, która pałała by do mnie nienawiścią i źle mi życzyła.

Nienawiść… to jedyna emocja, której nigdy nie doświadczałam i której nie rozumiem. Ale obserwując zachowania niektórych ludzi chyba potrafię sobie wyobrazić czym ona może być.

Nierozerwalną cechą osoby o dużej inteligencji emocjonalnej, jest spolegliwość. Nie mylić z uległością! Ludzie bardzo często mylą te dwa pojęcia. Spolegliwość to ogólna niechęć do toczenia sporów, wywoływania konfliktów, sztywnego upierania się przy swoich racjach. Spolegliwość to pragnienie bezkonfliktowego rozwiązywania wszelkich problemów. Uległość to potulne godzenie się na wszystko, nawet na to, na co absolutnie nie mamy ochoty się godzić. A więc wiąże się bezpośrednio z brakiem asertywności.

Osoby, które nie rozumiały tej różnicy, były przekonane, że jestem uległa. Jakże mocno się zdziwiły, gdy nagle przekraczały moje granice, a ja pokazywałam „pazur”. Nie pozwalam sobie wejść na głowę. Potrafię powiedzieć nie. Zdecydowanie i stanowczo, choć zawsze grzecznie i kulturalnie.

Bardzo lubię uczyć dzieci rozwiązywania problemów, a także radzenia sobie z emocjami. Tłumaczyć im, że nie ma złych emocji. Złe mogą być tylko intencje, a także nasze sposoby radzenia sobie z niektórymi emocjami. Ale wszystkie emocje są potrzebne. Składają się na niezmierne bogactwo ludzkiego umysłu. I gdy się nad nimi panuje i potrafi je kontrolować, właściwie wykorzystywać, życie staje się znacznie piękniejsze. A współistnienie z innymi ludźmi łatwiejsze i bardziej satysfakcjonujące.

Cisza

Cisza jest najlepszym przyjacielem nadwydajnego mózgu. Potrzebuję ciszy tak samo, jak wody czy tlenu.

Mówią mi, że jestem małomówna. Nie lubię kłapać dziobem, ot, byle co, aby tylko gadać. Odzywam się właściwie tylko wtedy, gdy jest to konieczne i gdy mam coś ważnego i konkretnego do powiedzenia. W pracy oczywiście dużo mówię, bo muszę. Ale poza pracą jestem chyba typowym milczkiem.

Wieczorami, po pracy, siedzę na swoim ulubionym fotelu i „pływam” z rybkami w akwarium. To mnie relaksuje. W ciszy odpoczywam.

Zauważyłam, że ostatnio rzadko słucham muzyki. A może inaczej… rzadko używam urządzeń elektronicznych do odsłuchiwania muzyki. Najczęściej ulubione utwory odtwarzam sobie bezpośrednio w głowie. Mój mózg pamięta doskonale każdy dźwięk danego utworu. To się chyba nazywa wewnętrzny słuch muzyczny. Beethoven też na to „chorował”. Ta przypadłość pozwala na komponowanie bez użycia jakiegokolwiek instrumentu i na wewnętrzne odsłuchanie (w swojej głowie) tego, co się napisało. Pewnie dlatego większość piosenek, jakie napisałam, powstała na przystanku tramwajowym, gdy wracałam z pracy do domu, a nie przy pianinie.

Tak więc siedzę w ciszy i we własnej głowie odtwarzam sobie Requiem Mozarta. Najgorsze, że jak już mi coś tam zacznie w tej mojej głowie grać, to nie potrafię tego wyłączyć. Do tego nuty poszczególnych linii melodycznych same wskakują mi na pięciolinie i ustawiają się na właściwych miejscach, pojawiają się kolory. Tak więc nie tylko słyszę muzykę, ale też jednocześnie ją widzę.

Gdyby ktoś popatrzył na mnie z boku, pomyślałby – ale nudziara. Tylko tak siedzi w tej ciszy. A mnie w tej ciszy w głowie gra cała orkiestra. Fajnie mieć prywatną filharmonię do własnej dyspozycji.

Ludzie często żałują nadwydajnych. Bo tylko siedzą w domu, nigdzie nie wychodzą. Pytanie tylko, czy my musimy gdziekolwiek wychodzić, skoro wszystko mamy w naszych głowach? Tak naprawdę potrzebujemy (w porównaniu do typowych ludzi) jedynie minimalnej ilości bodźców zewnętrznych, aby mieć bardzo ciekawe, bogate życie.

Lubię być w domu. Tu mam wszystko, czego mi potrzeba. Mój mózg zapewnia mi wystarczająco dużo atrakcji. Podejrzewam, że inni nadwydajni mają podobnie. Tylko, że to wszystko rozgrywa się w środku, w nas. Tego z zewnątrz nie widać i nikt inny nie ma do tego dostępu.

W końcu ogranicza nas tylko… wyobraźnia. A ta, w przypadku nadwydajnych, jest jak ocean. Prawie nieskończona.

Przyjaźń

Pamiętam, jak ktoś zadał mi kiedyś pytanie – co według ciebie jest najważniejsze na świecie?

Zastanowiłam się chwilę. A potem odparłam bez wahania – przyjaźń.

Dlaczego akurat przyjaźń? Czemu nie miłość na przykład? Wydawałoby się, że to miłość jest najważniejsza! Że mamy siebie kochać, kochać i jeszcze raz kochać! I tylko to się liczy. Otóż nie. Moim zdaniem to nie miłość a przyjaźń właśnie jest najważniejsza. Dlaczego tak uważam?

Bo z tą miłością, to bywa różnie. Można jednocześnie kogoś kochać i nienawidzić. I te dwa pojęcia się nie wykluczają. Można czuć obie te emocje jednocześnie. Wiedzą o tym kochankowie i małżonkowie w nieudanych związkach. Wiedzą o tym rodzice „trudnych” dzieci, a także dzieci „trudnych” rodziców. Miłość bardzo często jest mylona z uczuciem „zakochania się” w tej drugiej osobie. A zakochanie się, to nie to samo, co miłość.

Przyjaźń jest inna. Przyjaźń zawiera w sobie natomiast wszystko, co najcenniejsze i najpiękniejsze, a wyklucza automatycznie to, co złe. Dlatego jestem przekonana o wyższości przyjaźni nad miłością.

Gdy ktoś jest twoim prawdziwym przyjacielem, nie sposób takiej osoby nie kochać. Czy można kochać kogoś, kto nie jest naszym przyjacielem? Oj tak! I jakże często się to zdarza. Wszystkie toksyczne relacje się na tym opierają – na miłości bez przyjaźni. Ale gdy się z kimś zaprzyjaźnisz, tak naprawdę, szczerze, to miłość do przyjaciela pojawia się niemal automatycznie, spontanicznie. Nawet, jeśli nie do końca jesteśmy tego świadomi. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że:

Miłość – jest efektem ubocznym zaistniałej przyjaźni.

Co jeszcze zawiera w sobie przyjaźń, oprócz miłości?

Szacunek – trudno mi sobie wyobrazić, że przyjaciele się nie szanują. Brak szacunku do drugiej osoby jest dla mnie zaprzeczeniem przyjaźni.

(Znam wiele niby to kochających się osób, które jednak przy każdej nadarzającej się okazji obrzucają się błotem. Po czym ironicznie tłumaczą, że „kto się czubi, ten się lubi”. Ot… kto zrozumie miłość…)

Zrozumienie – to jak nadawanie na tych samych falach. Czasem w pół słowa odgadujesz, co przyjaciel próbuje ci powiedzieć. Podobny sposób patrzenia na świat. Podobne priorytety. Ale też zrozumienie, że w pewnych kwestiach różnicie się od siebie i szacunek dla tych odmienności.

(Znacie takie powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają? Jeśli tak, to tylko na chwilę. Miłość bez zrozumienia może istnieć przez chwilę. Ale nie wytrzymuje zwykle próby czasu. Bo gdy tylko uczucie zakochania mija, relacja się kończy, a związek rozpada. Przyjaźń bez wzajemnego zrozumienia nigdy nie zaistnieje.)

Wdzięczność – przyjaciel to ktoś, kto pierwszy spieszy nam z pomocą. Robi to bezinteresownie, spontanicznie, bez wahania. Wiemy to. Widzimy każdego dnia. Tak więc trudno nie czuć wdzięczności do swojego przyjaciela.

Pokorę – każdemu zdarza się czasem zachowywać tak, jakby pozjadał wszystkie rozumy i nie docierają do niego żadne argumenty. Rodzice ci tłumaczą, ale na próżno. Nie słuchasz nauczyciela, sąsiada, szefa w pracy. Ale gdy przyjaciel coś próbuje ci powiedzieć, w jakiejś ważnej kwestii się ze tobą nie zgadza, to słuchasz jego argumentów z pokorą. Bierzesz je na poważnie i głęboko analizujesz. Bo wiesz, że przyjaciel może mieć rację.

Poczucie bezpieczeństwa – gdy jest przy mnie mój przyjaciel, wtedy mogę być naprawdę sobą. Przy nim zdejmuję wszystkie swoje maski. Mogę mu opowiedzieć o swoich najskrytszych i najdziwniejszych nawet przemyśleniach. Nie boje się, że mnie wyśmieje. Bo przecież szanujemy się na wzajem. Wiem, że mój prawdziwy przyjaciel mnie nie zrani. A już na pewno nie zrobi tego ot tak, dla zabawy. Przyjaciele po prostu nie robią sobie takich rzeczy.

(Czy można kogoś kochać, a jednocześnie nie czuć się przy nim bezpiecznie? Zapewne tak. Zapytajcie o to osoby, które przez wiele lat tkwią w związkach przemocowych. Kobiety bite przez swoich mężów, dzieci bite przez rodziców. Ofiary narcyzów, regularnie obrzucane obelgami, szantażowane psychicznie, też mogły by tu dopowiedzieć coś od siebie. Ale te osoby uparcie twierdzą, że swoich oprawców kochają. I nie ma powodu, by im nie wierzyć.

Gdy nie czujesz się przy kimś w pełni bezpiecznie, nie nazywasz takiej osoby swoim przyjacielem.)

Zaufanie – Przyjaciel to ktoś, na kim zawsze mogę polegać. Wiem, że przyjaciel nigdy mnie nie okłamie, nie zdradzi, nie będzie knuł intryg, nie wpakuje mnie świadomie (i przez swoją głupotę czy zaniedbanie) w żadne poważne kłopoty. Przyjacielowi mogę powierzyć swoje najskrytsze tajemnice i wiem, że nie rozpowie tego wszystkim. Jeśli go o coś proszę, wiem, że on to dla mnie zrobi. I oczywiście z wzajemnością. Nie wyobrażam sobie przyjaźni bez wzajemnego zaufania.

(Czy można nie ufać komuś, kogo się kocha? Oj, tak! Ale gdy przestajesz komuś ufać automatycznie skreślasz taką osobę z listy swoich przyjaciół.)

Akceptacja – przyjaciel to ktoś, kto mnie zna. Wie kim jestem i odpowiada mu to. Nie próbuje niczego na siłę we mnie zmieniać. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie jestem doskonała, podobnie jak i on. Ale gdy zdarzy mi się potknięcie, a swój błąd zrozumiem, przeproszę i w ten czy inny sposób zadośćuczynię, przyjaciel mi wybaczy. I ja zawsze wybaczę jemu. Przecież człowiek uczy się na błędach.

(Czy można nie akceptować lub nie być akceptowanym przez osobę, którą kochasz? Z pewnością tak. Jeśli czujesz, że twój przyjaciel przestaje cię akceptować, wiesz, że nie jest już twoim przyjacielem).

Czułość – nie, nie mam tu na myśli czułości, która łączy kochanków (choć jeśli dwoje ludzi stanowi parę, są w związku, to oczywiście i taki rodzaj czułości się pojawi). Raczej taką czułość codzienną – uśmiech, dobre słowo, uzasadniony komplement, porozumiewawcze spojrzenie, mrugnięcie czy poklepanie po ramieniu. Ten rodzaj czułości, który sprawia, że zaczynamy się czuć dobrze. A to przecież takie ważne, abyśmy sobie taką czułość okazywali. To tak bardzo pomaga żyć.

(Gdy ktoś jest dla nas zimny, jak głaz, budzi się w nas niepokój i zaczynamy się zastanawiać – czy ta osoba wciąż jest naszym przyjacielem?)

Intymność – każda przyjaźń zawiera w sobie pewien rodzaj intymności. Słowa i zwroty, których używacie tylko wy. Charakterystyczne gesty, czy skróty myślowe, których nikt poza wami nie rozumie. Będąc razem doświadczacie rzeczy, które są zarezerwowane tylko dla was i cała reszta świata nie ma do tego dostępu. Silna więź, która was połączyła, sprawia, że spontanicznie tworzycie swój własny, jedyny, unikatowy i niepowtarzalny świat. Swoją własną rzeczywistość.

(Można kogoś kochać i nie czuć intymności. Niektórych nawet to podnieca – swoista tajemnica, to, że nic nie wiedzą o tej drugiej osobie. Nie mają wstępu do jego intymnego świata. Jakże często kochankowie wzdychają do siebie tak naprawdę niewiele o sobie wiedząc. Lecz takie relacje trwają zwykle krótko.

Z przyjaźnią jest inaczej. Gdy pewnego dnia odkrywasz, że coś się zmieniło i przestajecie nadawać na tych samych falach, przyjaźń umiera, a relacja przekształca się w zwykłą znajomość.)

Bliskość – mówi się, że miłość (ta romantyczna), to dwie dusze w jednym ciele. O przyjaźni mówi się natomiast, że to jedna dusza w dwóch ciałach. Jakże piękne porównanie. Gdy masz przyjaciela, takiego prawdziwego przyjaciela, zapominasz co to samotność.

Mając świadomość tego wszystkiego uważam, że przyjaźń, to najpiękniejsza rzecz, jaka może nam się w życiu przydarzyć. Może właśnie dlatego, osoba wysokowrażliwa i nadwydajna, taka, jak ja, ciągle stara się być przyjacielem wszystkich. A może nie, źle napisałam. Nie stara się. Po prostu nim jest.

Czy ty też jesteś przyjacielem całego świata? Leży to w twojej naturze? Taki się urodziłeś? Nie potrafisz inaczej? W takim razie proszę, nie myśl o sobie, że jesteś głupi i naiwny. Świat chce (a raczej jego większa część), żebyś tak o sobie myślał. Ale to nie prawda.

Wszystko jest z tobą w porządku. Mało tego – jest nas więcej! Nie jesteś sam! Więc nawet nie próbuj tego w sobie zmieniać. Osobiście uważam, że ciągle dążenie do przyjaźni, to jedna z najbardziej wartościowych cech osób nadwydajnych. To jest po prostu… piękne!

Oburęczność

Spotkałam się z opinią, że u osób nadwydajnych hiper-aktywna jest prawa półkula mózgu. Otóż pozwolę się z tym nie zgodzić. Moim zdaniem obie półkule są nadaktywne, a w dodatku doskonale ze sobą połączone i nieustannie współpracują. Osoby nadaktywne mentalnie nie tylko są bardzo wrażliwe na bodźce płynące z otoczenia, bardzo empatyczne, ale też mają doskonałą zdolność logicznego myślenia i analizowania sytuacji.

Tak, jestem nadwydajna i oburęczna. I z tego, co czytałam, nikt nie zna przyczyn powstawania oburęczności. Podejrzewa się jedynie jakieś inne, dodatkowe okablowanie mózgu, które łączy w niestandardowy sposób obie półkule. I moim zdaniem to może być prawda.

Jako małe dziecko nie miałam pojęcia o swojej oburęczności. Byłam typowo praworęczna. Bardzo dobrze się uczyłam, nie miałam żadnych problemów w szkole, byłam dzieckiem grzecznym, bardzo zdolnym, miałam doskonałą pamięć i koncentrację.

Swoją oburęczność odkryłam przypadkiem i to dopiero w liceum. Zraniłam się poważnie w prawą rękę tuż przed ważnym egzaminem. Wiedziałam, że muszę ten sprawdzian jakoś napisać. A ponieważ nie byłam w stanie utrzymać długopisu w prawej ręce z powodu silnego bólu, odruchowo przełożyłam długopis do drugiej ręki i napisałam sprawdzian lewą. Nawet szczególnie się nad tym nie zastanawiałam. Myślałam (znowu!), że wszyscy tak mają i że to to jest normalne. Problem zaczął się wtedy, gdy nauczycielka oddawała sprawdziany. Przyczepiła się, że ten sprawdzian to ktoś inny za mnie napisał (charakter pisma się nie zgadzał). Musiałam jej pokazać i udowodnić, że to jest mój charakter pisma (tylko tej drugiej ręki). Napisałam przy niej kilka zdań. Więc się poddała i zaakceptowała sprawdzian. Bardzo dziwnie na mnie wtedy patrzyła.

Zaczęłam delikatnie podpytywać moich szkolnych kolegów, czy też tak mają. Oczywiście nikt nie potrafił niczego napisać niedominującą ręką. Sadzili takie kulfony, że nie dało się tego nazwać pisaniem ani odczytać. Ich litery wyglądały tak, jakby próbowały je pisać trzyletnie dzieci. Tak więc ze swoją nietypową umiejętnością znowu wyszłam na dziwoląga.

Ale to był moment, kiedy zaczęłam eksperymentować z pisaniem. Odkryłam, że potrafię nie tylko pisać lewą ręką równie dobrze, jak prawą, ale też potrafię pisać lustrzanym odbiciem (obiema rękami), od lewej do prawej i od prawej do lewej. Każdą ręką w każdą stronę. Zaskoczyło mnie z jaką łatwością się to odbywa. Niemalże automatycznie, bez mojego świadomego udziału. Mój mózg po prostu robi to zupełnie sam.

Tak ogólnie, to jestem osobą bardzo sprawną manualnie (mam tu na myśli motorykę małą). Oburęczność bardzo w tym pomaga. Obiema rękami potrafię posługiwać się nożem. Nie tylko pokroję cebulę w drobną kostkę, ale też obiorę jabłko czy ziemniaka trzymając nóż i w prawej i w lewej ręce. Potrafię grać na gitarze zarówno dla prawo jak i leworęcznych. Mój mózg jakoś automatycznie przełącza się na drugą rękę gdy go o to proszę. To samo z szydełkowaniem czy robieniem na drutach.

Jestem bardzo ciekawa czy osoby takie jak ja są gdzieś badane w laboratoriach medycznych i czy ktoś w ogóle próbuje dociekać i sprawdzać jak to działa i skąd się ta przypadłość bierze? Ciekawa jestem jaki procent dorosłego społeczeństwa to osoby oburęczne?

Oburęczność jest czasem obserwowana u małych dzieci, lecz mówi się, że jest ona tymczasowa i w wieku kilku lat zanika. A jeśli nie zanika, wiążą się z tym często problemy rozwojowe czy skłonność do niektórych chorób psychicznych w tym schizofrenii. U mnie było zupełnie inaczej. Jako dziecko nie wiedziałam, że jestem oburęczna. Bardzo szybko zaczęłam sięgać po wszystko prawą ręką. Nigdy nie próbowałam lewą. Po prostu prawą było wygodniej. Dopiero przypadek sprawił, że odkryłam w sobie tę cechę i niezwykłą umiejętność.

Moja oburęczność jest fajna. W niczym mi nie przeszkadza, a we wszystkim pomaga. Traktuję ją więc z jednej strony jako ciekawostkę, z drugiej jak taki bonus do mojej nadwydajności. I teraz, gdy już o niej wiem, często z niej korzystam.

I czy wy tez tak macie? Czy są tu inne oburęczne osoby? Jeśli tak, dajcie znać w komentarzach. Napiszcie o swoich doświadczeniach.