Milczenie jest złotem

Nadwydajny umysł widzi i rozumie więcej. Czasem zbyt dużo. Zbyt dużo, by móc normalnie żyć. Zwłaszcza, gdy wokoło niemal sami „normalni” ludzie.

Już od dawna nie mówię tego, co naprawdę myślę. Bo nie potrafię.

Przychodzi do mnie klient. Zaczyna coś mówić o kościele, o religii. O tym, że córka do komunii idzie niedługo. I żebym jej odpuściła teraz trochę, żebym nie zadawała za dużo, bo przygotowania do komunii są teraz absolutnie najważniejsze. Pianino może poczekać. Oczywiście nie jestem tym zachwycona. Szkoda dziecka. Zwłaszcza, że takie zdolne. Kilka tygodni bez ćwiczenia i będzie regres. Ale cóż… muszę uszanować decyzję klienta. W końcu ma do niej prawo.

I nie ma znaczenia, jak bardzo miałabym mu powiedzieć, że ten Bóg, w którego on tak żarliwie wierzy, nie istnieje. Ten, który straszy piekłem i kusi niebem. Nie ma nieba, ani nie ma piekła. A całe to religijne zamieszanie nie ma najmniejszego sensu. To tylko strata czasu, łamane przez „życie w ciągłym lęku przed grzechem”, łamane przez „życie w ciągłym poczuciu winy”.

Ale oczywiście mu tego nie powiem. Nie mogę mu tego powiedzieć. Nie mam prawa. Najprawdopodobniej przyjdzie i w jego życiu taki czas, gdy w naturalny sposób dojrzeje do zmiany przekonań. Zapewne jeszcze wiele wcieleń musi przeżyć, wiele doświadczyć aby to mogło nastąpić, ale kiedyś na pewno nastąpi. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Wszyscy zmierzamy w tym kierunku.

Dla kogoś takiego, jak ja, kto pamięta swoje poprzednie wcielenia, tkwienie w świecie ludzi głęboko religijnych, jest rzeczą wyjątkowo trudną. Gdybym szczerze i otwarcie mówiła wszystkim co myślę (na przykład o religii) ludzie zaczęliby mnie unikać. Zaczęli by mnie postrzegać jako tę „dziwną” panią, niebezpieczną. Straciłabym pracę. Lepiej, żeby dzieci nie miały ze mną kontaktu. Bo jeszcze „zarażę je” swoimi chorymi poglądami. Zakładam więc grzecznie jedną ze swoich masek i pytam z uśmiechem, czy sukienka już wybrana i ilu zaprosili gości? Dopytuję, czy babcia z dziadkiem przyjadą na komunię wnuczki. Rozmawiam z nimi tak, jakby i dla mnie ten temat był ważny. Wspieram słowem, proponuję pożyczenie sztućców na czas imprezy (gdyby im zabrakło), życzę dużo siły, wytrwałości i pięknej pogody na samą uroczystość. Szczerze i od serca. I naprawdę się cieszę, gdy potem opowiadają, że impreza fantastycznie się udała i wszyscy byli zadowoleni. Nie ma znaczenia, jak bardzo bezsensowne wydaje mi się całe przedsięwzięcie. Ale to przecież nie moje życie. Jakie ja mam prawo kogokolwiek oceniać, albo mówić mu, co jest dla niego dobre, a co nie? Jakie ja mam prawo mówić komuś innemu jak ma żyć?

Wystarczyło mi siedem lat. Tyle miałam, gdy swoim nadwydajnym umysłem połączyłam wszystkie kropki i stwierdziłam, że nie chcę chodzić do kościoła. Że religia to bzdura. Posłuchałam tego, co mówi ksiądz, a potem poobserwowałam, jak się zachowuje, jak żyje. I uznałam, że coś się tu bardzo nie zgadza. Dopiero póżniej, gdy nauczyłam się definicji słowa hipokryzja, zrozumiałam, co wtedy czułam.

Bardzo rzadko mówię to, co naprawdę myślę. A ponieważ nie potrafię kłamać, najczęściej milczę, gdy nie mogę powiedzieć prawdy.

Raz jeden zrobiłam wyjątek. Pewnego dnia zapukali do moich drzwi świadkowie Jehowy. Zaczęli zasypywać mnie swoimi broszurkami i mówić mi, co powinnam robić, żeby trafić po śmierci do ich nieba. Jedna z tych osób była bardzo napastliwa, wręcz agresywna w swoich wypowiedziach. Postanowiłam więc zrobić eksperyment i po prostu powiedziałam im prawdę. Wszystko to, co wiem i co myślę. Że coś takiego, jak śmierć, nie istnieje. Że nie ma Boga takiego, jak oni go postrzegają, w sensie „dziadka na chmurce”, który za dobre wynagradza, a za złe karze. Że dusze wcielają się setki razy w różne ciała, przyjmując na siebie różne role (od oprawców po ofiary), aby móc wszystkiego doświadczyć i uczyć się na swoich błędach. Tylko w ten sposób, powtarzając lekcje, przerabiając nowe tematy, można się doskonalić i wzrastać duchowo, co jest przeznaczeniem każdego z nas.

Opowiedziałam im też o jednym z moich wcieleń na planecie innej, niż Ziemia.

Już nie dyskutowali ze mną. Szybko się ulotnili w milczeniu i od tamtej pory nie zapukali do moich drzwi. Zapewne zostałam wpisana na „czarną listę” tych osób, których absolutnie nie należy już nigdy więcej odwiedzać. W ich oczach jestem pewnie potencjalnie niebezpieczna.

Bardzo bym ciała, ale nie mogę mówić prawdy. Muszę udawać „normalną”, by jako tako normalnie żyć. Może to właśnie dlatego większość ludzi uważa mnie za osobę małomówną. Faktycznie tak jest. Mówię właściwie tylko wtedy, gdy muszę. Staram się też jak mogę nie częstować świata moimi poglądami na rzeczywistość, unikam odpowiedzi na trudne pytania, zgrabnie zmieniam temat na inny, bezpieczniejszy. Gdy mi się czasem coś wymsknie, robi się nagle sztywno i nieprzyjemnie, a atmosfera wokół nagle gęstnieje.

Niezwykle rzadko też jestem napraszana gdziekolwiek. Na wszelkiego rodzaju imprezy się nie nadaję. Alkoholu nie pijam. W zasadzie nie jem też mięsa, co dla wielu osób stanowi niejaki problem, bo musiałyby specjalnie dla mnie przygotowywać osobne dania. Nie bawią mnie też rozmowy o głupotach. Szybko zaczynam się nudzić w towarzystwie podchmielonych śmieszków, którym zaczynają się plątać języki.

Czasem próbuję zacząć jakiś ciekawy dla mnie temat, ale zwykle nie ma odzewu. Rzadko udaje mi się kogoś wciągnąć w bardziej interesującą rozmowę dotyczącą jakiegoś poważniejszego, trudniejszego tematu. Gdy widzę, że nikogo mój temat nie zainteresował, wtedy milknę. Bo i któż by chciał rozmawiać o tym, że sadzimy za mało drzew, że należałoby budować więcej zbiorników retencyjnych, powinniśmy się zastanowić jak inaczej pakować produkty w sklepach, aby ograniczyć ilość plastikowych opakowań, albo że moglibyśmy obsiewać pola uprawne inaczej, zostawiając wąskie pasy nieużytków i na nich siać chwasty i kwiaty nektarodajne, dla trzmieli i pszczół. Każdego roku wysiewam w swoim ogrodzie facelię dla pszczół. Ale kogo to obchodzi?

Nasi grali wczoraj. Wygrali 2:0 (ktoś zmienia nagle temat). I rozmowa toczy się dalej. Jak widać są sprawy ważne i ważniejsze.

Tak, jednak wolę milczeć. Bo czasem po prostu szkoda prawdziwych słów.

Czas zmian

Po raz kolejny życie udowodniło mi, że robienie jakichkolwiek życiowych planów nie ma najmniejsze sensu. A może inaczej. Planować można, ale bez zbytniego przywiązywania się do swoich planów. Bo los (łamane przez przeznaczenie) ma wobec nas swoje własne plany.

Już po raz drugi w ciągu ostatnich kilku lat zmuszeni jesteśmy wyprowadzić się z wynajmowanego domu, bo właściciel postanowił ów sprzedać. Trudno się żyje bez kawałka własnego kąta. Dzisiaj masz miejsce, żeby głowę położyć, a jutro już nie. Ale jakimś cudem pojawiła się szansa, aby kupić własny dom. Właśnie podpisaliśmy umowę. Pod koniec czerwca mamy dostać klucze do własnego domu.

Czuję się dziwnie. Powinnam skakać z radości, bo przecież zawsze marzyłam o własnym domu. I moje marzenie właśnie się spełnia. Tymczasem wpadłam w jakieś dziwne odrętwienie. To wszystko wydaje mi się jakieś takie… mało rzeczywiste.

Myślę, że to dlatego, iż właśnie sobie uświadomiłam, że miejsce, w którym aktualnie mieszkam, było jak dotąd tym najszczęśliwszym, w którym dane mi było żyć w obecnym wcieleniu. Szczęśliwy dom. Duży, ze sporym ogrodem pełnym zwierzaków i własnoręcznie posadzonych drzew i kwiatów. Całe lato spędzane na dworze, grzebanie w ziemi, podlewanie pomidorów, podglądanie, jak wróble podkradają kurom pszenicę z kurnika. Parka zaprzyjaźnionych gołębi, która czeka na mnie co rano, aby pozbierać ziarno, które rozsypuję specjalnie dla nich na trawie. Moje świnki morskie z zaangażowaniem koszące trawnik. Trzmiele oblatujące wierzbę iwę i zbierające pyłek z kwitnących bazi. Sama te wierzby posadziłam. Z myślą o trzmielach właśnie. Jest ich sporo w tej okolicy ku mojej wielkiej radości Bo jeszcze są.

Nie, wcale nie mam ochoty się stąd wyprowadzać. To dobry dom. Czuję się tu bardzo szczęśliwa. A teraz to wszystko trzeba będzie zostawić i iść dalej. Zaczynać od nowa, w innym miejscu.

Czasem sobie myślę, że już mi się nie chce. Zaczynać od nowa. Może to starość? A może za dużo wzięłam sobie na łeb w tym wcieleniu i po prostu czuję się zmęczona? Chciałabym już odpocząć. Mam nadzieję, że będę się przeprowadzać po raz ostatni w tym życiu, bo nie lubię przeprowadzek. I że wierzba iwa, którą posadzę w swoim nowym ogrodzie szybko urośnie, bym mogła się cieszyć wiosną z widoku oblatujących ją trzmieli. Że i tam znajdzie się miejsce, by wysiać facelię dla pszczół. I jakiś kącik dla moich kur, które tak chętnie przesiadują na moich kolanach w ciepłe, słoneczne dni.

Dom będzie mały, ciasny. Nie będzie w nim tyle miejsca, ile mieliśmy tutaj. Trochę się obawiam tej ciasnoty. Ale też wiem, że szybko się przyzwyczaję. Zawsze szybko się przyzwyczajam do zmian. Tylko na początku jest ciężko. Potem, mój nadwydajny umysł bardzo szybko zaczyna dostrzegać nowe możliwości i eksploduje wręcz od ilości pomysłów na zagospodarowanie nowej przestrzeni. A gdy ta zaczyna nabrać wyraźniejszych barw i kształtów, gdy zmienia się powoli w moją własną, osobistą przestrzeń, wtedy przychodzi radość, spełnienie i spokój.

Mam nadzieję, że to będzie równie szczęśliwy dom. Dom, z którego już nikt nie każe mi się wyprowadzać. Nigdy. No chyba, że od razu na tamten świat. Ale wtedy, to już odejdę zadowolona, spełniona i… bez żalu.

Praca jak życie

Ostatnio mam bardzo płodny czas. Ale to norma u mnie. Wiosna przyszła. Pracuję niemal cały czas. Dzieci dorosłe, zajmują się sobą. Więc wreszcie mogę poświęcić czas na moją ukochaną pracę.

Bardzo dużo piszę ostatnio. Utwory fortepianowe głównie. Cokolwiek bym nie robiła, mój nadwydajny mózg gdzieś tam w tle wciąż robi to, co najbardziej kocha – a więc tworzy. Obecnie padło na muzykę. Rozsadzam pomidory i jednocześnie układam w głowie nuty na pięcioliniach. Odkurzam i myślę o palcowaniu. Mieszam zupę w garnku i jednocześnie tworzę w głowie melodię i harmonię do niej, dodaję i sprawdzam kolejne dźwięki. Jak to będzie razem brzmiało? Może tak, a może lepiej będzie inaczej? Jak już mi się w głowie co nieco wyklaruje i poukłada, wtedy siadam do pianina, by to przegrać i sprawdzić jak brzmi na żywo. Czasem coś poprawiam, a czasem nie.

Gdy siadam do komputera, zwykle mam już w głowie gotowy cały utwór. Albo jego większą część. Od razu do zapisania. Innym razem całymi godzinami mogłabym siedzieć przy pianinie improwizując i nagrywając swoje improwizacje. Potem pozostaje te co ciekawsze pomysły zapisać i dopracować.

Tak więc praca miesza mi się i zlewa z codziennym życiem, a życie z pracą. Nawet nie jestem w stanie oddzielić jednego od drugiego. Pracuję nawet wtedy gdy zasypiam i gdy budzę się rano. W zasadzie najlepsze pomysły zwykle przychodzą mi do głowy zaraz po przebudzeniu lub na krótko przed zaśnięciem. Gorzej, gdy przed zaśnięciem, bo wtedy nie ma już mowy o spaniu. Trzeba wstać i zapisać tych kilka kropek na pięciolinii, żeby nie zapomnieć i rano móc do tego wrócić.

Bycie w takim twórczym „ciągu” zawsze było dla mnie czymś naturalnym i pięknym. To zwykle przychodzi falami. Czasem się wzmaga, a czasem nieco przygasa. Jesienią zwykle odpoczywam od pracy twórczej. Wiosną zaś przeżywam istne twórcze eksplozje, a mój niezmordowany mózg wydaje się nie do zatrzymania. W każdej chwili coś tworzy.

Cudownie jest mieć pracę, którą się kocha. Zarabiam pieniądze, a czuję się tak, jakbym wcale nie pracowała. Nie znaczy to, że nie bywam zmęczona. Bywam i to bardzo. Czasem czuję się tak, jakby mózg mi się przegrzał z wysiłku. Ale to jest takie fajne zmęczenie. Zmęczenie podszyte świadomością, że zrobiło się coś naprawdę dobrego, pożytecznego, ciekawego. Ja po prostu żyję. Żyję twórczo. Ostatni miesiąc zaowocował napisaniem ponad dziesięciu utworów fortepianowych i dwóch nowych piosenek.

Bardzo lubię pracować z moimi studentami w różnym wieku. Uczę wszystkich – od kilkuletnich dzieci, przez młodzież, aż do osób w wieku mocno już zaawansowanym. Praca z osobami w każdym wieku wymaga elastyczności, innego spojrzenia. Każdy nowy student, to nowe wyzwanie. Zawsze. Bo nie ma dwóch identycznych osób. Każdy uczy się trochę inaczej i wymaga innego podejścia. Uwielbiam to.

Wiosna przyszła. To jest mój najlepszy czas. Pewnie nie będę tu teraz zbyt często zaglądać, bo rozsadza mnie energia twórcza, którą chciałabym należycie spożytkować. Ale gdy mi się zatęskni, napiszę coś czasem.

Naucz się oddawać to, co kochasz.

To moje zadanie, z którym mierzę się już od kilku wcieleń. I chyba w tym obecnym dopiero nastąpił znaczący przełom. Jest łatwiej. Wraz ze wzrostem świadomości i każdym kolejnym doświadczeniem straty zaczynam wreszcie rozumieć.

W moim poprzednim życiu straciłam żonę. Umarła przy porodzie, a ja nie potrafiłam (wtedy nie potrafiłem) jej pomóc. Była wojna, żołnierze właśnie zaatakowali wioskę, a poród się przedłużał. Prawdopodobnie dziecko było źle ułożone. Pobiegłem po lekarza, ale nie udało mi się go znaleźć i sprowadzić na czas. Wkoło leżało pełno trupów. Wszyscy zostali rozstrzelani przez żołnierzy. Nasz dom ocalał, bo znajdował się dalej, na uboczu. Po powrocie do domu zastałam (em) ciszę. Żona nie żyła już. Jedynie jej matka siedziała przy łóżku i zamarła w bezruchu wcześniej wypłakawszy już wszystkie możliwe łzy.

To było niedługo po naszym ślubie. Malutka wietnamska wioska położona malowniczo wśród pól ryżowych. Nasze pierwsze, upragnione, wyczekane dziecko miało przyjść na świat. Tak bardzo kochałem swoją żonę. Była piękna i taka dobra dla mnie. Wręcz nie mogłem się już doczekać, kiedy urodzi się nasze dziecko i staniemy się prawdziwą rodziną. Tymczasem umarli oboje. A co gorsza, gdy umierali, mnie przy nich nie było. Nie potrafiłem sprowadzić pomocy ani ich ocalić.

To dziwne, ale do dzisiaj pamiętam ten przerażający, rozdzierający ból. Wybiegłem przed dom i przeraźliwie krzycząc upadłem w wielką kałużę, w to straszne błoto (deszcz padał nieprzerwanie od kilku dni). Byłem kompletnie mokry od deszczu, uwalany tym błotem. Płakałem bez końca. Nigdy nie pogodziłem się z tym, że moją żonę i dziecko zabrano mi w takiej chwili. Wtedy, gdy byłem tak bardzo szczęśliwy. To było tak strasznie niesprawiedliwe.

Do końca tamtego krótkiego życia nie udało mi się pokonać bólu i pogodzić ze stratą. Zaciągnąłem się do wojska i wkrótce zginąłem. Podejrzewam, że po prostu nie chciałem dalej żyć. Zapewne dałem się zabić, bo nie byłem w stanie znieść dłużej tego strasznego cierpienia po stracie żony i nienarodzonego dziecka.

O dziwo, w obecnym życiu również straciłam wiele bardzo bliskich mi osób. Może nie w sposób dosłowny, bo te osoby fizycznie nie umarły, ale po prostu musiały w ten czy inny sposób i z różnych ważnych powodów zniknąć z mojego życia. Wręcz miałam wrażenie, że chyba ciąży na mnie jakaś klątwa (wtedy jeszcze tak myślałam), bo gdy tylko pojawiał się w moim życiu ktoś, kogo pokochałam, od razu „zabierano mi go”. I znów pojawiało się to nieznośne uczucie bezdennego żalu, smutku, pustki i niesprawiedliwości. Dlaczego, gdy tylko kogoś prawdziwie pokocham, życie mi go zabiera?

Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. To było już po tym, jak urodził się mój syn. Myślę, że podświadomie czułam lęk, że to dziwne fatum sprawi, że i jego stracę. Wciąż żyłam w napięciu. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mogłabym go stracić. I wtedy, gdy mój synek miał trzy lata, zdarzyła się coś niezwykłego, co sprawiło, że coś we mnie drgnęło. Wtedy wszystko zrozumiałam.

Szłam ścieżką przez park. Był piękny słoneczny dzień. Mój synek biegał sobie wokoło, coś tam paplając pod nosem jak na typowego trzylatka przystało, zbierał sobie patyczki i listki, a ja napawałam się zapachem kwiatów i żywicy. Było mi tak dobrze. Ptaki śpiewały, pszczoły bzyczały i wszystko było na swoim miejscu. Przystanęłam i zapatrzyłam się w niebo. Stałam tak dobrą chwilę. I wtedy nagle zorientowałam się, że nie słyszę głosu mojego synka. Rozejrzałam się wokoło, ale nigdzie go nie zauważyłam. Tknęło mnie jakieś złe przeczucie. Zaczęłam go wołać i pobiegłam go szukać. Nagle zauważyłam, że droga przede mną nagle się urywa, a dalej jest wielkie urwisko. Przepaść. To właśnie w tę stronę szedł mój synek. Wiedziałam, że zapatrzony w swoje zebrane patyczki mógł nie zauważyć końca drogi i spaść.

Wpadłam w panikę. Zaczęłam krzyczeć. Wróciło nagle to samo uczucie, którego doświadczyłam wtedy, gdy w poprzednim wcieleniu straciłam żonę i dziecko. To koszmarne uczucie bezradności, bezsilności i wszechogarniającej rozpaczy. Miałam wrażenie, że nie przeżyję tego po raz kolejny, że mój umysł za chwile eksploduje, a serce pęknie z żalu.

I wtedy nagle, nie wiem skąd, pojawił się w mojej głowie głos. Mój głos, który mówił: „Obudź się! To jest tylko sen, obudź się! Obudź się!

Krzyczałam i… obudziłam się. Leżałam na wznak. Miałam otwarte usta. Nie mogłam ich zamknąć, nie potrafiłam się poruszyć. Byłam totalnie sparaliżowana. Czułam, jak po brodzie spływa mi stróżka śliny. A potem usłyszałam tuż obok jak mój synek wzdycha przez sen i przewraca się z boku na bok. Czy ktoś wymyślił jakieś słowo mocniejsze od ULGA? Bo to nijak nie oddaje tego uczucia, które towarzyszy człowiekowi, gdy jego dziecko przed chwilą spadło w przepaść, a potem nagle okazuje się być całe i zdrowe.

Czucie i możliwość poruszania się wracały mi powoli. Rozpłakałam się gdy już wreszcie mogłam. A potem zaczęłam myśleć nad tym wszystkim. I pewne rzeczy zaczęły mi się układać w głowie. A co, jeśli takie sytuacje nie są dziełem przypadku? A co, jeśli przydarzają mi się celowo? Co, jeśli specjalnie zostały dla mnie zaplanowane? Może właśnie po to, abym wreszcie nauczyła się oddawać to, co kocham?

Potem nagle uświadomiłam sobie, że słowo „oddawać” jest tu chyba jakąś pomyłką. Przecież ja tak naprawdę niczego nie mam. Kto w ogóle dał mi prawo wmawiać sobie, że MAM dziecko? Przecież ono nie jest moją własnością. Nie można posiadać osób. Nawet tych, które się kocha. One do nas nie należą. Mamy jedynie szczęście być z nimi, cieszyć się ich obecnością, uczyć się od nich. Czasem dłuższą, czasem krótszą chwilę, ale to nie do nas należy decyzja, kiedy dana osoba musi odejść z tego świata. Nie my decydujemy o tym, kiedy kończy się jej czas.

To właśnie wtedy uświadomiłam sobie jakże dobitnie, że ja tak naprawdę nic nie mam. I nigdy niczego nie będę mieć. Niczego nie posiadam. Posiadanie jest kolejną odsłoną iluzji, w której się znajduję podczas inkarnacji tu, na Ziemi. Nic nie jest nam tu dane, a raczej jedynie WYPOŻYCZONE na krótki czas. Dlaczego więc tak trudno mi było to zrozumieć i się z tym pogodzić?

Następnego dnia zabrałam synka do parku, na plac zabaw. Wciąż nie mogłam przestać myślec o tym śnie. I wtedy stało się coś dziwnego. Mój synek przystaną na chodniku na chwilę, a wtedy na daszku jego czapeczki usiadł motyl. Pospolity bielinek kapustnik. Zamachał skrzydełkami i ani myślał odlecieć. Mój synek, niczego nie świadomy, stał i patrzył na mnie z tym motylkiem na czapeczce. A ja patrzyłam na niego i na tego motyla jak na jakieś niezwykle zjawisko. I wtedy pomyślałam: „Mój syn jest jak ten motyl. Pojawił się w moim życiu na chwilę i zaraz odleci. I tak musi być.”

Motyl poderwał się i faktycznie odleciał. A ja poczułam się tak, jakby to już był ten moment, w którym muszę oddać moje dziecko. Bo przecież ten moment prędzej czy później nadejdzie. Mógł nadejść w każdej chwili. A ja musiałam być na to gotowa.

Nie byłam w stanie powstrzymać łez. Mój mąż dziwnie na mnie patrzył. Syn również. A ja nie potrafiłam im wytłumaczyć co właśnie działo się w mojej głowie. Przecież to takie „NORMALNE”, że właśnie rozwiązałam główny problem, z którym borykałam się od kilku wcieleń.

Przytuliłam mocno mojego synka. Przytuliłam go tak, jak przytula się kogoś, kogo widzi się po raz ostatni w życiu. I poczułam w sobie zgodę na to, by go oddać. By pozwolić mu odejść. W każdej chwili.

Pamiętam ten moment, jakby to było wczoraj. Bo to doświadczenie kompletnie zmieniło mój stosunek do oddawania tego, co kocham. Teraz już wiem, że nie mam co oddawać, bo nic tak naprawdę nie posiadam. A jednocześnie nigdy bardziej nie doceniałam każdego kolejnego dnia, gdy mogę cieszyć się obecnością osób, które są mi bliskie.

Tamtego dnia dokonał się wielki przeskok w mojej świadomości. Potem zostałam poddana kolejnej próbie. Sprawdzono mnie, czy aby na pewno przyswoiła sobie dobrze tę lekcję. Kilka lat później straciłam męża, którego bardzo kochałam. Ale tym razem poradziłam sobie z tą stratą dużo lepiej niż poprzednio. Przyjęłam to z większym spokojem. Szybko pogodziłam się z jego odejściem. A potem w miarę szybko stanęłam na nogi.

Bardzo ciekawych uczuć doświadczyłam kilka miesięcy temu, gdy mój dorosły już teraz syn wyjechał na studia. Ten sam, który jeszcze „wczoraj” stał na placu zabaw z motylem na daszku czapeczki. Byłam ciekawa, jak sobie poradzę z brakiem jego obecności. Czy dopadnie mnie syndrom pustego gniazda? Ale nie, nic się takiego nie wydarzyło. W końcu przygotowywałam się na jego odejście już tyle lat.

Jest we mnie wdzięczność. Wdzięczność za dar zrozumienia. I za uwolnienie się od lęku przed stratą. Nie można niczego stracić, gdy niczego się nie posiada. Przecież to takie proste. Tak cudownie proste.

Bezsilność

Czasem tak mam. To przychodzi samo, ot tak. Chciałabym móc przytulić cały świat. Wszystkie żywe istoty, każdą po kolei i bez wyjątku. Każdego głodnego nakarmić, smutnemu otrzeć łzy, przestraszonego uspokoić, samotnemu podać dłoń i powiedzieć „jestem z tobą” (a w zasadzie… „jestem tobą”).

Ale nie mogę. Nie da się zmienić rzeczywistości, ani jej naprawić. Nie da się zniknąć cierpienia. Nie da się rozwiązać ot tak wszystkich problemów tego świata. Gdy sobie to uświadamiam, jest mi źle. Pojawia się bezsilność, z którą nie potrafię sobie poradzić. To głupie i naiwne powiecie. Ależ ja to wiem! Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. I co z tego, skoro ta świadomość niczego nie zmienia i nie przynosi ulgi?

Świat jest dokładnie taki, jaki ma być i inny nie będzie. To jasne. A ja nie mam obowiązku nosić na swoich barkach wszystkich problemów tego świata. Kim ja do cholery jestem, aby próbować zmieniać cokolwiek, skoro ma być tak, jak jest? Wciąż sobie to tłumaczę. Ale skoro to wszystko wiem, to dlaczego tak trudno mi się z tym pogodzić? Dlaczego patrzenie na cierpienie wokół jest aż takie trudne? Tak wiele rzeczy chciałabym zmienić, tak wielu osobom pomóc, a nie mogę.

Bezsilność to jedna z najgorszych rzeczy, z jaką aktualnie się mierzę. Wciąż uczę się akceptować to uczucie w sobie, ale na razie chyba kiepsko mi idzie.

Może jeszcze nie wydarzyło się w moim życiu coś, co pomoże mi to zmienić? Ale może jeszcze się wydarzy? Kto wie?

„Karuzela myśli” – jak ją zatrzymać, zrelaksować się i szybko zasnąć wieczorem?

Ten temat i problem dotyczy każdej osoby nadwydajnej mentalnie. Mnie również dotyczył. Przez niemal całe moje życie miałam poważny problem z zasypianiem wieczorem. Mój mózg zawsze i niestrudzenie coś mieli. Rozgałęzione myślenie potrafi jedną prostą myśl rozbuchać i rozniecić z niej pożar w mojej głowie. Pożar, który trudno ugasić i który zdaje się trwać w nieskończoność. Dla nadwydajnego niedospana czy nieprzespana noc, to normalka.

Próbowałam stosować zalecane przez lekarza techniki relaksacyjne (świadome oddychanie, medytacja), ale to nie pomagało. Wręcz dawało odwrotny skutek. Zwłaszcza technika wdech przez nos i wydech ustami wręcz doprowadza mnie do szału, irytuje, męczy. Długo próbowałam, naprawdę się starałam, ale to działa na mnie odwrotnie niż powinno. Może i na typowy mózg to działa dobrze, ale na mój nie.

Jako, że osoby nadwydajne są uznawane (nie bezpodstawnie) za bardzo kreatywne, postanowiłam sama poszukać czegoś, co zadziała na mój mózg i pozwoli mi go uspokoić, wyciszyć. I po wielu próbach – udało mi się. Ale to skomplikowane. Trzeba zadziałać na wielu płaszczyznach jednocześnie. Ale w moim przypadku zdziałało to cuda, więc było warto. Od roku przesypiam spokojnie całe noce, a samo zasypianie z kilku godzin skróciło mi się do 15-30 minut. Karuzela myśli w mojej głowie zatrzymuje się niemal od razu, jak na rozkaz.

Zmiana diety

To pierwsza rzecz, która bardzo mi pomogła. Mocno ograniczyłam w swojej diecie spożycie prostych węglowodanów, a już niemal zupełnie wyeliminowałam cukier. Żadnych ciasteczek, cukierków, słodzonych napojów. Żadnych słodzonych jogurtów, ani produktów, które mają dodany „ukryty cukier” (np. kechaup). Wiem, to okrutne. Ale co ja zrobię, że pomaga?

Cukier to mega pożywka dla mózgu. Hiper-paliwo, które dodatkowo jeszcze rozpędza i tak już nadwydajny i nadreaktywny mózg. Tak więc im mniej cukrów prostych w naszej diecie, tym lepiej.

A odkryłam to zupełnym przypadkiem. Otóż rozchorowałam się dosyć poważnie półtora roku temu i lekarz dał mi ostre zalecenie zmiany diety na przeciwzapalną (zero cukru, zero mleka, zero pszenicy). Tak więc zaczęłam tę dietę stosować zupełnie z innych powodów niż nadwydajność (o której wtedy nawet jeszcze nie wiedziałam). Po miesiącu stosowania takiej diety zauważyłam nieoczekiwane zmiany w funkcjonowaniu swojego ciała. Po pierwsze – ustąpiły całkowicie objawy astmy, z którą borykałam się od wielu lat. A także, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zniknęła gdzieś moja alergia na koty. Mimo alergii mam w domu dwa sierściuchy i strasznie mnie ta alergia męczyła. Musiałam ciągle brać leki antyhistaminowe. teraz przestałam, a o alergii zapomniałam. Do tego bardzo złagodniały dolegliwości ze strony układu pokarmowego (zespół jelita drażliwego), a czwarta i najbardziej zaskakująca – zaczęłam lepiej spać. Szybciej zasypiałam, nie budziłam się w nocy. Moje ciało odżyło.

Tak więc – to, jak się odżywiamy (czy nam się to podoba, czy nie), ma na nas ogromny wpływ! Sama, na własnej skórze się o tym przekonałam.

A teraz już przechodzę do konkretnych technik, które sama wymyśliłam i które regularnie stosuję, by zatrzymać „karuzelę myśli”, zrelaksować się i szybko zasnąć.

Serce olbrzyma

To moja ulubiona i najczęściej stosowana technika. Wpadłam na nią przypadkiem, obserwując sposób, w jaki znajoma usypiała na rękach swojego małego, ośmiomiesięcznego synka. Brała go na ręce, kładła go na sobie tak, że główkę maluch opierał na jej ramieniu, a potem, chodziła tak z nim po pokoju poklepując go delikatnie i rytmicznie po pleckach. Patrzyłam wtedy z niedowierzaniem, jak przed chwilą rozbiegany jeszcze i rozwrzeszczany maluch zasypiał w zaledwie kilka minut. To mi się wydawało aż niemożliwe. Zaczęłam wnikliwiej obserwować. To poklepywanie po pleckach… Miarowe, rytmiczne, spokojne. Od samego patrzenia na to robiło mi się jakoś błogo i spokojnie. To przypominało trochę rytm, w którym bije serce – dwa szybkie uderzenia i przerwa, a potem znowu to samo, powtarzane raz po raz.

Postanowiłam sama tego spróbować. Ale oczywiście musiałam wymyślić jakąś inną formę. Raczej marnie by to wyglądało, gdyby ktoś musiał mnie wieczorem oklepywać po plecach. Postanowiłam więc użyć wyobraźni i nieco tę technikę zmodyfikować.

Położyłam się wieczorem do łóżka na godzinę wcześniej, niż robię to zwykle. Sama, bez męża, aby móc się skoncentrować i aby nic mnie nie rozpraszało. Znalazłam wygodną pozycję. Wyobraziłam sobie, że znajduję się tuż pod sercem olbrzyma. Zaczęłam się wsłuchiwać w odgłosy jego bicia: puk! puk! – przerwa – puk! puk! – przerwa – puk! puk! – przerwa. Serce olbrzyma bije wolniej. Znacznie wolniej niż serce człowieka. A gdy już sobie wyobraziłam ten rytm, zaczęłam go delikatnie wystukiwać na przemian wskazującym i serdecznym palcem jednej ręki. Na początku pukałam delikatnie, ledwie zauważalnie w ramę łóżka, potem, po zmianie pozycji, już tylko w powietrzu. Dwa poruszenia palcami – przerwa. I tak w kółko. Starałam się skupić całą uwagę mojego mózgu na tym momencie, w którym znów zabije serce olbrzyma. Odkryłam, że na początku, ten fizyczny ruch palcami jest konieczny. Potem, gdy mój umysł powoli zaczyna się wyciszać, mogę już fizycznie przestać stukać, a jedynie wyobrażać sobie ten ruch. I to działa tak samo.

Za każdym razem, gdy mój mózg próbuje uruchomić myślenie i analizowanie, zawracam swoją uwagę na bicie serca olbrzyma. Wyczekuję kolejnego uderzenia. Po kilkunastu minutach moja głowa jest praktycznie pusta i przepływają przez nią jedynie strzępki bladych myśli.

Kolejną, bardzo ważną częścią tej techniki jest porzucenie jej w odpowiednim momencie. To znaczy, kiedy mózg jest już zrelaksowany. Wtedy pozwalam łagodnym myślom swobodnie przepływać przez mój umysł. Gdy zbyt mocno się skupiam na samej czynności zasypiania, zaczynam się znowu stresować i karuzela wraca. Nie zaśniesz, gdy za wszelką cenę będziesz starał się zasnąć. Wystarczy, że zrelaksujesz i oczyścisz swój umysł, a wtedy sen przyjdzie sam.

Technika serca olbrzyma bardzo mi też pomogła na pozbycie się jakże męczącego zespołu niespokojnych nóg, który mam od dziecka, a który dodatkowo utrudniał mi zasypianie. Gdy zaczynam powoli, równo i rytmicznie poruszać palcami w rytmie bicia serca olbrzyma, przymus poruszania stopą od razu znika.

W tym ćwiczeniu najważniejszy jest rytm. Musi być odpowiedni i cały czas taki sam. Mogłabym go opisać jako:

puk! puk! – jeden, dwa trzy – puk! puk! – jeden dwa trzy

Wypowiedzenie (w miarę szybkie) – jeden, dwa trzy – trwa mniej więcej tyle, ile czasu powinno minąć między jednym a drugim uderzeniem serca olbrzyma. Ja mam jeden, zawsze taki sam rytm, takie samo tempo. Ono się nie zgadza ani z rytmem w jakim oddycham, ani z biciem mojego własnego serca. Serce olbrzyma bije w swoim własnym rytmie niezależnie od niczego innego. Jeśli zmieniłabym je choć trochę, podejrzewam, że technika mogłaby nie zadziałać. W każdym razie to rytmicznie uderzanie palcami i skupienie na tym strumienia świadomości pozwala mi niemal natychmiast zatrzymać myślową karuzelę.

Oczywiście zdarzało mi się (zwłaszcza na początku), że czasem świadomość płatała mi figle i uparcie próbowała znów uruchomić karuzelę myśli. Ale to wymaga samodyscypliny. Gdy tylko poczułam, że znowu zaczynam o czymś intensywnie myśleć i tracę skupienie, natychmiast nakierowywałam znów swoją uwagę na bijące serce olbrzyma, a myśli wygaszałam. I tak do znudzenia.

Kołyska

Ta technika znowu wykorzystuje ruch. Tym razem ruch gałek ocznych. Zauważyłam, że podobny efekt ma na mnie wyobrażenie sobie (najlepiej w pozycji na wznak), że leżę w kołysce, która kołysze się na boki. Ale samo wyobrażenie ruchu nie wystarcza. Wzmacniam to wyobrażenie w ten sposób, że gdy zamknę oczy, zaczynam rytmicznie poruszać gałkami ocznymi raz w lewo, raz w prawo i na tym ruchu skupiam całą uwagę mojego umysłu. Zauważyłam, że czasem moja głowa bardzo delikatnie idzie za tym ruchem oczu i przesuwa się odrobinę (ledwie zauważalnie) w tę samą stronę. Oczy w lewo – głowa w lewo, oczy w prawo, głowa w prawo. I znowu – pełna koncentracja na tym właśnie rytmicznym ruchu. Świadomość momentu zawieszenia, próżni, pomiędzy jednym wahnięciem oczu, a drugim.

Potem, gdy umysł już się znacząco wyciszy i natrętne myśli przestają się pojawiać, poruszanie gałkami ocznymi przestaje być konieczne, a nawet jest trudne, bo ciało i umysł są już tak zrelaksowane, że poruszenie którąkolwiek częścią ciała zaczyna stanowić problem. Więc wtedy już tylko wyobrażam sobie, że poruszam oczami, aby utrzymać jeszcze przez chwilę ten efekt.

I znowu – ważne jest, aby wybrać odpowiedni moment na zaprzestanie ćwiczenia. Gdy umysł jest oczyszczony i spokojny, kończymy ćwiczenie i pozwalamy myślom swobodnie płynąć. Oczywiście tylko pod tym warunkiem, że są to łagodne, leniwe myśli, przepływające przez umysł spokojnie. Jeśli natrętne myśli powracają, całe ćwiczenie należy zacząć od początku.

Huśtawka

Technika bardzo podobna do kołyski, jednak tu wyobrażam sobie, że siedzę na huśtawce. Staram się skupić całą uwagę swojego umysłu na rytmicznych ruchać w przód i w tył. Towarzyszy temu minimalny ruch głowy w tył i w przód (na początku ćwiczenia). I dokładnie tak, jak to się dzieje, gdy huśtamy się na prawdziwej huśtawce, trzeba ciągle podtrzymywać ten ruch, aby huśtawka nam się nie zatrzymała. Odkryłam, że właśnie takie zapętlenie się na rytmicznym, ciągle powtarzalnym ruchu, działa na mój umysł najlepiej i najszybciej przychodzi wyciszenie natrętnych myśli. Ruch musi być rytmiczny, jednostajny, wciąż taki sam. I musi być moment przerwy między jednym, a drugim impulsem. Tak, ten element ruchu i przerwy jest moim zdaniem niezbędny i kluczowy, aby wyciszyć nadwydajny umysł. W każdym razie, aby wyciszyć MÓJ umysł. Bo na mnie to działa bezbłędnie.

Mieszanie technik

Zauważyłam, że bardzo dobry efekt daje też mieszanie wszystkich trzech technik. Gdy kładę się na boku, najlepiej działa na mnie serce olbrzyma. Ale gdy nie zasnę, zanim jestem zmuszona zmienić pozycję, wtedy zmieniam technikę. Gdy leżę na plecach, wtedy przestawiam się na kołyskę lub huśtawkę. Zauważyłam, że nawet po ciężkim i obfitującym w mocne wrażenia dniu, stosując te techniki zasypiam szybko i bez problemu. Czasem stosuję je również w ciągu dnia, gdy potrzebuję się wyciszyć.

W każdym razie – karuzela myśli już nie stanowi dla mnie problemu. Chociaż z tym sobie jakoś poradziłam.

Hiperestezja – przyjaciel czy wróg?

Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Znowu nasuwa mi się odpowiedź: „to zależy”.

Jako osoba nadwydajna i nadwrażliwa, doświadczam hiperestezji na codzień i mam do niej bardzo ambiwalentny stosunek. Nadwrażliwość na bodźce zewnętrzne zwana też przeczulicą jest czymś, co niewątpliwie zmienia percepcję postrzegania świata i rzeczywistości. Czasem na lepsze, czasem na gorsze.

Ogólnie rzecz ujmując hiperestezja sprawia, że osoba jej doświadczająca żyje w świecie skrajności. Wszystko jest albo za jasne, albo za ciemne. Za zimne albo za gorące. Sweterek może być za różowy, kurtka za śliska, buty za twarde, ogórek zbyt gorzki, zupa za gorąca, tramwaj za głośny, itp. Wszystko wydaje się być zbyt intensywne. Dotyczy to również odczuwania emocji. Hiperestetyk równie często płacze z bólu, ze wzruszenia, ze smutku, co z radości.

Najpierw zajmijmy się tą lepszą, pozytywną stroną. Prawda jest taka, że osobom takim, jak ja, nie potrzeba wiele do szczęścia. Cieszy nas każda pierdoła, każdy drobiazg. Czyjś uśmiech, radość, śpiew ptaka, motyl siedzący na kwiatku, żaba na łące czy ciekawy kamień przy drodze. Wszystko nas zachwyca, zadziwia, fascynuje. Podziwiam kształt przepływających obłoków, zastanawiam się nad intensywnością kolorów, słyszę cykanie świerszczy. Wszędzie wokół widzę piękno. W drobiazgach. I to sprawia, że czuję się szczęśliwa. Zapach bzu czuję z odległości dwudziestu metrów, z ogrodu sąsiada. Ale jak sąsiad zapali skręta, to tez czuję, z tej samej odległości. Nie cierpię zapachu dymu tytoniowego. Nawet, jeśli zapaliłeś papierosa rano, na dworze, to ja wyczuję resztki zapachu dymu tytoniowego na twojej koszuli, gdy wieczorem wrócisz do domu. Nic się przed moim nosem nie ukryje. Nie zawsze mówię głośno o tym, co widzę i czuję. Często ukrywam to, że wiem. Ale mam pełną świadomość co się dzieje wokół mnie. Moje zmysły mnie o tym informują.

Zapewne każdy z was był kiedyś w kinie i oglądał film w 3D. Zakładasz specjalne okulary i nagle świat wokół się zmienia, wygląda inaczej. Otóż my tak mamy przez cały czas. Hiperestezja to takie okulary właśnie, przez które odczuwa się świat inaczej. Ale to takie okulary, które zmieniają nie tylko bodźce wzrokowe, ale wszystkie inne też. Więc jeśli oglądasz w 3D piękne sceny podwodne kręcone w oceanie, to wzdychasz z zachwytu oglądając rafy koralowe czy ławice przepływających ryb. Ale jeśli nagle w twoją stronę płynie rekin…

No właśnie. I tu jest druga strona medalu. Bo te negatywne bodźce też są dodatkowo wzmacniane. A to nierzadko powoduje cierpienie, lęk, dyskomfort, a nawet fizyczny czy psychiczny ból. Przykład z życia?

Ileż to razy słyszę jak ktoś mówi, że idzie się zrelaksować pod prysznicem. Dla nie to abstrakcja. Branie prysznica bynajmniej nie uważam za relaksujące. To dla mnie zawsze olbrzymi stres. Kąpię się, bo muszę, żeby nie śmierdzieć. Nie dlatego, że to jest przyjemne.

Myślenie rozgałęzione

Wchodzę wieczorem do łazienki. Pod prysznicem nie widzę maty antypoślizgowej. Leży zwinięta obok. Mój mąż zawsze ją wyjmuje, gdy się kąpie. Zastanawiam się czy ją rozłożyć. Nie chce mi się trochę. Myślę sekundę, może dwie. A w tym czasie w mojej głowie galopują niezliczone myśli we wszystkich możliwych kierunkach. Wiem, że jednak powinnam ją rozłożyć. Tak będzie rozsądniej. Bo wiem, że przytłoczona nadmiarem bodźców często tracę poczucie równowagi. Boję się, że bez niej upadnę. Mój zapobiegawczy umysł przestrzega mnie i potępia lekkomyślność. Myślenie – a może się nic nie stanie, nie jest dla mnie. W jednej sekundzie widzę oczami wyobraźni, jak się przewracam i łamię rękę czy nogę. Widzę jak przyjeżdża po mnie karetka, jak wiezie mnie do szpitala, jak robią mi prześwietlenie, pakują w gips, a potem leżę unieruchomiona przez całe tygodnie. Zastanawiam się kto będzie w tym czasie dbał o moje zwierzęta? Co się stanie z moją pracą? I czy ta złamana ręka zrośnie się prawidłowo? Jak ja dam radę spać ze złamaną ręką czy nogą? Przecież wtedy nie będę mogła spać w mojej ulubionej pozycji. A jeśli zatrzymają mnie w szpitalu dłużej? A co, jeśli szpitalne łóżko będzie niewygodne? Nie cierpię szpitali. Są ponure, nudne, zbyt głośne i śmierdzą.

Mój umysł w ciągu dosłownie dwóch sekund przewala tony różnych ewentualności i wiem już wszystko. Nie, dziękuję! Nie zaryzykuję wejścia do wanny bez maty. Może i nic by się nie stało, ale… po co ryzykować? To bez sensu narażać siebie i swoją rodzinę na jakieś głupie problemy i niedogodności, które wcale nie muszą się wydarzyć. Wystarczy trochę zapobiegliwości.

Jak to jest z tą przeczulicą?

Wkładam matę i wchodzę pod prysznic dygocąc z zimna. Dygocę zawsze (pomijając tylko te letnie, upalne dni), bo gdy tylko rozbiorę się do naga, od razu zaczynam marznąć. Odkręcam kurek i moje uszy natychmiast bombarduje zbyt intensywny dźwięk wody wypływającej z prysznica. Ten dźwięk boli. Jest bardzo, bardzo nieprzyjemny dla mojego mózgu. Próbuję ustawić temperaturę wody, ale jest to trudne, bo moje ciało toleruje wodę tylko o określonej temperaturze. Jeśli będzie dwa stopnie za ciepła lub za zimna, to już jest dla mnie nie do przyjęcia.

Najgorszy jest ten pierwszy moment, kiedy spływająca woda zaczyna uderzać w moje ciało. Czuję to tak, jakby spadały na mnie szpilki, a nie krople wody. Koszmarne uczucie. Tak jest przez kilkanaście pierwszych sekund. Potem mózg zaczyna się przyzwyczajać i jest bardziej znośnie. Wciąż reguluję temperaturę, bo woda wydaje mi się to za zimna, to za gorąca. Niektóre szampony pachną zbyt intensywnie. Wybieram więc te bardziej neutralne zapachowo.

I nie, nie mogę sobie po prostu napuścić wody do wanny i się wykąpać, bo nie zniosłabym takiego marnotrawstwa. Wolę już się przemęczyć i zaoszczędzić trochę. Kąpiele w wannie są nieekologiczne.

Staram się załatwić sprawę jak najszybciej. Pięć minut i zakręcam kurek z wodą. Znowu jest mi przeraźliwie zimno i trzęsę się jak galareta. Biorę ręcznik (wypłukany w płynie zmiękczającym) i okrywam się nim. Równie dobrze mogłabym się wycierać papierem ściernym. Boli. Nadwrażliwa skóra cierpi. Zakładam na siebie od razu coś ciepłego. Mięciutką, polarową bluzę, albo szlafrok. Idę do łóżka, gdzie już czeka na mnie mój mąż. Przytulam się do niego wciąż dygocąc. Śmieje się ze mnie i próbuje mnie przedrzeźniać naśladując moje szczękanie zębami. Ponieważ robi to bardzo dobrodusznie, nie złośliwie, ja też zaczynam się z siebie śmiać. A potem mąż zadziornie zadaje mi zawsze to samo pytanie: „Kochanie, nie mogłabyś kiedyś, tak dla odmiany, wykąpać się w ciepłej wodzie?”.

Wtulam się w gorące ciało ukochanego partnera. Jest mi dobrze. Czuję jego znajomy zapach, delikatny szelest pościeli. Lampka przy łóżku roztacza wkoło słabe, ciepłe światło, wiatr szepcze coś za oknem. I to natychmiast mnie uspokaja. Mój mózg powoli się wycisza. Przestaję dygotać. Jest mi dobrze, czuję taką błogość. Jestem szczęśliwa.

Hiperestezja jest nieodłącznym towarzyszem osoby nadwrażliwej i nadwydajnej. Dla ludzi nią dotkniętych wykonywanie najprostszych nawet i najbardziej oczywistych czynności bywa czasem bardzo trudne. Jesteśmy wciąż narażeni na stresujące sytuacje. Ale też równie często potrafimy doświadczać stanu absolutnej błogości i szczęścia. Ot… takie życie na karuzeli.

Tylko… jakoś do tej pory nie mogę się do tego przyzwyczaić.

Nadwrażliwość na bodźce zewnętrzne

Moja rzeczywistość krzyczy. Wszystkiego jest za dużo – dźwięków, zapachów, kolorów. Wszystko jest zbyt intensywne. Kształty są zbyt wyraziste, a przedmioty wokół zbyt szybko się poruszają. To męczy.

Photo by Yan Krukau on Pexels.com

Tu się zaczyna cała historia. W nietypowym „okablowaniu” i odmienności pracy mózgu. I z tej odmienności wynikają wszystkie problemy i nieporozumienia. Jak to działa?

Moja rzeczywistość krzyczy. Wszystkiego jest za dużo – dźwięków, zapachów, kolorów. Wszystko jest zbyt intensywne. Kształty są zbyt wyraziste, a przedmioty wokół zbyt szybko się poruszają. To męczy. Męczy do tego stopnia, że przegrzany umysł czasem się wyłącza i obojętnieje na wszystko. Ot, taki człowiek – mimoza.

Jak to wygląda w codziennym życiu?

Robię zakupy w hipermarkecie. Nie cierpię tam chodzić, ale tylko tam mają karmę, którą jedzą moje koty, a także parę innych potrzebnych mi rzeczy, których nie ma w innych pobliskich sklepach. Więc od czasu do czasu jestem zmuszona, by się tam wybrać.

Prawie zawsze wchodzę tylnym wejściem. Tam jest spokojniej. Przynajmniej mój mózg nie wariuje od razu . Mój syn idzie tuż przy mnie.

Pierwsze, co mnie uderza po wejściu, to charakterystyczny szum tła. Głosy ludzi, muzyka, praca wentylatorów, maszyn i różnych urządzeń elektrycznych, sączy się niby gdzieś tam w tle, ale dla mnie te dźwięki są aż nadto wyraźne. Mam ochotę uciec od tego szumu, ale nie ma gdzie. Wchodzę dalej i nagle wszystko zaczyna wirować mi przed oczami – biegające dzieci, ludzie mijający mnie z wózkami, sprzątaczka tańcząca walca z mopem, ruchome schody, kasjerzy przesuwający towary przy kasach… To wszystko, każdy najmniejszy ruch, dźwięk, kolor, zapach, mój nadwrażliwy mózg rejestruje w tym samym czasie i z takim samym natężeniem. Nie segreguje doznań na te ważniejsze i mniej ważne, które można pominąć. Mój mózg tego nie potrafi. Dla niego wszystko jest tak samo ważne. To powoduje, że powstaje w nim informacyjny kocioł, papka, wszystko zmielone, zlepione ze sobą i wywrócone na lewą stronę, a więc… bezużyteczne.

Mój syn idzie tuż obok mnie. Pyta mnie o coś. Nie rozumiem co do mnie mówi. Jego głos jest tylko częścią tła, niczym więcej. Nie potrafię z tego informacyjnego kołtuna wyodrębnić pojedynczej nitki jego głosu i zrozumieć o co mu chodzi. Proszę go, aby powtórzył pytanie, ale to niewiele pomaga. Wysilam umysł, aby jakoś zrozumieć. Za trzecim razem , gdy powtarza pytanie głośniej, udaje się. Pyta, czy możemy kupić jego ulubiony sok. Tak, możemy oczywiście. Po chwili syn znów o coś pyta, a ja znowu mam problem ze zrozumieniem go. W duchu proszę, aby o nic już więcej nie pytał, ale to utopia. Pada pytanie za pytaniem, a ja w tym zgiełku, który coraz bardziej huczy w mojej głowie, próbuję cokolwiek poskładać do kupy. Czuję się okropnie. Mam wyrzuty sumienia. Co ze mnie za matka?

Mijam kolejne regały które krzyczą do mnie nadmiarem kolorów i kształtów. Próbuję znaleźć te produkty, które wpisałam sobie na listę zakupów, ale niektórych nie ma w tych miejscach, w których były ostatnio. Gdzieś je przenieśli. A więc mój plan, aby wszystko sprawnie wpakować do wózka, zapłacić i jak najszybciej stamtąd zwiać, spala na panewce.

Czuję się już zmęczona. Bardzo zmęczona. Nie znalazłam kilku rzeczy z listy. Nieważne. Już ich nie chcę. Jedyne czego chcę, to stąd wyjść. Po prostu wyjść. Idę z synem do kasy. Przede mną kolejka spoconych albo zbyt mocno wyperfumowanych ciał. Boli.

Tuż obok krzyczy noworodek wrzucony przez matkę do głębokiego wózka . Ta się denerwuje. Daje dziecku smoczek, ale to nie pomaga. Dziecko nie przestaje płakać. Boli. Patrzę ukradkiem na dziecko i wiem, że jest mu za gorąco. Nie wiem, skąd to wiem, ale po prostu wiem. Potem zaczynam analizować – to przecież oczywiste. Dziecko ma założony ciepły sweterek, a do tego matka zarzuciła na nie kocyk. Jest za gorąco, by tak ubrać noworodka. Lecz jego matka tego nie zauważa. A ja się zastanawiam, jakim cudem ona tego nie widzi, nie czuje, nie wie? Przecież jest matką! Przecież to takie oczywiste! A ona, zamiast rozebrać malucha, daje mu pić.

Biję się z myślami, mówię sobie „odpuść, nie ingeruj! nie reaguj!” Ale nie potrafię. W takich momentach, gdy komuś dzieje się krzywda, zwłaszcza dzieciom, nie potrafię odpuścić. Podchodzę niby to przypadkiem i zagaduję do matki. Pytam, czy nie potrzebuje jakiejś pomocy. Patrzy na mnie zdziwiona. „Biedny maluszek… – mówię – chyba ma dzisiaj zły dzień. A może jest mu za gorąco? Taki ciepły dzień dzisiaj” – podsuwam nieśmiało myśl, najmniej inwazyjnie, jak tylko potrafię. „Nie, wszystko jest ok” – odburkuje zdenerwowana matka i dalej próbuje wcisnąć wrzeszczącemu dziecku smoczek. Odpuszczam. Jestem zbyt zmęczona, zbyt skołowana, zbyt obolała. Przynajmniej próbowałam.

Czuję się jak kaczka na strzelnicy. Mój syn wciąż mnie o coś pyta, ale ja obojętnieję na jego pytania. Już nawet nie próbuję odpowiadać. Po prostu go ignoruję, co wywołuje u niego irytację i jawny psychiczny dyskomfort. Jest zdziwiony – dlaczego mama tak dziwnie się zachowuje? Z trudem wypakowuję zakupy z koszyka i kładę je na taśmę. Młoda i sympatycznie wyglądająca kasjerka przesuwa każdą rzecz przez skaner. W żółwim tempie. Zastanawiam się którą godzinę już pracuje. Sprawdzam jej plakietkę i widzę, że ma na imię Marissa. Przyglądam jej się uważnie skanując każdy detal. Ma ciekawy kolor włosów (ciemny, na pewno naturalny, nie farbowany, bo jej brwi mają dokładnie ten sam odcień) i ładne, gustowne kolczyki. Zastanawiam się skąd jest, ale nie mam odwagi zapytać. Marissa ma zmęczone i smutne oczy. Próbuje się do mnie uśmiechać tymi oczami, a ja widzę od razu ile wysiłku ją to kosztuje. Jest zmęczona. Ciekawe którą godzinę już pracuje? Wymuszony uśmiech wypada sztucznie i nieprzekonująco. Ale tak ich uczą w angielskich supermarketach. Kasjerka ma być miła i grzecznie się uśmiechać. Nawet po wielu godzinach pracy. Zdobywam się na ten sam uprzejmy gest i posyłam jej mój uśmiech. Podejrzewam, że wypadł jeszcze gorzej.

Maluch w wózku obok ciągle płacze.

Niezdarnie pakuję zakupy. Szybko i byle jak. Nie mogę rozłożyć drugiej torby, uszy się plączą, mam problem z włożeniem kartonika z mlekiem do środka. Karta wyciągana z portfela w pośpiechu wypada mi z ręki na podłogę. Schylam się, podnoszę ją i w tej samej chwili wpadam na kogoś z tyłu, kto właśnie odjeżdża wózkiem. Prawe udo boli mnie nieznośnie. Będzie siniak. Szlag by to trafił… jaki jest mój pin?

Mam dość. Chce mi się płakać. Płacę i opuszczam kasę w pośpiechu. Czuję się tak, jakby mnie ktoś wychłostał. Zatrzymuję się jeszcze na chwilę tuż za kasą, żeby przepakować część zakupów do osobnej torby. Mój syn stoi z boku, zrezygnowany. O nic już nie pyta. Wówczas kątem oka zauważam, że znajoma matka przy kasie pochyla się nad wózkiem i ściąga dziecku sweterek, a kocyk odsuwa na bok. Dziecko przestaje płakać.

Do domu wracam wykończona. Syn bez słowa, markotny, idzie do swojego pokoju na górę. W drodze powrotnej próbowałam mu wytłumaczyć dlaczego zachowywałam się w sklepie tak dziwnie, ale chyba niewiele z tego zrozumiał. A miało być tak fajnie. Wspólny krótki wypad na zwykłe, normalne, popołudniowe zakupy.

Sprawdzam godzinę na zegarku. Wyszliśmy z domu godzinę temu. Biorąc pod uwagę, że droga w jedną stronę do sklepu zajmuje trochę ponad dziesięć minut, oznacza to, że w samym sklepie spędziliśmy niecałe 40 minut. Dlaczego więc mam wrażenie, że byłam tam cały dzień? Próbuję sobie wyobrazić siebie pracującą przez osiem godzin w hipermarkecie. Ale na samą myśl, że mogłabym pracować tak, jak Marissa, robi mi się nie dobrze. Ne mogłabym. Mimo najlepszych chęci nie dałabym rady. Mój mózg by eksplodował.

Zostawiam w kuchni nierozpakowane zakupy i idę do sypialni. Muszę się położyć. Chciaż na chwilę. Zamknąć oczy, zniknąć wszystkie dźwięki, zabić kolory, zneutralizować zapachy, odciąć ruch i… wyłączyć się, odciąć od świata. Czuję, jak mózg mi paruje. Równie dobrze można by mnie wsadzić do pralki i włączyć wirowanie.

Najgorsza jest myśl, że nie kupiłam jeszcze paru rzeczy i wkrótce będę musiała pójść TAM jeszcze raz.