Milczenie jest złotem

Nadwydajny umysł widzi i rozumie więcej. Czasem zbyt dużo. Zbyt dużo, by móc normalnie żyć. Zwłaszcza, gdy wokoło niemal sami „normalni” ludzie.

Już od dawna nie mówię tego, co naprawdę myślę. Bo nie potrafię.

Przychodzi do mnie klient. Zaczyna coś mówić o kościele, o religii. O tym, że córka do komunii idzie niedługo. I żebym jej odpuściła teraz trochę, żebym nie zadawała za dużo, bo przygotowania do komunii są teraz absolutnie najważniejsze. Pianino może poczekać. Oczywiście nie jestem tym zachwycona. Szkoda dziecka. Zwłaszcza, że takie zdolne. Kilka tygodni bez ćwiczenia i będzie regres. Ale cóż… muszę uszanować decyzję klienta. W końcu ma do niej prawo.

I nie ma znaczenia, jak bardzo miałabym mu powiedzieć, że ten Bóg, w którego on tak żarliwie wierzy, nie istnieje. Ten, który straszy piekłem i kusi niebem. Nie ma nieba, ani nie ma piekła. A całe to religijne zamieszanie nie ma najmniejszego sensu. To tylko strata czasu, łamane przez „życie w ciągłym lęku przed grzechem”, łamane przez „życie w ciągłym poczuciu winy”.

Ale oczywiście mu tego nie powiem. Nie mogę mu tego powiedzieć. Nie mam prawa. Najprawdopodobniej przyjdzie i w jego życiu taki czas, gdy w naturalny sposób dojrzeje do zmiany przekonań. Zapewne jeszcze wiele wcieleń musi przeżyć, wiele doświadczyć aby to mogło nastąpić, ale kiedyś na pewno nastąpi. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Wszyscy zmierzamy w tym kierunku.

Dla kogoś takiego, jak ja, kto pamięta swoje poprzednie wcielenia, tkwienie w świecie ludzi głęboko religijnych, jest rzeczą wyjątkowo trudną. Gdybym szczerze i otwarcie mówiła wszystkim co myślę (na przykład o religii) ludzie zaczęliby mnie unikać. Zaczęli by mnie postrzegać jako tę „dziwną” panią, niebezpieczną. Straciłabym pracę. Lepiej, żeby dzieci nie miały ze mną kontaktu. Bo jeszcze „zarażę je” swoimi chorymi poglądami. Zakładam więc grzecznie jedną ze swoich masek i pytam z uśmiechem, czy sukienka już wybrana i ilu zaprosili gości? Dopytuję, czy babcia z dziadkiem przyjadą na komunię wnuczki. Rozmawiam z nimi tak, jakby i dla mnie ten temat był ważny. Wspieram słowem, proponuję pożyczenie sztućców na czas imprezy (gdyby im zabrakło), życzę dużo siły, wytrwałości i pięknej pogody na samą uroczystość. Szczerze i od serca. I naprawdę się cieszę, gdy potem opowiadają, że impreza fantastycznie się udała i wszyscy byli zadowoleni. Nie ma znaczenia, jak bardzo bezsensowne wydaje mi się całe przedsięwzięcie. Ale to przecież nie moje życie. Jakie ja mam prawo kogokolwiek oceniać, albo mówić mu, co jest dla niego dobre, a co nie? Jakie ja mam prawo mówić komuś innemu jak ma żyć?

Wystarczyło mi siedem lat. Tyle miałam, gdy swoim nadwydajnym umysłem połączyłam wszystkie kropki i stwierdziłam, że nie chcę chodzić do kościoła. Że religia to bzdura. Posłuchałam tego, co mówi ksiądz, a potem poobserwowałam, jak się zachowuje, jak żyje. I uznałam, że coś się tu bardzo nie zgadza. Dopiero póżniej, gdy nauczyłam się definicji słowa hipokryzja, zrozumiałam, co wtedy czułam.

Bardzo rzadko mówię to, co naprawdę myślę. A ponieważ nie potrafię kłamać, najczęściej milczę, gdy nie mogę powiedzieć prawdy.

Raz jeden zrobiłam wyjątek. Pewnego dnia zapukali do moich drzwi świadkowie Jehowy. Zaczęli zasypywać mnie swoimi broszurkami i mówić mi, co powinnam robić, żeby trafić po śmierci do ich nieba. Jedna z tych osób była bardzo napastliwa, wręcz agresywna w swoich wypowiedziach. Postanowiłam więc zrobić eksperyment i po prostu powiedziałam im prawdę. Wszystko to, co wiem i co myślę. Że coś takiego, jak śmierć, nie istnieje. Że nie ma Boga takiego, jak oni go postrzegają, w sensie „dziadka na chmurce”, który za dobre wynagradza, a za złe karze. Że dusze wcielają się setki razy w różne ciała, przyjmując na siebie różne role (od oprawców po ofiary), aby móc wszystkiego doświadczyć i uczyć się na swoich błędach. Tylko w ten sposób, powtarzając lekcje, przerabiając nowe tematy, można się doskonalić i wzrastać duchowo, co jest przeznaczeniem każdego z nas.

Opowiedziałam im też o jednym z moich wcieleń na planecie innej, niż Ziemia.

Już nie dyskutowali ze mną. Szybko się ulotnili w milczeniu i od tamtej pory nie zapukali do moich drzwi. Zapewne zostałam wpisana na „czarną listę” tych osób, których absolutnie nie należy już nigdy więcej odwiedzać. W ich oczach jestem pewnie potencjalnie niebezpieczna.

Bardzo bym ciała, ale nie mogę mówić prawdy. Muszę udawać „normalną”, by jako tako normalnie żyć. Może to właśnie dlatego większość ludzi uważa mnie za osobę małomówną. Faktycznie tak jest. Mówię właściwie tylko wtedy, gdy muszę. Staram się też jak mogę nie częstować świata moimi poglądami na rzeczywistość, unikam odpowiedzi na trudne pytania, zgrabnie zmieniam temat na inny, bezpieczniejszy. Gdy mi się czasem coś wymsknie, robi się nagle sztywno i nieprzyjemnie, a atmosfera wokół nagle gęstnieje.

Niezwykle rzadko też jestem napraszana gdziekolwiek. Na wszelkiego rodzaju imprezy się nie nadaję. Alkoholu nie pijam. W zasadzie nie jem też mięsa, co dla wielu osób stanowi niejaki problem, bo musiałyby specjalnie dla mnie przygotowywać osobne dania. Nie bawią mnie też rozmowy o głupotach. Szybko zaczynam się nudzić w towarzystwie podchmielonych śmieszków, którym zaczynają się plątać języki.

Czasem próbuję zacząć jakiś ciekawy dla mnie temat, ale zwykle nie ma odzewu. Rzadko udaje mi się kogoś wciągnąć w bardziej interesującą rozmowę dotyczącą jakiegoś poważniejszego, trudniejszego tematu. Gdy widzę, że nikogo mój temat nie zainteresował, wtedy milknę. Bo i któż by chciał rozmawiać o tym, że sadzimy za mało drzew, że należałoby budować więcej zbiorników retencyjnych, powinniśmy się zastanowić jak inaczej pakować produkty w sklepach, aby ograniczyć ilość plastikowych opakowań, albo że moglibyśmy obsiewać pola uprawne inaczej, zostawiając wąskie pasy nieużytków i na nich siać chwasty i kwiaty nektarodajne, dla trzmieli i pszczół. Każdego roku wysiewam w swoim ogrodzie facelię dla pszczół. Ale kogo to obchodzi?

Nasi grali wczoraj. Wygrali 2:0 (ktoś zmienia nagle temat). I rozmowa toczy się dalej. Jak widać są sprawy ważne i ważniejsze.

Tak, jednak wolę milczeć. Bo czasem po prostu szkoda prawdziwych słów.

Dodaj komentarz