Po raz kolejny życie udowodniło mi, że robienie jakichkolwiek życiowych planów nie ma najmniejsze sensu. A może inaczej. Planować można, ale bez zbytniego przywiązywania się do swoich planów. Bo los (łamane przez przeznaczenie) ma wobec nas swoje własne plany.
Już po raz drugi w ciągu ostatnich kilku lat zmuszeni jesteśmy wyprowadzić się z wynajmowanego domu, bo właściciel postanowił ów sprzedać. Trudno się żyje bez kawałka własnego kąta. Dzisiaj masz miejsce, żeby głowę położyć, a jutro już nie. Ale jakimś cudem pojawiła się szansa, aby kupić własny dom. Właśnie podpisaliśmy umowę. Pod koniec czerwca mamy dostać klucze do własnego domu.
Czuję się dziwnie. Powinnam skakać z radości, bo przecież zawsze marzyłam o własnym domu. I moje marzenie właśnie się spełnia. Tymczasem wpadłam w jakieś dziwne odrętwienie. To wszystko wydaje mi się jakieś takie… mało rzeczywiste.
Myślę, że to dlatego, iż właśnie sobie uświadomiłam, że miejsce, w którym aktualnie mieszkam, było jak dotąd tym najszczęśliwszym, w którym dane mi było żyć w obecnym wcieleniu. Szczęśliwy dom. Duży, ze sporym ogrodem pełnym zwierzaków i własnoręcznie posadzonych drzew i kwiatów. Całe lato spędzane na dworze, grzebanie w ziemi, podlewanie pomidorów, podglądanie, jak wróble podkradają kurom pszenicę z kurnika. Parka zaprzyjaźnionych gołębi, która czeka na mnie co rano, aby pozbierać ziarno, które rozsypuję specjalnie dla nich na trawie. Moje świnki morskie z zaangażowaniem koszące trawnik. Trzmiele oblatujące wierzbę iwę i zbierające pyłek z kwitnących bazi. Sama te wierzby posadziłam. Z myślą o trzmielach właśnie. Jest ich sporo w tej okolicy ku mojej wielkiej radości Bo jeszcze są.
Nie, wcale nie mam ochoty się stąd wyprowadzać. To dobry dom. Czuję się tu bardzo szczęśliwa. A teraz to wszystko trzeba będzie zostawić i iść dalej. Zaczynać od nowa, w innym miejscu.
Czasem sobie myślę, że już mi się nie chce. Zaczynać od nowa. Może to starość? A może za dużo wzięłam sobie na łeb w tym wcieleniu i po prostu czuję się zmęczona? Chciałabym już odpocząć. Mam nadzieję, że będę się przeprowadzać po raz ostatni w tym życiu, bo nie lubię przeprowadzek. I że wierzba iwa, którą posadzę w swoim nowym ogrodzie szybko urośnie, bym mogła się cieszyć wiosną z widoku oblatujących ją trzmieli. Że i tam znajdzie się miejsce, by wysiać facelię dla pszczół. I jakiś kącik dla moich kur, które tak chętnie przesiadują na moich kolanach w ciepłe, słoneczne dni.
Dom będzie mały, ciasny. Nie będzie w nim tyle miejsca, ile mieliśmy tutaj. Trochę się obawiam tej ciasnoty. Ale też wiem, że szybko się przyzwyczaję. Zawsze szybko się przyzwyczajam do zmian. Tylko na początku jest ciężko. Potem, mój nadwydajny umysł bardzo szybko zaczyna dostrzegać nowe możliwości i eksploduje wręcz od ilości pomysłów na zagospodarowanie nowej przestrzeni. A gdy ta zaczyna nabrać wyraźniejszych barw i kształtów, gdy zmienia się powoli w moją własną, osobistą przestrzeń, wtedy przychodzi radość, spełnienie i spokój.
Mam nadzieję, że to będzie równie szczęśliwy dom. Dom, z którego już nikt nie każe mi się wyprowadzać. Nigdy. No chyba, że od razu na tamten świat. Ale wtedy, to już odejdę zadowolona, spełniona i… bez żalu.
