„I… niech pan będzie dobry dla swoich dzieci!”

To był trudny dla mnie rok. Choroba postępowała, nie miałam pracy. Byłam zaraz po szkole, bez pomysłu na siebie. Próbowałam więc łapać się czego się dało. Od dziecka ładnie malowałam. Wpadłam więc na pomysł, że spróbuję zacząć tym zarabiać na życie. Zaczęłam malować obrazy. I miałam trochę szczęścia, bo zaczęły się one sprzedawać, a po roku, dwóch, zaczęłam funkcjonować w moim malutkim, rodzinnym miasteczku, jako młoda artystka. Zorganizowałam kilka wystaw, wygrałam jeden z lokalnych konkursów dla artystów plastyków. Potem dostałam kilka płatnych zleceń. Jednym z tych ciekawszych było namalowanie obrazów z martwą naturą do nowo powstałej restauracji.

A potem… dostałam zlecenie (a raczej prośbę) pomalowania ściany w naszym lokalnym domu dziecka. Na obrazku miało być dużo bawiących się zwierzątek, słoneczko, drzewka, tęcza – czyli wesoło i kolorowo.

No i zaczęłam swoją pracę. Zaprowadzono mnie do odpowiedniej sali, pokazano tę wybraną do pomalowania ścianę, udostępniono stoliki, abym mogła na nich stać podczas pracy. Dzieci podchodziły i zagadywały. Jedne z wyraźnym piskiem radości, inne nieśmiało, próbując być, a jednocześnie zniknąć. Obserwowały z dużym zainteresowaniem, jak postępuje proces twórczy i jak pojawiają się na ścianie coraz to nowe zwierzątka. Niektóre z dzieci chciały pomagać. Mój mąż, który towarzyszył mi wtedy, nadzorował kolejność w jakiej dzieci podawały mi farby i pędzle. Widziałam radość w ich oczach i to było dla mnie wspaniałe. W międzyczasie przychodzili też wychowawcy. Coś tam opowiadali o swojej pracy. O tym, jak to jest być wychowawcą w domu dziecka. Słuchałam z bólem serca.

A potem przyszedł grudzień. Ponieważ nie wzięłam ani grosza za swoją pracę, zostaliśmy oboje z mężem zaproszeni na wigilię do tegoż samego domu dziecka. Pani dyrektor chciała choćby w taki symboliczny sposób nam się zrewanżować i podziękować. Zaskoczyło mnie, jak skromna to była uroczystość. Chleb z dżemem i kilka plasterków kiełbasy. Do tego słodzona herbata. To wszystko, co dostały dzieci tego dnia do jedzenia. Żadnych prezentów. Ale była choinka. Żywa w dodatku. Więc jakaś namiastka świątecznej atmosfery była.

Nie zapomnę momentu dzielenia się z dziećmi opłatkiem. Niektóre milczały, inne płakały. Jeszcze inne próbowały składać życzenia sobie na wzajem i wychowawcom.

Jedna z dziewczynek podeszła do mojego męża z opłatkiem w małej rączce i powiedziała: „Dużo zdrowia, szczęścia i… i niech pan będzie dobry dla swoich dzieci.”

Są takie momenty w życiu, które z niewiadomych przyczyn pamięta się bardziej niż inne. To był jeden z takich momentów właśnie, który nie tylko potrafił wryć się w mój mózg i serce, ale też zaważyć na całym moim dalszym życiu. Gdyby te słowa wypowiedział ktokolwiek inny – moja sąsiadka, znajoma w pracy, jeden z przyjaciół, były by one oczywiście ważne, ale jednak na tyle oczywiste, że nie zapadłyby mi w pamięć na długo. W ustach siedmio, może ośmioletniej, przeraźliwie samotnej dziewczynki z domu dziecka, nabrały zupełnie innego wyrazu. Moc przekazu była nieporównywalna.

Potem, gdy już sama zostałam mamą, te słowa często powracały do mnie. I zastanawiałam się, czy jestem wystarczająco dobrą mamą dla mojego synka? Te słowa motywowały mnie do jeszcze cięższej pracy nad sobą. W końcu jestem DDD, a to raczej nie pomaga w byciu dobrym rodzicem. Musiałam poradzić sobie ze wszystkimi toksycznymi wzorcami zachowań, które zostały mi wdrukowane w dzieciństwie przez moich własnych rodziców. Te słowa wracały do mnie jak bumerang, zwłaszcza wtedy, gdy brakowało mi sił. Po wielu niedospanych nocach, gdy choroba mocno dawała mi się we znaki, ból towarzyszył mi nieustanie, a opieka nad jakże trudnym (autystycznym) dzieckiem wydawała się ponad moje siły. Pomocy nie miałam znikąd. Byłam sama i zdana wyłącznie na własne siły.

Wracały zawsze, gdy miałam dość i po prostu chciałam pójść po linii najmniejszego oporu – nakrzyczeć, strzelić klapsa w tyłek, obrazić się, odejść i mieć spokój choć przez chwilę. To dzięki tym słowom właśnie nigdy tego nie robiłam i zawsze w porę udało mi się opanować emocje, złapać dystans.

Ta mała dziewczyna, której imienia nigdy nie poznałam, jest ze mną do dziś. I zostanie w moim sercu na zawsze, jako jedna z najważniejszych nauczycielek życia w moim obecnym wcieleniu. Nawet nie potrafię powiedzieć ile jej zawdzięczam. Ona coś we mnie wtedy obudziła. Tym jednym wypowiedzianym zdaniem zapoczątkowała pewien proces. Podniosła moją samoświadomość o stopień wyżej. O dziwo! Choć były to słowa wypowiedziane do mojego męża, to właśnie na mnie podziałały. Widocznie to ja je przede wszystkim miałam usłyszeć.

„I niech pan będzie dobry dla swoich dzieci”.

Tak… bądźmy dobrzy dla naszych dzieci. Niech nam nigdy nie zabraknie cierpliwości, wyrozumiałości, spokoju, opanowania. Nie złośćmy się o byle co. Nie krytykujmy, nie szufladkujmy, nie odrzucajmy. Akceptujmy i kochajmy. Rozsądnie i konsekwentnie wyznaczajmy granice. Zadbajmy o to, aby nasze dzieci czuły się chciane, kochane i bezpieczne.

I przede wszystkim bądźmy stale obecni! Powtarzajmy wciąż naszym dzieciom, że w razie jakichkolwiek kłopotów, problemów, zawsze mogą liczyć na nasza pomoc i wsparcie.

Uczmy samodzielnego myślenia i ogólne pojętej życiowej samodzielności. Ale też pokazujmy, że czasem warto poprosić o pomoc i wsparcie. Pokazujmy na przykładzie swojego życia, które zachowania są właściwe, a które nie. Oczywiste jest przecież, że dzieci robią nie to, co im każemy, ale to, co my sami robimy. One kopiują nieświadomie nasze zachowania.

Uczmy postrzegania różnych odcieni szarości. Wszak świat nie jest czarno biały. Uczmy patrzenia z różnych punktów widzenia. Uczmy akceptacji i tolerancji, ale też jednocześnie asertywności i odwagi bycia sobą. Uczmy sztuki kompromisu. Motywujmy do działania, do poszukiwania własnej życiowej drogi. Uczmy nasze dzieci dbać o ich piękny dom zwany Ziemią. Uczmy szacunku do wszystkich żywych istot, a także dbałości o to, co pozostaje nieożywione. W końcu wszystko jest jednością.

Nie na darmo mówi się, że losy świata ważą się w dziecinnym pokoju. I dokładnie tak jest. Bo to od naszych dzieci, gdy dorosną, będzie wyglądało to, jaki kiedyś będzie ten świat.

Dodaj komentarz