Wychodzenie poza rzeczywistość.

Towarzyszy mi bardzo często. W zasadzie od wczesnego dzieciństwa. Pierwszy raz doświadczyłam tego dziwnego stanu mając pięć lat.

Bardzo trudno ten stan opisać, ale gdybym już miała się uprzeć, żeby to zrobić, określiłabym to jako poczucie odrealnienia lub może bardziej wychodzenie poza rzeczywistość.

Tego dnia, gdy po raz pierwszy to poczułam, moi rodzice w domu bardzo się kłócili. Ja, aby tego nie słuchać, wyszłam sama na podwórko, co w latach osiemdziesiątych było rzeczą zupełnie normalną. Wtedy dzieci (nawet kilkuletnie) wychodziły same na podwórko i tam spędzały niemal całe dnie.

Ale ja wtedy nie miałam ochoty się z nikim bawić. Czułam się dziwnie. Byłam bardzo smutna. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że z tym światem, w którym żyję, jest „coś nie tak”. Cała ta rzeczywistość, w której byłam zanurzona, wydawała się niezrozumiała i po prostu zła. Myślałam sobie wtedy, że to wszystko nie tak powinno wyglądać. Czułam ogromny niepokój. Bałam się wrócić do domu. Bałam się kłótni, awantur o byle co, fizycznej przemocy ze strony ojca, braku akceptacji i wsparcia ze strony matki.

Tuż obok drogi, która przebiegała obok mojego domu, rosły stare kasztanowce. Pamiętam, że wtedy podeszłam do jednego z nich i próbowałam objąć go drobnymi rączkami. Ale nie byłam w stanie. Pień był zbyt gruby. Przytuliłam się więc do chropowatej, nagrzanej od słońca kory i zaczęłam płakać. To był niemy płacz. Nie taki, jakim zwykle płaczą pięcioletnie dzieci. Nie wydałam z siebie żadnego dźwięku, ale łzy płynęły mi ciurkiem po policzkach. Płakałam jak dorosła osoba.

„Nie chcę tu być! Zabierzcie mnie stąd! Ja się tu nie nadaję! Tu wszystko jest nie tak!” – coś we mnie wrzeszczało, tam w środku, buntowało się, nie zgadzało się na taką koszmarną rzeczywistość, pełną przemocy, permanentnego strachu, odrzucenia. Jakaś część mnie rozumiała, że świat nie powinien tak wyglądać. Choć miałam pięć lat, wiedziałam, a może bardziej… czułam, że to wszystko, co dzieje się wokół mnie, jest nienormalne. Nie tak powinna wyglądać rzeczywistość pięcioletniego dziecka.

Wtedy (nie mam pojęcia czemu?) nagle ogarnął mnie jakiś niewypowiedziany spokój i dziwny rodzaj ukojenia. Poczułam się tak, jakbym nagle wyszła poza rzeczywistość i zobaczyła świat „z boku”. Zupełnie tak, jakby to była tylko taka głupia, wymyślona gra, albo niezwykle wciągający film, podczas oglądania którego zatraciłam się bez reszty. A teraz ktoś nagle wyłączył całą fonię, a obraz rozmazał. I wtedy wszystko zastygło i straciło całą swoją moc i znaczenie.

To był pierwszy raz, kiedy doświadczyłam tego stanu. Potem to poczucie wracało w różnych sytuacjach, w różnym czasie, w różnych stanach emocjonalnych. Bardzo często doświadczałam go również zaraz po wybudzeniu się ze snu. Zwłaszcza, gdy to były „te” sny.

Od kilku lat doświadczam tego stanu bycia „poza rzeczywistością” niemal permanentne. Czym to skutkuje? Chyba tym, że złapałam nieprawdopodobny wręcz dystans do wszystkiego, co się wokół mnie dzieje. A to pomaga mi nie zwariować w świecie, w którym zdecydowałam się żyć, a do którego tak bardzo i pod każdym względem nie pasuję.

Czuję, że rzeczywistość nie jest tak naprawdę rzeczywista. Przychodzimy na ten świat doświadczać i uczyć się, odkrywać prawdę o sobie. Ale to tylko taka gra, symulacja, swoisty teatr cieni. I nic tak naprawdę się nie liczy oprócz tego, aby starać się żyć jak najlepiej i jak najpiękniej. Aby pokonywać swoje słabości i wciąż się doskonalić. Aby uczyć się kochać wciąż mocniej, pełniej i dojrzalej. Aby rozumieć coraz więcej każdego dnia.

Jeden komentarz na temat “Wychodzenie poza rzeczywistość.”

  1. Ile sama takich łez wylałam, to już nie zliczę. Czasem płakałam, że chcę do domu. Nie do tego, w którym byłam… Płakałam z tych samych powodów co Ty. Oj, znam to.

    Polubienie

Dodaj komentarz