Czasem tak mam. To przychodzi samo, ot tak. Chciałabym móc przytulić cały świat. Wszystkie żywe istoty, każdą po kolei i bez wyjątku. Każdego głodnego nakarmić, smutnemu otrzeć łzy, przestraszonego uspokoić, samotnemu podać dłoń i powiedzieć „jestem z tobą” (a w zasadzie… „jestem tobą”).
Ale nie mogę. Nie da się zmienić rzeczywistości, ani jej naprawić. Nie da się zniknąć cierpienia. Nie da się rozwiązać ot tak wszystkich problemów tego świata. Gdy sobie to uświadamiam, jest mi źle. Pojawia się bezsilność, z którą nie potrafię sobie poradzić. To głupie i naiwne powiecie. Ależ ja to wiem! Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. I co z tego, skoro ta świadomość niczego nie zmienia i nie przynosi ulgi?
Świat jest dokładnie taki, jaki ma być i inny nie będzie. To jasne. A ja nie mam obowiązku nosić na swoich barkach wszystkich problemów tego świata. Kim ja do cholery jestem, aby próbować zmieniać cokolwiek, skoro ma być tak, jak jest? Wciąż sobie to tłumaczę. Ale skoro to wszystko wiem, to dlaczego tak trudno mi się z tym pogodzić? Dlaczego patrzenie na cierpienie wokół jest aż takie trudne? Tak wiele rzeczy chciałabym zmienić, tak wielu osobom pomóc, a nie mogę.
Bezsilność to jedna z najgorszych rzeczy, z jaką aktualnie się mierzę. Wciąż uczę się akceptować to uczucie w sobie, ale na razie chyba kiepsko mi idzie.
Może jeszcze nie wydarzyło się w moim życiu coś, co pomoże mi to zmienić? Ale może jeszcze się wydarzy? Kto wie?
