Ten temat i problem dotyczy każdej osoby nadwydajnej mentalnie. Mnie również dotyczył. Przez niemal całe moje życie miałam poważny problem z zasypianiem wieczorem. Mój mózg zawsze i niestrudzenie coś mieli. Rozgałęzione myślenie potrafi jedną prostą myśl rozbuchać i rozniecić z niej pożar w mojej głowie. Pożar, który trudno ugasić i który zdaje się trwać w nieskończoność. Dla nadwydajnego niedospana czy nieprzespana noc, to normalka.
Próbowałam stosować zalecane przez lekarza techniki relaksacyjne (świadome oddychanie, medytacja), ale to nie pomagało. Wręcz dawało odwrotny skutek. Zwłaszcza technika wdech przez nos i wydech ustami wręcz doprowadza mnie do szału, irytuje, męczy. Długo próbowałam, naprawdę się starałam, ale to działa na mnie odwrotnie niż powinno. Może i na typowy mózg to działa dobrze, ale na mój nie.
Jako, że osoby nadwydajne są uznawane (nie bezpodstawnie) za bardzo kreatywne, postanowiłam sama poszukać czegoś, co zadziała na mój mózg i pozwoli mi go uspokoić, wyciszyć. I po wielu próbach – udało mi się. Ale to skomplikowane. Trzeba zadziałać na wielu płaszczyznach jednocześnie. Ale w moim przypadku zdziałało to cuda, więc było warto. Od roku przesypiam spokojnie całe noce, a samo zasypianie z kilku godzin skróciło mi się do 15-30 minut. Karuzela myśli w mojej głowie zatrzymuje się niemal od razu, jak na rozkaz.
Zmiana diety
To pierwsza rzecz, która bardzo mi pomogła. Mocno ograniczyłam w swojej diecie spożycie prostych węglowodanów, a już niemal zupełnie wyeliminowałam cukier. Żadnych ciasteczek, cukierków, słodzonych napojów. Żadnych słodzonych jogurtów, ani produktów, które mają dodany „ukryty cukier” (np. kechaup). Wiem, to okrutne. Ale co ja zrobię, że pomaga?
Cukier to mega pożywka dla mózgu. Hiper-paliwo, które dodatkowo jeszcze rozpędza i tak już nadwydajny i nadreaktywny mózg. Tak więc im mniej cukrów prostych w naszej diecie, tym lepiej.
A odkryłam to zupełnym przypadkiem. Otóż rozchorowałam się dosyć poważnie półtora roku temu i lekarz dał mi ostre zalecenie zmiany diety na przeciwzapalną (zero cukru, zero mleka, zero pszenicy). Tak więc zaczęłam tę dietę stosować zupełnie z innych powodów niż nadwydajność (o której wtedy nawet jeszcze nie wiedziałam). Po miesiącu stosowania takiej diety zauważyłam nieoczekiwane zmiany w funkcjonowaniu swojego ciała. Po pierwsze – ustąpiły całkowicie objawy astmy, z którą borykałam się od wielu lat. A także, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, zniknęła gdzieś moja alergia na koty. Mimo alergii mam w domu dwa sierściuchy i strasznie mnie ta alergia męczyła. Musiałam ciągle brać leki antyhistaminowe. teraz przestałam, a o alergii zapomniałam. Do tego bardzo złagodniały dolegliwości ze strony układu pokarmowego (zespół jelita drażliwego), a czwarta i najbardziej zaskakująca – zaczęłam lepiej spać. Szybciej zasypiałam, nie budziłam się w nocy. Moje ciało odżyło.
Tak więc – to, jak się odżywiamy (czy nam się to podoba, czy nie), ma na nas ogromny wpływ! Sama, na własnej skórze się o tym przekonałam.
A teraz już przechodzę do konkretnych technik, które sama wymyśliłam i które regularnie stosuję, by zatrzymać „karuzelę myśli”, zrelaksować się i szybko zasnąć.
Serce olbrzyma
To moja ulubiona i najczęściej stosowana technika. Wpadłam na nią przypadkiem, obserwując sposób, w jaki znajoma usypiała na rękach swojego małego, ośmiomiesięcznego synka. Brała go na ręce, kładła go na sobie tak, że główkę maluch opierał na jej ramieniu, a potem, chodziła tak z nim po pokoju poklepując go delikatnie i rytmicznie po pleckach. Patrzyłam wtedy z niedowierzaniem, jak przed chwilą rozbiegany jeszcze i rozwrzeszczany maluch zasypiał w zaledwie kilka minut. To mi się wydawało aż niemożliwe. Zaczęłam wnikliwiej obserwować. To poklepywanie po pleckach… Miarowe, rytmiczne, spokojne. Od samego patrzenia na to robiło mi się jakoś błogo i spokojnie. To przypominało trochę rytm, w którym bije serce – dwa szybkie uderzenia i przerwa, a potem znowu to samo, powtarzane raz po raz.
Postanowiłam sama tego spróbować. Ale oczywiście musiałam wymyślić jakąś inną formę. Raczej marnie by to wyglądało, gdyby ktoś musiał mnie wieczorem oklepywać po plecach. Postanowiłam więc użyć wyobraźni i nieco tę technikę zmodyfikować.
Położyłam się wieczorem do łóżka na godzinę wcześniej, niż robię to zwykle. Sama, bez męża, aby móc się skoncentrować i aby nic mnie nie rozpraszało. Znalazłam wygodną pozycję. Wyobraziłam sobie, że znajduję się tuż pod sercem olbrzyma. Zaczęłam się wsłuchiwać w odgłosy jego bicia: puk! puk! – przerwa – puk! puk! – przerwa – puk! puk! – przerwa. Serce olbrzyma bije wolniej. Znacznie wolniej niż serce człowieka. A gdy już sobie wyobraziłam ten rytm, zaczęłam go delikatnie wystukiwać na przemian wskazującym i serdecznym palcem jednej ręki. Na początku pukałam delikatnie, ledwie zauważalnie w ramę łóżka, potem, po zmianie pozycji, już tylko w powietrzu. Dwa poruszenia palcami – przerwa. I tak w kółko. Starałam się skupić całą uwagę mojego mózgu na tym momencie, w którym znów zabije serce olbrzyma. Odkryłam, że na początku, ten fizyczny ruch palcami jest konieczny. Potem, gdy mój umysł powoli zaczyna się wyciszać, mogę już fizycznie przestać stukać, a jedynie wyobrażać sobie ten ruch. I to działa tak samo.
Za każdym razem, gdy mój mózg próbuje uruchomić myślenie i analizowanie, zawracam swoją uwagę na bicie serca olbrzyma. Wyczekuję kolejnego uderzenia. Po kilkunastu minutach moja głowa jest praktycznie pusta i przepływają przez nią jedynie strzępki bladych myśli.
Kolejną, bardzo ważną częścią tej techniki jest porzucenie jej w odpowiednim momencie. To znaczy, kiedy mózg jest już zrelaksowany. Wtedy pozwalam łagodnym myślom swobodnie przepływać przez mój umysł. Gdy zbyt mocno się skupiam na samej czynności zasypiania, zaczynam się znowu stresować i karuzela wraca. Nie zaśniesz, gdy za wszelką cenę będziesz starał się zasnąć. Wystarczy, że zrelaksujesz i oczyścisz swój umysł, a wtedy sen przyjdzie sam.
Technika serca olbrzyma bardzo mi też pomogła na pozbycie się jakże męczącego zespołu niespokojnych nóg, który mam od dziecka, a który dodatkowo utrudniał mi zasypianie. Gdy zaczynam powoli, równo i rytmicznie poruszać palcami w rytmie bicia serca olbrzyma, przymus poruszania stopą od razu znika.
W tym ćwiczeniu najważniejszy jest rytm. Musi być odpowiedni i cały czas taki sam. Mogłabym go opisać jako:
puk! puk! – jeden, dwa trzy – puk! puk! – jeden dwa trzy
Wypowiedzenie (w miarę szybkie) – jeden, dwa trzy – trwa mniej więcej tyle, ile czasu powinno minąć między jednym a drugim uderzeniem serca olbrzyma. Ja mam jeden, zawsze taki sam rytm, takie samo tempo. Ono się nie zgadza ani z rytmem w jakim oddycham, ani z biciem mojego własnego serca. Serce olbrzyma bije w swoim własnym rytmie niezależnie od niczego innego. Jeśli zmieniłabym je choć trochę, podejrzewam, że technika mogłaby nie zadziałać. W każdym razie to rytmicznie uderzanie palcami i skupienie na tym strumienia świadomości pozwala mi niemal natychmiast zatrzymać myślową karuzelę.
Oczywiście zdarzało mi się (zwłaszcza na początku), że czasem świadomość płatała mi figle i uparcie próbowała znów uruchomić karuzelę myśli. Ale to wymaga samodyscypliny. Gdy tylko poczułam, że znowu zaczynam o czymś intensywnie myśleć i tracę skupienie, natychmiast nakierowywałam znów swoją uwagę na bijące serce olbrzyma, a myśli wygaszałam. I tak do znudzenia.
Kołyska
Ta technika znowu wykorzystuje ruch. Tym razem ruch gałek ocznych. Zauważyłam, że podobny efekt ma na mnie wyobrażenie sobie (najlepiej w pozycji na wznak), że leżę w kołysce, która kołysze się na boki. Ale samo wyobrażenie ruchu nie wystarcza. Wzmacniam to wyobrażenie w ten sposób, że gdy zamknę oczy, zaczynam rytmicznie poruszać gałkami ocznymi raz w lewo, raz w prawo i na tym ruchu skupiam całą uwagę mojego umysłu. Zauważyłam, że czasem moja głowa bardzo delikatnie idzie za tym ruchem oczu i przesuwa się odrobinę (ledwie zauważalnie) w tę samą stronę. Oczy w lewo – głowa w lewo, oczy w prawo, głowa w prawo. I znowu – pełna koncentracja na tym właśnie rytmicznym ruchu. Świadomość momentu zawieszenia, próżni, pomiędzy jednym wahnięciem oczu, a drugim.
Potem, gdy umysł już się znacząco wyciszy i natrętne myśli przestają się pojawiać, poruszanie gałkami ocznymi przestaje być konieczne, a nawet jest trudne, bo ciało i umysł są już tak zrelaksowane, że poruszenie którąkolwiek częścią ciała zaczyna stanowić problem. Więc wtedy już tylko wyobrażam sobie, że poruszam oczami, aby utrzymać jeszcze przez chwilę ten efekt.
I znowu – ważne jest, aby wybrać odpowiedni moment na zaprzestanie ćwiczenia. Gdy umysł jest oczyszczony i spokojny, kończymy ćwiczenie i pozwalamy myślom swobodnie płynąć. Oczywiście tylko pod tym warunkiem, że są to łagodne, leniwe myśli, przepływające przez umysł spokojnie. Jeśli natrętne myśli powracają, całe ćwiczenie należy zacząć od początku.
Huśtawka
Technika bardzo podobna do kołyski, jednak tu wyobrażam sobie, że siedzę na huśtawce. Staram się skupić całą uwagę swojego umysłu na rytmicznych ruchać w przód i w tył. Towarzyszy temu minimalny ruch głowy w tył i w przód (na początku ćwiczenia). I dokładnie tak, jak to się dzieje, gdy huśtamy się na prawdziwej huśtawce, trzeba ciągle podtrzymywać ten ruch, aby huśtawka nam się nie zatrzymała. Odkryłam, że właśnie takie zapętlenie się na rytmicznym, ciągle powtarzalnym ruchu, działa na mój umysł najlepiej i najszybciej przychodzi wyciszenie natrętnych myśli. Ruch musi być rytmiczny, jednostajny, wciąż taki sam. I musi być moment przerwy między jednym, a drugim impulsem. Tak, ten element ruchu i przerwy jest moim zdaniem niezbędny i kluczowy, aby wyciszyć nadwydajny umysł. W każdym razie, aby wyciszyć MÓJ umysł. Bo na mnie to działa bezbłędnie.
Mieszanie technik
Zauważyłam, że bardzo dobry efekt daje też mieszanie wszystkich trzech technik. Gdy kładę się na boku, najlepiej działa na mnie serce olbrzyma. Ale gdy nie zasnę, zanim jestem zmuszona zmienić pozycję, wtedy zmieniam technikę. Gdy leżę na plecach, wtedy przestawiam się na kołyskę lub huśtawkę. Zauważyłam, że nawet po ciężkim i obfitującym w mocne wrażenia dniu, stosując te techniki zasypiam szybko i bez problemu. Czasem stosuję je również w ciągu dnia, gdy potrzebuję się wyciszyć.
W każdym razie – karuzela myśli już nie stanowi dla mnie problemu. Chociaż z tym sobie jakoś poradziłam.
