W szponach empatii

Nie bój się osób wysoko wrażliwych i nadwydajnych. Taka osoba nie zrobi ci krzywdy. A już na pewno nie zrani cię świadomie, z premedytacją i z rozmysłem. Wręcz przeciwnie. To właśnie osoby nadwydajne często padają ofiarami ludzi o mniejszej wrażliwości. My, nadwydajni, uparcie i naiwnie wierzymy, że skoro my nie widzimy sensu w ranieniu innych, to inni mają tak samo. Mierzymy wszystkich swoją miarką. Staramy się widzieć w ludziach tylko dobro. Bo po co skupiać się na tym, co złe?

Jak już wspomniałam w którymś w poprzednich wpisów, osoba nadwydajna nie potrafi żyć w oddzieleniu od innych istot. Cały świat postrzega jako jedną i nierozerwalną całość. A więc cierpienie każdej żywej istoty czuje tak, jak swoje własne. Nadwydajni nie widzą więc powodu, by ranić innych. Byłby to swoisty i niezrozumiały masochizm. Brak logiki. Bo dla nas zranić kogoś, to tak, jak zranić samego siebie. Jakakolwiek forma agresji skierowana w kogokolwiek (z tego punktu widzenia) nie ma sensu. Po co robić samemu sobie krzywdę?

Empatia nadwydajnych jest tak wielka, że czasem więcej z niej szkody niż pożytku. Przynajmniej dla nich samych. Nawet, jeśli bardzo tego nie chcemy, zarażamy się emocjami innych. Dlatego zawsze robimy wszystko, aby ludzie wokół nas byli szczęśliwi. Bo wtedy i nam jest dobrze.

Jest w tym jednak pułapka. Bo jeśli trafimy na osobę permanentnie nieszczęśliwą, egoistyczną i narcystyczną, ta osoba okazuje się być studnią bez dna. Taki ktoś pochłonie każdą dobroć, każdą pomoc, każde życzliwe słowo skierowane ku niemu, i dalej będzie mu mało. Dalej będzie nieszczęśliwy, a przy tym nie okaże nadwydajnemu najmniejszej nawet wdzięczności. Za to perfidnie obwini nadwydajnego, że nie potrafi go uszczęśliwić (tak, jakby to był jego obowiązek!) i obarczy odpowiedzialnością za swoje własne nieszczęście. Wmówi mu, że to jego wina. Wytknie mu jego nieudolność i beznadziejność.

Jakże często my, nadwydajni, czujemy się źli, głupi i obwiniamy siebie o całe zło tego świata. Choć tak naprawdę najmniej tego zła powodujemy.

To była dla mnie jedna z najtrudniejszych lekcji, jakich musiałam się nauczyć. Mianowicie uzmysłowić sobie, że każdy dorosły człowiek sam jest odpowiedzialny za swoje własne szczęście lub jego brak. I ja nie muszę się czuć winna, gdy w mojej obecności ktoś manifestuje swoje niezadowolenie. Teraz już to wiem, ale przez większość życia była to dla mnie abstrakcja. Zawsze to ja czułam się winna. Za wszystko.

Nie bez powodu wybrałam taki tytuł do tego wpisu. Bo to faktycznie tak jest. Często mam wrażenie, że jestem więźniem zbyt intensywnego odczuwania cudzych emocji. One mnie osaczają, męczą, przygniatają. Czuję się tak, jakbym dźwigała na swoim grzbiecie cały ból tego świata. Walczę z tym, staram się patrzeć na wszystko z dystansem, oddzielać się od cudzych emocji. Ale to nie jest proste. Czasem się udaje, czasem nie.

Udaje się wtedy, gdy wiem, że coś się wydarzy i mogę się do tego odpowiednio przygotować. Zaplanować przebieg danego wydarzenia (choćby z grubsza). Na przykład pogrzeb bliskiej osoby, wizytę w szpitalu itp. Są to wydarzenia trudne, ale przewidywalne. I można się do nich jakoś przygotować. Wtedy mogę zaplanować z góry stosunek do danego wydarzenia oraz własne emocje. Jeśli natomiast pewne sytuacje mnie zaskakują, wtedy jest gorzej. Empatia łapie mnie w swoje szpony i zaciska je na mojej szyi, a pazury wbija prosto w serce. Bo znów czuję nie swój ból, ale tak mocno, jakby był mój.

Szoda, że empatii nie można sobie czasem po prostu wyłączyć. Zrobić pstryczkiem „pstryk!” i przez chwilę nic nie czuć. Odpocząć od wszystkich możliwych emocji. Wyjechać na bez-emocjonalne wakacje. Może bezludna wyspa? Oj, pojechałabym.

Dodaj komentarz