Inteligencja emocjonalna

„Jesteś bardzo mądrą osobą” – często słyszę to stwierdzenie.

Nie wzięło się to znikąd. Rozsupłałam już tyle węzłów gordyjskich w swoim życiu, pomogłam tak wielu osobom, załagodziłam tyle konfliktów i sporów, naprawiłam tyle popsutych relacji, że naprawdę zaczynam w to wierzyć. Że jestem mądra. Bo chyba tym właśnie jest mądrość – umiejętnością tworzenia dobrej, przyjaznej przestrzeni wokół siebie, harmonijnej i szczęśliwej, oraz dobrych i serdecznych relacji z innymi ludźmi. A to dla nadwydajnego umysłu bułka z masłem. Jest to prawdopodobnie powiązane z tym, że mam bardzo wysoką inteligencję emocjonalną.

Co to oznacza? Czym wyróżnia się człowiek obdarzony wysoką inteligencją emocjonalną? Celowo użyłam słowa „obdarzony”, bo ja się z tym urodziłam. Miałam to od zawsze, odkąd tylko pamiętam. Wiedziałam co inne osoby czują, co myślą, co zamierzają zrobić, itp.

Bardzo wcześnie odkryłam, że jestem inna niż moi rówieśnicy. Pamiętam, jak moja pierwsza nauczycielka w szkole podstawowej powiedziała o mnie do moich rodziców (przy okazji wywiadówki), że jestem bardzo dojrzała jak na swój wiek.

Poruszanie się w świecie emocji, to mój żywioł. Gdy rozszyfrowuję co dzieje się w umyśle drugiego człowieka, czuję się jak ryba w wodzie. Sama mam bardzo łatwy dostęp do swoich emocji. Widzę je wszystkie jak na dłoni, doskonale je rozumiem, potrafię każdą precyzyjnie nazwać i odkryć dlaczego się we mnie pojawiła. A także we właściwy i bezpieczny (dla siebie i otoczenia) sposób rozładować te, które mogą wpływać na mnie źle. To się ponoć nazywa – właściwe zarządzanie emocjami.

Wiele sytuacji powoduje, że pojawia się w nas więcej niż tylko jedna emocja na raz. Przecież można czuć irytację, smutek, bezradność i rozczarowanie w tym samym czasie. Często jedna z emocji jest w danej chwili dominująca. A czasem wszystkie pojawiają się w umyśle z taką samą siłą. I ja to wszystko jestem w stanie zauważyć nie tylko w swoim umyśle, ale też w każdym innym.

Ludzie są bardzo różni. Jedni bardziej skomplikowani, inni prości. Jeszcze inni wręcz prymitywni.

Boję się prymitywnych ludzi. Z tymi mam najgorszy kontakt i najtrudniej mi ich zrozumieć. Ci żyją zwykle w swoim dwuwymiarowym, czarno-białym świecie, nie potrafią dostrzec żadnych odcieni szarości, ani zaakceptować innego sposobu myślenia, niż tylko ich własny. Bardzo trudno ich uspokoić, gdy są emocjonalnie wzburzeni. Logiczne argumenty do nich nie trafiają. Czasem trzeba improwizować, aby jakoś ujść z życiem, gdy prymitywna jednostka wpada w destruktywny szał. Wtedy zwykle z pomocą przychodzi mi moja intuicja i podpowiada sposób reakcji.

Gdy po raz pierwszy spotykam jakąś osobę, zwykle potrzebuję kilku minut zaledwie, aby się zorientować z kim mam do czynienia. Określić poziom inteligencji, elastyczność, tolerancyjność danej osoby, jej życiowe preferencje czy ambicje. Lubię wiedzieć o ludziach na tyle dużo, by ocenić (na własny użytek), czy kontakt z taką osobą jest dla mnie bezpieczny, czy nie. Czy będzie trudny i wymagający stałego skupienia uwagi (żeby przypadkiem nie powiedzieć czegoś, co natychmiast eskaluje w poważny konflikt), czy raczej bezproblemowy.

W mojej pracy spotykam się z różnymi typami ludzi. Z różnych środowisk i różnych warstw społecznych. Z każdą osobą staram się znaleźć wspólny język. Bywają jednak tacy klienci, że już po kilku zamienionych z nimi zdaniach rezygnuję z potencjalnej współpracy. Bo od razu wiem, że z tym człowiekiem będą kłopoty. Czasem wystarczy, że spojrzę na daną osobę (na jej wyraz twarzy, spojrzenie, mimikę, gesty, mowę ciała), a od razu wiem, że nie chcę mieć z tą osobą do czynienia. Ona nawet ust nie musi otwierać, a ja już wiem. Najczęściej jednak ta osoba otwiera zaraz potem usta i to, co mówi, tylko potwierdza moje wcześniejsze odczucia. Na ogół jednak relacje ze wszystkimi moimi klientami układają się dobrze, poprawnie, a nawet często przekształcają w miłe wieloletnie znajomości.

Odkryłam, że potrafię dostosowywać swój sposób zachowania, mówienia, nawet gestykulacji, do każdego indywidualnego rozmówcy. Nie ważne, czy jest to dziecko, czy osoba dorosła. Gdy mam do czynienia z kimś o bardzo wysokim potencjale energetycznym, z osobą wesołą, żywiołową, gadatliwą, o cholerycznym usposobieniu, sama, rozmawiając z nią, podnoszę swój poziom energii, intensywnie gestykuluję, mówię głośniej i szybciej. Z kolei mając za rozmówcę osobę o bardziej spokojnym, flegmatycznym usposobieniu, automatycznie ściszam głos, poważnieję, wyciszam emocje, mówię spokojnie i rzeczowo.

W ten sposób upodabniam się do moich rozmówców. Dzieje się to na tyle naturalnie i spontanicznie, że często nawet sobie tego do końca nie uświadamiam. To się dzieje automatycznie.

Zauważyłam też, że potrafię być świetnym mediatorem. Gdy mam przed sobą dwie zwaśnione strony, potrafię im pomóc ochłonąć z negatywnych emocji, a potem znaleźć rozwiązanie problemu. Często szukając kompromisów. Kompromis, to jedno z pierwszych słów, jakich nauczyłam się mojego syna.

Nie znoszę rozwiązań przemocowych, w których jedna strona jest faworyzowana i wygrywa, a druga jest marginalizowana i spychana na dalszy plan. W moim świecie (czyli w „piątym wymiarze”) nie ma ludzi lepszych i gorszych. Każdy zasługuje na dobre traktowanie, sprawiedliwość i szacunek.

Nie mam wrogów. Wiem, że jest parę osób, które mnie nie lubią. Trafiłam w swoim życiu na kilka narcystycznych osobowości, którym się w pewnym momencie postawiłam. Mocno i zdecydowanie. A potem zerwałam z nimi kontakt. Ale chyba nie znam ani jednej osoby, która pałała by do mnie nienawiścią i źle mi życzyła.

Nienawiść… to jedyna emocja, której nigdy nie doświadczałam i której nie rozumiem. Ale obserwując zachowania niektórych ludzi chyba potrafię sobie wyobrazić czym ona może być.

Nierozerwalną cechą osoby o dużej inteligencji emocjonalnej, jest spolegliwość. Nie mylić z uległością! Ludzie bardzo często mylą te dwa pojęcia. Spolegliwość to ogólna niechęć do toczenia sporów, wywoływania konfliktów, sztywnego upierania się przy swoich racjach. Spolegliwość to pragnienie bezkonfliktowego rozwiązywania wszelkich problemów. Uległość to potulne godzenie się na wszystko, nawet na to, na co absolutnie nie mamy ochoty się godzić. A więc wiąże się bezpośrednio z brakiem asertywności.

Osoby, które nie rozumiały tej różnicy, były przekonane, że jestem uległa. Jakże mocno się zdziwiły, gdy nagle przekraczały moje granice, a ja pokazywałam „pazur”. Nie pozwalam sobie wejść na głowę. Potrafię powiedzieć nie. Zdecydowanie i stanowczo, choć zawsze grzecznie i kulturalnie.

Bardzo lubię uczyć dzieci rozwiązywania problemów, a także radzenia sobie z emocjami. Tłumaczyć im, że nie ma złych emocji. Złe mogą być tylko intencje, a także nasze sposoby radzenia sobie z niektórymi emocjami. Ale wszystkie emocje są potrzebne. Składają się na niezmierne bogactwo ludzkiego umysłu. I gdy się nad nimi panuje i potrafi je kontrolować, właściwie wykorzystywać, życie staje się znacznie piękniejsze. A współistnienie z innymi ludźmi łatwiejsze i bardziej satysfakcjonujące.

Dodaj komentarz