Cisza jest najlepszym przyjacielem nadwydajnego mózgu. Potrzebuję ciszy tak samo, jak wody czy tlenu.
Mówią mi, że jestem małomówna. Nie lubię kłapać dziobem, ot, byle co, aby tylko gadać. Odzywam się właściwie tylko wtedy, gdy jest to konieczne i gdy mam coś ważnego i konkretnego do powiedzenia. W pracy oczywiście dużo mówię, bo muszę. Ale poza pracą jestem chyba typowym milczkiem.
Wieczorami, po pracy, siedzę na swoim ulubionym fotelu i „pływam” z rybkami w akwarium. To mnie relaksuje. W ciszy odpoczywam.
Zauważyłam, że ostatnio rzadko słucham muzyki. A może inaczej… rzadko używam urządzeń elektronicznych do odsłuchiwania muzyki. Najczęściej ulubione utwory odtwarzam sobie bezpośrednio w głowie. Mój mózg pamięta doskonale każdy dźwięk danego utworu. To się chyba nazywa wewnętrzny słuch muzyczny. Beethoven też na to „chorował”. Ta przypadłość pozwala na komponowanie bez użycia jakiegokolwiek instrumentu i na wewnętrzne odsłuchanie (w swojej głowie) tego, co się napisało. Pewnie dlatego większość piosenek, jakie napisałam, powstała na przystanku tramwajowym, gdy wracałam z pracy do domu, a nie przy pianinie.
Tak więc siedzę w ciszy i we własnej głowie odtwarzam sobie Requiem Mozarta. Najgorsze, że jak już mi coś tam zacznie w tej mojej głowie grać, to nie potrafię tego wyłączyć. Do tego nuty poszczególnych linii melodycznych same wskakują mi na pięciolinie i ustawiają się na właściwych miejscach, pojawiają się kolory. Tak więc nie tylko słyszę muzykę, ale też jednocześnie ją widzę.
Gdyby ktoś popatrzył na mnie z boku, pomyślałby – ale nudziara. Tylko tak siedzi w tej ciszy. A mnie w tej ciszy w głowie gra cała orkiestra. Fajnie mieć prywatną filharmonię do własnej dyspozycji.
Ludzie często żałują nadwydajnych. Bo tylko siedzą w domu, nigdzie nie wychodzą. Pytanie tylko, czy my musimy gdziekolwiek wychodzić, skoro wszystko mamy w naszych głowach? Tak naprawdę potrzebujemy (w porównaniu do typowych ludzi) jedynie minimalnej ilości bodźców zewnętrznych, aby mieć bardzo ciekawe, bogate życie.
Lubię być w domu. Tu mam wszystko, czego mi potrzeba. Mój mózg zapewnia mi wystarczająco dużo atrakcji. Podejrzewam, że inni nadwydajni mają podobnie. Tylko, że to wszystko rozgrywa się w środku, w nas. Tego z zewnątrz nie widać i nikt inny nie ma do tego dostępu.
W końcu ogranicza nas tylko… wyobraźnia. A ta, w przypadku nadwydajnych, jest jak ocean. Prawie nieskończona.
