Nie potrafię patrzeć na otaczającą mnie rzeczywistość z wyłącznie ziemskiej perspektywy. Dlatego też nie umiem się zatracić w codzienności, tak, jak to czyni typowy Ziemianin. Nie walczę, nie kłócę się o nic. Jestem kobietą bez focha. Zachowuję ciągły dystans do tego, co mnie otacza. Nie znaczy to bynajmniej, że nie ulegam emocjom. Jestem jak każdy inny człowiek. Martwię się, smucę, czasem coś mnie złości. Ale też odczuwam te emocje tak jakby gdzieś z daleka, jakbym patrzyła na siebie „zza szyby”. Ten dystans bardzo pomaga.
Żyję tak jakby w świecie równoległym, w którym nie ma przemocy, kłamstwa, przestępstw, egoizmu i zachłanności. A coś takiego, jak wojna, jest czystą abstrakcją.
Tak, są takie światy, w których nie toczy się wojen. Światy współczucia, miłości, współpracy. Światy, na których roztropnie planuje się ilość potomstwa, jakie ma przyjść na świat. Gdzie każde narodzone dziecko jest największym darem, a jednocześnie odpowiedzialnością całego społeczeństwa, nie tylko jednostki (rodzica). Wyobrażasz sobie, drogi Czytelniku, że są takie miejsca we wszechświecie, takie planety, gdzie twoje dziecko każdy sąsiad na twojej ulicy kochałby tak samo, jak ty? I dbałby o nie tak, jak o swoje własne? Wyobrażasz sobie świat, w którym nie ma niechcianych dzieci, tak jak i nie ma sierot? I nie, nie dlatego nie ma sierot, że rodzice dzieci nie umierają. Umierają. Ale natychmiast znajduje się ktoś, kto osierocone dziecko przygarnia i kocha jak własne.
Utopia? I znowu odpowiem tak samo, jak poprzednio. Na Ziemi tak, ale nie tam, gdzie żyjące istoty zgodnie współistnieją w piątym wymiarze, a wszystko jest w równym stopniu całością, jak i odrębnością.
Ja żyłam na takiej planecie i wiem, że jest to możliwe. Pamiętam to doskonale. Pamięć tamtego życia jest we mnie tak silna, że uniemożliwia mi życie typowego Ziemianina. Nie umiem być wyrachowana, agresywna, cyniczna, egoistyczna. Nie używam ironii, bo nie widzę w tym sensu. Nie potrafię kłamać. Nie umiem świadomie działać na szkodę innych. Sumienie by mnie zagryzło, gdybym choć spróbowała. Ale nawet nie mam pokusy, aby próbować. Nie umiem też wykorzystywać innych i żyć życiem „pasożyta”. Tak… jestem niedostosowana. Ale nie tak w ogóle. Jestem niedostosowana do tego, ziemskiego świata.
Ale zaraz, zaraz… Po co więc urodziłam się tym razem tu, na Ziemi? Czy przypadkiem nie po to, aby uczyć innych, że można żyć inaczej? Lepiej?
Czasem ktoś mnie nazwie głupią i naiwną, popuka się w czoło. Czasem ktoś mi powie, że na tym świecie nie ma miejsca na sentymenty. Ale ja i tak robię swoje. Robię to, co powinno zostać zrobione. Daję z siebie wszystko, co tylko mogę, aby uczynić Ziemię choć trochę lepszym, przyjemniejszym miejscem.
Choć usilnie nad tym pracuję, wciąż mam wrażenie, że daję więcej, niż biorę (bo niby ma być równowaga). Ale chyba tak ma być. Dla mnie, to naturalne. Dawanie sprawia mi ogromną radość. Ale nauczyłam się już, jak bardzo to jest niebezpieczne tu, na Ziemi. Bo tu jest wiele istot, które gotowe są zabrać ci wszystko, jeśli tylko zobaczą, że dawanie sprawia ci radość i robisz to w sposób naturalny. Takie studnie bez dna. Dlatego trzymam się z daleka od osób permanentnie nieszczęśliwych, nienasyconych, pożądliwych, wszelkiej maści narcyzów i innych toksycznych osób. Każda z nich pożarłaby mnie żywcem, gdybym tylko się odsłoniła. Tak, takie osoby, jak ja pożera się żywcem. Ale się nie daję. Już się nauczyłam jak nie dać się zjeść.
I tak, jak jedni się śmieją i wyszydzają, tak inni wpadają w zachwyt. Mówią mi – „Jesteś niesamowita! Jak ty to robisz? To, że cię spotkałem na swojej drodze, to najlepsza rzecz, jaka mi się w życiu przytrafiła.”Dziwią się, gdy własnym życiem pokazuję im, że da się inaczej, lepiej, bezinteresownie, normalnie. Wszędzie, gdziekolwiek się pojawię, buduję inny obraz tej tak zwanej „normalności”. Zawsze współpracuję. Nie znoszę rywalizacji. Nie lubię się wywyższać, nie lubię czuć się „lepsza”. Ale marzę o tym, abyśmy MY, Ziemianie, stawali się lepsi każdego dnia.
Tak myślę, że (podobnie jak inni nadwydajni) jestem tu po to, aby podnosić poziom świadomości na Ziemi. Bo samoświadomość to coś, czego mam w nadmiarze. Uczyć lepszego życia. Bo my to potrafimy. Umiemy dobrze żyć. I umiemy pięknie kochać.
Podnoszenie świadomości na Ziemi to bardzo powolny, żmudny proces. Ale konieczny, jeśli Ziemia ma przetrwać. Dlatego daję z siebie wszystko.
