Typowy człowiek żyje w czterowymiarowym świecie, w którym każdy napotkany obiekt ma swoją długość, szerokość, wysokość i czas istnienia. Obiekty zmieniają swoją wielkość, miejsce, kierunek ruchu, gęstość, kształt, temperaturę, stan skupienia, ciężar, masę, kolor, itp.
Zdecydowana większość ludzi których dane mi było poznać w moim (już nie tak krótkim) życiu, postrzega świat jako zbiór odrębnych przedmiotów, istnień, zjawisk doświadczających (świadomie lub nie) swojej egzystencji w takim właśnie czterowymiarowym świecie. Z czego każdy z elementów tego świata istnieje oddzielnie. To dziecko jest innym, odrębnym bytem od tamtego dziecka. Ten kamień jest inny od tamtego. Stanowią dwa, zupełnie różne kamienie. Tak więc w świadomości typowego człowieka świat jest niczym innym, jak zbiorem zupełnie odrębnych, indywidualnych elementów świata ożywionego i nieożywionego. Każdy jest indywidualnością i istnieje dla siebie, a dopiero w drugiej kolejności współistnieje z innymi. Najważniejsze jest JA, potem TY, a dopiero na końcu MY.
Osoby hiper-empatyczne, nadwrażliwe i nadwydajne widzą świat zupełnie inaczej. Stąd też wynikają ich odstające od normy zachowania w różnych sytuacjach. Pozwólcie mi to dokładnie wytłumaczyć.
Fizyka kwantowa wspomina coś nieśmiało o naczyniach połączonych, o tym, że wszystko tak naprawdę jest jednym, ale poza garstką naukowców-dziwolągów nikt się tym w zasadzie nie przejmuje. Nikt nie zwraca na to uwagi. Każdy człowiek żyje sobie normalnie, jak dotąd. Obchodzi go przede wszystkim własny nos, własny los, własne problemy, własne dzieci, własna praca, własny samochód, urlop, konto w banku, itd. Od czasu do czasu (ten, co bardziej wrażliwy i uczynny) zaangażuje się w jakąś pożyteczną akcję społeczną, da na WOŚP, wpłaci grosik na specjalne konto, aby dołożyć się do kosztów operacji czy leczenia chorego dziecka. Tym samym zafunduje sobie dobre samopoczucie i podbuduje poczucie własnej wartości. Ale ciągle świat się obraca w polu JA – ONI.
Dla nad wydajnego umysłu pojęcie JA w zasadzie nie istnieje. A nawet jeśli, to jest gdzieś tam, daleko, na szarym końcu. Jest tylko jedno najważniejsze i nadrzędne słowo – MY.
Aby lepiej, jaśniej wytłumaczyć to, co czuję, posłużę się pewną analogią. Wyobraź sobie jedną, maleńką komórkę ludzkiego ciała. Wyobraź ją sobie jako zupełnie odrębny twór – taką małą, skomplikowaną fabrykę, która przetwarza mnóstwo rzeczy i posiada nawet mikroskopijną elektrownię. Obok tej komórki znajduje się kolejna, troszeczkę inna, choć bardzo podobna. Ale ta druga ma inną specjalizację. Obie myślą, że są zupełnie odrębnymi tworami. I w zasadzie… mają rację. Każda z nich ma swoje własne „ja”, bo każda z nich żyje własnym życiem. Pewnego dnia powstały, teraz wytrwale pracują robiąc to, co do nich należy. A po jakimś czasie zestarzeją się i umrą. Zastąpią je inne, młode komórki, które organizm wyprodukuje.
Gdy każda z komórek pracuje bez zarzutu, organizm jest silny i zdrowy. Lecz gdy coś pójdzie nie tak i jedna z komórek zezłośliwieje, a osłabiony organizm jej nie zlikwiduje, zarazi ona kolejne komórki (te w jej najbliższym otoczeniu) i rozpocznie się proces nowotworowy. A więc wojna. Tkanka nowotworowa rozrasta się zajmując i niszcząc coraz to nowe obszary. W końcu dochodzi do przerzutów i organizm umiera.
Komórka nowotworowa nie posiada świadomości tego, że jest jedynie częścią, elementem większego i bardzo złożonego świata. Ciągle się namnaża i chce zagarnąć wszystko dla siebie. Cały organizm. Nie ma świadomości tego, jak wielkie spustoszenie czyni. Nie ma też zdolności przewidywania i nie wie, że jeśli nie przestanie, to wkrótce umrze wraz z całym organizmem.
A co by było, gdyby pewnego dnia wszystkie komórki ludzkiego ciała zyskały niezwykłą świadomość bycia JEDNYM organizmem? Taka komórka powiedziałaby wtedy: „Nie, już nie jestem komórką. Teraz widzę, że jestem CZŁOWIEKIEM. Jaki byłby wtedy sens niszczyć inne komórki? Przecież to tak, jakby niszczyć samego siebie!
Tak samo jeden maleńki trybik mógłby o sobie powiedzieć – jestem zegarkiem!
A co, gdyby pewnego dnia każdy człowiek żyjący tu, na Ziemi, poczuł podobnie? Co, gdyby zniknęło poczucie odrębności? A może nie, nie zniknęło. Po prostu odsunęło się na dalszy plan. Ego nie musi przeszkadzać, gdy ustawi się je na właściwym miejscu w hierarchii.
Jednia
Piąty wymiar (jak to nazywam) łączy ze sobą wszystkie pojedyncze elementy z których składa się wszechświat i spaja je w jedną, nierozerwalną i współzależną całość. Trudno to opisać, bo brakuje odpowiednich słów i pojęć. Może trzeba je dopiero wymyślić? Nie potrafię precyzyjnie ubrać w słowa tego, co czuję. Ale przychodzi mi teraz do głowy jedno zdanie: „jestem wszechświatem”.
Poczucie tak silnej jedności z tym, co mnie otacza, determinuje całe moje istnienie. To dlatego my, nadwydajni, wciąż ratujemy, ulepszamy i naprawiamy świat. Bo to tak, jakbyśmy ratowali, ulepszali i naprawiali samych siebie. Gdy widzę, że ktoś cierpi, ja też cierpię. Gdy ktoś potrzebuje pomocy, to pomagam, bo to tak, jakbym pomagała samej sobie. Gdy widzę, że ktoś coś robi (ślamazarnie i nieudolnie), a ja znam sposób, żeby zrobić to lepiej, trudno mi się powstrzymać, aby nie zrobić tego za niego.
Gdy sąsiad zaśmieci całe podwórko niedopałkami od papierosów, to ja idę i sprzątam. Nie, nie sprzątam za niego. Sprzątam dla siebie. Bo to też moje podwórko, a ja chcę mieszkać w czystym miejscu. Wszędzie, gdziekolwiek jestem, podnoszę z ziemi puszki i butelki, i wrzucam je do kosza. Mówią mi: „Po co ty to robisz? `Przecież od tego są specjalne służby porządkowe.” Wiem, że są (odpowiadam w myślach), nie jestem głupia. Ale te służby są jakoś mało wydajne. Poza tym… sprzątam swój dom. Co w tym złego? Ziemia jest moim domem. Chcę, żeby była czysta. Po prostu staram się dbać o mój dom. Nic nie poradzę, że rozumiem pojęcie domu trochę inaczej, szerzej nieco, niż przeciętny człowiek. Wiruję na powierzchni niewielkiej skały, która krąży w nieskończonej przestrzeni wokół gwiazdy zwanej Słońcem i która jest moim jedynym schronieniem. Czuję to całą sobą, przez cały czas. Czasem mam wrażenie, że moja świadomość sięga odległych krańców galaktyki.
Obserwuję ludzi wokół mnie i czuję się tak, jakbym żyła w jakiejś rzeczywistości równoległej. Albo postrzegała świat istniejący jeszcze w jakimś dodatkowym, piątym wymiarze. Wiem, że absolutnie wszystko, co mnie otacza, jest jednością. Ja to czuję. Od zawsze. Urodziłam się z tym.
Dlatego traktuję każde istnienie (nie ważne, czy ożywione, czy nie) tak, jak sama chciałabym być traktowana – z szacunkiem, miłością, troską, ze współczuciem i zrozumieniem. Po prostu nie umiem inaczej. Każde inne działanie byłoby nielogiczne i sprzeczne z moją naturą.
Gdyby ten świat składał się z nadwydajnych, nie byłoby wojen, a sądy i policja przestałyby być potrzebne. Ale gdybym to komuś otwarcie zakomunikowała, to by mi powiedział, że jestem naiwna, że to niemożliwe, czysta utopia. W czterowymiarowym świecie – tak, zgodzę się. Ale piąty wymiar załatwia wszystko. I to, co dla jednego jest utopią, dla innego jest normą. Ot, tak, po prostu.
