Problemy z rozumieniem mowy

Wspominałam już, że jestem muzykiem, że mam absolutny słuch muzyczny i świetną pamięć muzyczną. Wydawałoby się, że to dobrze, bo to pomaga. Odpowiedziałabym krótko: to zależy.

W pracy muzyka pomaga na pewno. W codziennym życiu, dodatkowo w połączeniu z nadwrażliwością i nad wydajnością mentalną, to jeden wielki koszmar. Z prostego powodu. Nie każdy mówi czysto, płynnie, powoli i zrozumiale. Na codzień spotykam osoby, które nie posługują się językiem mówionym tak sprawnie, jak doświadczony dziennikarz, aktor czy lektor. I gdy trafię na rozmówcę, którego dykcja daleko odbiega od moich standardów poprawnej mowy, trafiam na ścianę, którą natychmiast buduje mój mózg. I to nie ważne którym językiem akurat się posługuje – polskim czy angielskim.

Bardzo nie lubię rozmawiać z osobami, których nie znam. Bo często zwyczajnie nie rozumiem co taka osoba do mnie mówi. Dlaczego? Jak to działa?

Każdy człowiek mówi trochę inaczej. Ma inną barwę głosu, inaczej wymawia głoski, całe słowa, inaczej je akcentuje. Dla mojego mózgu słowo „pięćset” i „pińćset” to zupełnie inne słowa. I on ich obu się musi nauczyć, aby je zrozumieć. Mój mózg nie potrafi ujednolicać, upraszczać i uśredniać. Nie potrafi się domyślać. Gdy słyszy jakieś słowo, które jest choć trochę inne od utrwalonego wzorca, natychmiast zawiesza się i zaczyna się nad nim zastanawiać, analizować. Próbuje porównywać to słowo i wieloma innymi słyszanymi wcześniej, a jeśli nie znajduje odpowiedniego szablonu, do którego może to słowo przypisać, traktuje je jako zupełnie nowe, nieznane. A jeśli nawet w końcu domyśli się o jakie słowo chodziło, zaraz próbuje ustalić jego znaczenie i sens w kontekście dalszej części zdania. Tylko, że ta dalsza część zdania gdzieś znika, umyka. Umysł ją przegapił po prostu zastanawiając się nad jednym konkretnym słowem.

Syn mojej znajomej bardzo mocno sepleni. Gdy po raz pierwszy słyszałam jak mówi, prawie wcale go nie rozumiałam. Po wielu latach, gdy przyzwyczaiłam się do jego sposobu wypowiadania słów, teraz rozumiem go bardzo dobrze.

Mam też ogromny problem z rozumieniem różnych akcentów w języku angielskim. Nigeryjczyk mówi inaczej, Pakistańczyk inaczej, Hindus inaczej. Szkocki czy londyński akcent są dla mnie nie do przejścia.

Rozmowy telefoniczne

Nie cierpię rozmawiać przez telefon. Nawet z osobami, które znam. No chyba, że połączenie jest naprawdę dobre i doskonale słyszę swojego rozmówcę (a ten mówi wyraźnie). W każdym innym przypadku zamiast pojedynczych, konkretnych słów, słyszę bełkot z którego udaje mi się jedynie co pewien czas wyodrębnić i zrozumieć pojedyncze słowa. Nie da się tak rozmawiać. Po paru minutach mój mózg zaczyna się gotować z wysiłku.

Na osobny akapit zasługują wszelkiego rodzaju automaty, które uruchamiają się, gdy dzwonię do różnych urzędów, banków, szpitali, przychodni lekarskich. Jeżeli chcesz zrobić to i to, to wciśnij 1. Jeśli chcesz zrobić to i to, wciśnij 2, itd. Głos w słuchawce zgrzyta i trzeszczy. Słowa są pocięte i chropowate. Jakby przetarte grubym papierem ściernym. Nie mogę tego słychać. Słuchanie takiej „mowy” natychmiast powoduje u mnie straszny dyskomfort, irytację i poczucie beznadziei. Zaczynam sobie wymyślać od najgorszych. Od kretynów i głupków na niedorozwojach skończywszy. A potem zaczynam się zastanawiać jak to możliwe, że ten świat funkcjonuje w ten sposób? Inni ludzie prawdopodobnie nie mają aż tak wielkich problemów z rozumieniem automatów. Bo gdyby mieli, już dawno by z tego zrezygnowano. Ale ten system się utrwala i w coraz większej liczbie miejsc do których się dzwoni, na start włącza się automatyczny komunikat.

Po każdej przegranej bitwie z telefonem myślę sobie, że to jakiś rodzaj kalectwa. Bez pomocy męża nie jest w stanie załatwić niczego przez telefon. Co będzie, jeśli ten świat jeszcze bardziej się zautomatyzuje (na co wszystko wskazuje) i wkoło będą nas otaczać same automaty? Czy stanę się swego rodzaju… kaleką? Tak, zdecydowanie odbieram to jako dysfunkcję i pewien rodzaj niepełnosprawności. Wstydzę się tego. Znajomi pytają mnie często czemu do nich nie dzwonię. Prawda jest taka, że nie lubię rozmawiać przez telefon. Wolę napisać, zaproponować wspólną kawę i wtedy pogadać, twarzą w twarz.

Czuję się gorsza. Gorsza od tej części „normalnego” społeczeństwa. Często bezsilna, bezradna. Jak dziecko we mgle. Często odczuwam jakiś irracjonalny lęk przed odebraniem telefonu, gdy dzwoni. Tak, jakby po drugiej stronie słuchawki czekał na mnie smok ziejący ogniem. A co, jeśli połączenie będzie kiepskie? Co, jeśli znowu nie będę nic rozumieć?

Dodaj komentarz