Rozgałęzione myślenie

Ośmiornica i dżdżownica – tak określiłabym dwa sposoby myślenia. Mózg człowieka typowego jest jak dżdżownica. Powoli zmierza w jednym tylko kierunku. Linearnie. Zajmuje się tylko jednym problemem na raz we właściwym dla siebie tempie.

Photo by Ann Antonova on Pexels.com

Ośmiornica i dżdżownica – tak określiłabym dwa sposoby myślenia. Mózg człowieka typowego jest jak dżdżownica. Powoli zmierza w jednym tylko kierunku. Linearnie. Zajmuje się tylko jednym problemem na raz we właściwym dla siebie tempie.

Mózg osoby nadwydajnej jest niczym ośmiornica. Gdy przysiądzie on na jakimś problemie lub wyzwaniu, ramiona i macki ośmiornicy dotykają problemu w wielu kierunkach i wielu miejscach jednocześnie. Ośmiornica czuje, że pod pierwszym ramieniem znajduje się kamień, pod drugim muszla, pod trzecim koralowiec, pod czwartym czuje rozgwiazdę, piąte zapada się w muł, szóste dotyka drobnych kamyczków, a siódme i ósme trafiły na sam piasek. I ośmiornica zdaje sobie sprawę z odczuć, jakie płyną z każdej z jej ramion w tym samym czasie. Nie musi badać każdego kierunku osobno, po kolei, by dokładnie poznać teren, który akurat eksploruje. Wszystko jest oczywiste od razu, natychmiast.

Dokładnie tak wygląda myślenie osób nadwydajnych. Mózg myśli wielopłaszczyznowo rozpatrując wiele kwestii w tym samym czasie. Dzieje się to tak szybko, prawie niedostrzegalnie, że osoba z nadwydajnością umysłową ma nierzadko wrażenie, że problemy rozwiązują się same, bez jej udziału. Pojawia się problem i już po chwili jasne i oczywiste jest, jak ten problem rozwiązać. To się po prostu wie.

A bardzo często jest też tak, że nadwydajny umysł działa zapobiegawczo i uniemożliwia pojawianie się problemów. To tak, jakby świadomość rozwiązywała problemy zanim one jeszcze się pojawią. Poprzez właściwe i odpowiedzialne działanie.

Ma to zarówno dobre, jak i złe strony.

Dobre to takie, że osoby nadwydajne umysłowo w zasadzie nie popełniają błędów, nie pakują się w kłopoty, potrafią daleko w przód przewidywać co się wydarzy lub co może się wydarzyć. Dzieje się to na zasadzie – jeśli zrobię TO, to uwzględniając wszystkie dane jakie posiadam, ten czyn spowoduje TAMTO. Umysł bada prawdopodobieństwo zdarzeń zmieniając parametry i dane, sprawdza możliwości, bierze pod uwagę czynnik ludzki i wszelkie możliwe błędy i wpadki, nieprzewidziane zdarzenia, zbiegi okoliczności a także „złośliwość rzeczy martwych” czy po prostu… zwykłego pecha. Zadaje sobie pytanie – co najgorszego może się wydarzyć jeśli zrobię to i to, postąpię tak i tak. Przykład?

Jestem w sklepie ogrodniczym, którego częścią jest sklep akwarystyczny. Oglądam różne gatunki ryb wzdychając i podziwiając cuda, jakie stworzyła matka natura. Rybki z jednego akwarium szczególnie wpadają mi w oko. Oczywiście pierwszym odruchem jest kupić sobie taką rybę i wrzucić do własnego akwarium.

Pytam sprzedawcę o warunki, jakich potrzebuje ta ryba, aby mogła dobrze się czuć w akwarium. Coś tam odpowiedział mi chaotycznie, niezbyt dokładnie, unikając zagłębiania się w szczegóły. Z pobieżnej rozmowy wnioskuję, że tak, mogę kupić sobie taką rybę. Najlepiej kilka, bo będą się lepiej czuły w towarzystwie innych osobników tego samego gatunku.

Waham się. Czuję, że coś mi tu nie gra. Sprzedawca nie wzbudził mojego zaufania. Wygląda jak ktoś, kto plącze się w zeznaniach. A także jak ktoś, kto bardzo chce opchnąć mi swój towar. Za wszelką cenę. Poskramiam więc chęć zakupu rybek. Spisuję sobie na kartce dokładną nazwę gatunku. Wracam do domu i czytam. Przeszukuję internet, przetrząsam wszystkie możliwe strony internetowe, artykuły i posty odnośnie charakterystyki tego gatunku. Sprawdzam YouTube. Okazuje się, że nie. Ta ryba nie nadaje się od do mojego akwarium. I gdybym uległa pokusie ufając sprzedawcy, narobiłabym sobie poważnych akwarystycznych problemów. Ryby, które mi się spodobały nie tylko nie pasowały do parametrów wody, jakie występują w moim akwarium, ale przede wszystkim są zbyt agresywne, by pływać w zgodzie z pozostałą obsadą. Ostatecznie i całkowicie zrezygnowałam z zakupu tych ryb.

Gdybym uległa pokusie i ryby od razu wtedy w sklepie kupiła ufając sprzedawcy (a podobały mi się naprawdę bardzo), zapewne już parę dni później pisałabym błagalny post na jakimś forum akwarystycznym w stylu „Ratujcie, ryby mi zdychają!”, albo „moje nowo kupione rybki podjadają inne ryby, powiedzcie co mam zrobić?” Ileż to takich postów jest w sieci? Ale umysł taki, jak mój jest zbyt odpowiedzialny, racjonalny i empatyczny, by w takiej sytuacji machnąć ręką i powiedzieć: „a co tam, kupię sobie te rybki, bo mi się podobają i już, a potem będę się martwić co dalej”. Ja dbam o każde żywe stworzenie pozostające pod moją opieką. Nie potrafię inaczej. Można by to chyba określić jednym słowem – zapobiegliwość.

Tak więc mój spostrzegawczy, dociekliwy, nieufny i zapobiegliwy mózg musiał najpierw sprawdzić wszystko, zestawić dane, poznać szczegóły, ocenić ryzyko i wówczas dopiero podjął decyzję. Poprzez zapobiegawczość i roztropność problem w ogóle nie powstał. Został rozwiązany zanim się jeszcze pojawił. W zasadzie postępuję tak zawsze. Nie znam innego sposobu działania.

Ale wszystko ma swoje dobre i złe strony. Drugą stroną medalu jest niechęć do wszelkiego zbędnego ryzyka. Gdy nie jest to absolutnie konieczne, nie ryzykuję. Ta niechęć często jest silniejsza niż perspektywa zysku i osoba nadwydajna zbyt wcześnie rezygnuje z powziętych zamierzeń i planów. Bo może się nie udać. My, nadwrażliwi i nadwydajni myślimy sobie – a po co mi to? Lubimy nasze mniej lub bardziej poukładane życie. Nie lubimy burzyć tego, co sprawdzone i co działa. Odmawiamy sobie wielu rzeczy tylko dlatego, że nie lubimy się pakować w kłopoty. W POTENCJALNE kłopoty. Przecież te wcale nie musiałyby zaistnieć.

Dodaj komentarz