
Tu się zaczyna cała historia. W nietypowym „okablowaniu” i odmienności pracy mózgu. I z tej odmienności wynikają wszystkie problemy i nieporozumienia. Jak to działa?
Moja rzeczywistość krzyczy. Wszystkiego jest za dużo – dźwięków, zapachów, kolorów. Wszystko jest zbyt intensywne. Kształty są zbyt wyraziste, a przedmioty wokół zbyt szybko się poruszają. To męczy. Męczy do tego stopnia, że przegrzany umysł czasem się wyłącza i obojętnieje na wszystko. Ot, taki człowiek – mimoza.
Jak to wygląda w codziennym życiu?
Robię zakupy w hipermarkecie. Nie cierpię tam chodzić, ale tylko tam mają karmę, którą jedzą moje koty, a także parę innych potrzebnych mi rzeczy, których nie ma w innych pobliskich sklepach. Więc od czasu do czasu jestem zmuszona, by się tam wybrać.
Prawie zawsze wchodzę tylnym wejściem. Tam jest spokojniej. Przynajmniej mój mózg nie wariuje od razu . Mój syn idzie tuż przy mnie.
Pierwsze, co mnie uderza po wejściu, to charakterystyczny szum tła. Głosy ludzi, muzyka, praca wentylatorów, maszyn i różnych urządzeń elektrycznych, sączy się niby gdzieś tam w tle, ale dla mnie te dźwięki są aż nadto wyraźne. Mam ochotę uciec od tego szumu, ale nie ma gdzie. Wchodzę dalej i nagle wszystko zaczyna wirować mi przed oczami – biegające dzieci, ludzie mijający mnie z wózkami, sprzątaczka tańcząca walca z mopem, ruchome schody, kasjerzy przesuwający towary przy kasach… To wszystko, każdy najmniejszy ruch, dźwięk, kolor, zapach, mój nadwrażliwy mózg rejestruje w tym samym czasie i z takim samym natężeniem. Nie segreguje doznań na te ważniejsze i mniej ważne, które można pominąć. Mój mózg tego nie potrafi. Dla niego wszystko jest tak samo ważne. To powoduje, że powstaje w nim informacyjny kocioł, papka, wszystko zmielone, zlepione ze sobą i wywrócone na lewą stronę, a więc… bezużyteczne.
Mój syn idzie tuż obok mnie. Pyta mnie o coś. Nie rozumiem co do mnie mówi. Jego głos jest tylko częścią tła, niczym więcej. Nie potrafię z tego informacyjnego kołtuna wyodrębnić pojedynczej nitki jego głosu i zrozumieć o co mu chodzi. Proszę go, aby powtórzył pytanie, ale to niewiele pomaga. Wysilam umysł, aby jakoś zrozumieć. Za trzecim razem , gdy powtarza pytanie głośniej, udaje się. Pyta, czy możemy kupić jego ulubiony sok. Tak, możemy oczywiście. Po chwili syn znów o coś pyta, a ja znowu mam problem ze zrozumieniem go. W duchu proszę, aby o nic już więcej nie pytał, ale to utopia. Pada pytanie za pytaniem, a ja w tym zgiełku, który coraz bardziej huczy w mojej głowie, próbuję cokolwiek poskładać do kupy. Czuję się okropnie. Mam wyrzuty sumienia. Co ze mnie za matka?
Mijam kolejne regały które krzyczą do mnie nadmiarem kolorów i kształtów. Próbuję znaleźć te produkty, które wpisałam sobie na listę zakupów, ale niektórych nie ma w tych miejscach, w których były ostatnio. Gdzieś je przenieśli. A więc mój plan, aby wszystko sprawnie wpakować do wózka, zapłacić i jak najszybciej stamtąd zwiać, spala na panewce.
Czuję się już zmęczona. Bardzo zmęczona. Nie znalazłam kilku rzeczy z listy. Nieważne. Już ich nie chcę. Jedyne czego chcę, to stąd wyjść. Po prostu wyjść. Idę z synem do kasy. Przede mną kolejka spoconych albo zbyt mocno wyperfumowanych ciał. Boli.
Tuż obok krzyczy noworodek wrzucony przez matkę do głębokiego wózka . Ta się denerwuje. Daje dziecku smoczek, ale to nie pomaga. Dziecko nie przestaje płakać. Boli. Patrzę ukradkiem na dziecko i wiem, że jest mu za gorąco. Nie wiem, skąd to wiem, ale po prostu wiem. Potem zaczynam analizować – to przecież oczywiste. Dziecko ma założony ciepły sweterek, a do tego matka zarzuciła na nie kocyk. Jest za gorąco, by tak ubrać noworodka. Lecz jego matka tego nie zauważa. A ja się zastanawiam, jakim cudem ona tego nie widzi, nie czuje, nie wie? Przecież jest matką! Przecież to takie oczywiste! A ona, zamiast rozebrać malucha, daje mu pić.
Biję się z myślami, mówię sobie „odpuść, nie ingeruj! nie reaguj!” Ale nie potrafię. W takich momentach, gdy komuś dzieje się krzywda, zwłaszcza dzieciom, nie potrafię odpuścić. Podchodzę niby to przypadkiem i zagaduję do matki. Pytam, czy nie potrzebuje jakiejś pomocy. Patrzy na mnie zdziwiona. „Biedny maluszek… – mówię – chyba ma dzisiaj zły dzień. A może jest mu za gorąco? Taki ciepły dzień dzisiaj” – podsuwam nieśmiało myśl, najmniej inwazyjnie, jak tylko potrafię. „Nie, wszystko jest ok” – odburkuje zdenerwowana matka i dalej próbuje wcisnąć wrzeszczącemu dziecku smoczek. Odpuszczam. Jestem zbyt zmęczona, zbyt skołowana, zbyt obolała. Przynajmniej próbowałam.
Czuję się jak kaczka na strzelnicy. Mój syn wciąż mnie o coś pyta, ale ja obojętnieję na jego pytania. Już nawet nie próbuję odpowiadać. Po prostu go ignoruję, co wywołuje u niego irytację i jawny psychiczny dyskomfort. Jest zdziwiony – dlaczego mama tak dziwnie się zachowuje? Z trudem wypakowuję zakupy z koszyka i kładę je na taśmę. Młoda i sympatycznie wyglądająca kasjerka przesuwa każdą rzecz przez skaner. W żółwim tempie. Zastanawiam się którą godzinę już pracuje. Sprawdzam jej plakietkę i widzę, że ma na imię Marissa. Przyglądam jej się uważnie skanując każdy detal. Ma ciekawy kolor włosów (ciemny, na pewno naturalny, nie farbowany, bo jej brwi mają dokładnie ten sam odcień) i ładne, gustowne kolczyki. Zastanawiam się skąd jest, ale nie mam odwagi zapytać. Marissa ma zmęczone i smutne oczy. Próbuje się do mnie uśmiechać tymi oczami, a ja widzę od razu ile wysiłku ją to kosztuje. Jest zmęczona. Ciekawe którą godzinę już pracuje? Wymuszony uśmiech wypada sztucznie i nieprzekonująco. Ale tak ich uczą w angielskich supermarketach. Kasjerka ma być miła i grzecznie się uśmiechać. Nawet po wielu godzinach pracy. Zdobywam się na ten sam uprzejmy gest i posyłam jej mój uśmiech. Podejrzewam, że wypadł jeszcze gorzej.
Maluch w wózku obok ciągle płacze.
Niezdarnie pakuję zakupy. Szybko i byle jak. Nie mogę rozłożyć drugiej torby, uszy się plączą, mam problem z włożeniem kartonika z mlekiem do środka. Karta wyciągana z portfela w pośpiechu wypada mi z ręki na podłogę. Schylam się, podnoszę ją i w tej samej chwili wpadam na kogoś z tyłu, kto właśnie odjeżdża wózkiem. Prawe udo boli mnie nieznośnie. Będzie siniak. Szlag by to trafił… jaki jest mój pin?
Mam dość. Chce mi się płakać. Płacę i opuszczam kasę w pośpiechu. Czuję się tak, jakby mnie ktoś wychłostał. Zatrzymuję się jeszcze na chwilę tuż za kasą, żeby przepakować część zakupów do osobnej torby. Mój syn stoi z boku, zrezygnowany. O nic już nie pyta. Wówczas kątem oka zauważam, że znajoma matka przy kasie pochyla się nad wózkiem i ściąga dziecku sweterek, a kocyk odsuwa na bok. Dziecko przestaje płakać.
Do domu wracam wykończona. Syn bez słowa, markotny, idzie do swojego pokoju na górę. W drodze powrotnej próbowałam mu wytłumaczyć dlaczego zachowywałam się w sklepie tak dziwnie, ale chyba niewiele z tego zrozumiał. A miało być tak fajnie. Wspólny krótki wypad na zwykłe, normalne, popołudniowe zakupy.
Sprawdzam godzinę na zegarku. Wyszliśmy z domu godzinę temu. Biorąc pod uwagę, że droga w jedną stronę do sklepu zajmuje trochę ponad dziesięć minut, oznacza to, że w samym sklepie spędziliśmy niecałe 40 minut. Dlaczego więc mam wrażenie, że byłam tam cały dzień? Próbuję sobie wyobrazić siebie pracującą przez osiem godzin w hipermarkecie. Ale na samą myśl, że mogłabym pracować tak, jak Marissa, robi mi się nie dobrze. Ne mogłabym. Mimo najlepszych chęci nie dałabym rady. Mój mózg by eksplodował.
Zostawiam w kuchni nierozpakowane zakupy i idę do sypialni. Muszę się położyć. Chciaż na chwilę. Zamknąć oczy, zniknąć wszystkie dźwięki, zabić kolory, zneutralizować zapachy, odciąć ruch i… wyłączyć się, odciąć od świata. Czuję, jak mózg mi paruje. Równie dobrze można by mnie wsadzić do pralki i włączyć wirowanie.
Najgorsza jest myśl, że nie kupiłam jeszcze paru rzeczy i wkrótce będę musiała pójść TAM jeszcze raz.
