
Pracowałam wtedy w jednym z wrocławskich przedszkoli. Przychodziłam regularnie, raz w tygodniu, by prowadzić zajęcia z rytmiki. Teoretycznie mogłoby się wydawać, że to naprawdę fajna praca. Zapewne fajna, nie przeczę. Ale nie wszystko było fajne. Nie dla nadwrażliwego umysłu.
Pomijam hałas, jaki panuje we wszelkich placówkach opiekuńczo-dydaktycznych, który dla osoby nadwydajnej jest męczący i trudny do zniesienia. Ale było w tej pracy coś, czego nie mogłam znieść.
Najgorszy był zawsze początek roku szkolnego. Grupa maluchów (a więc trzylatków) licząca sobie trzydzieścioro dzieci, pozostająca pod opieką jednej nauczycielki, która miała wszystko w nosie, oraz pomocy, cudownej pani Basi, która sama jedna stawała na głowie, by powycierać wszystkie usmarkane nosy, zmienić brudne pieluchy, nakarmić niejadków i utulić cierpiących. Bywały dni, gdy wchodząc do nich na salę orientowałam się, że 30 procent dzieci z całej grupy płacze tęskniąc za rodzicami. Pani Basia biegała pomiędzy dziećmi z obłędem w oczach i próbowała ratować sytuację. Nauczycielka, kompletnie niewzruszona, siedziała przy swoim biurku i wnikliwie studiowała jakiś szmatławiec (pamiętam, jak pewnego dnia mi wyznała, że bardzo lubi swoją pracę, bo w zasadzie to się nie napracuje). Pamiętam ten okropny ścisk w gardle, gdy patrzyłam w te maleńkie, zapłakane oczy i rączki wczepione w panią Basię. I jej bezsilność, bezradność, że nie wszystkie krwawiące serca może ukoić i utulić.
Coś się we mnie wtedy buntowało, grzmiało odrazą wobec takiego stanu rzeczy. Bezduszna, kompletnie obojętna nauczycielka, bezradna i urobiona po pachy asystentka pani Basia, która flaki z siebie wypruwała, aby jakoś to wszystko trzymało się kupy i stado płaczących, maleńkich dzieci. Naprawdę? Trzydziestka trzylatków pod opieką zaledwie jednej osoby (bo ta druga była kompletnie niezaangażowaną i równie dobrze mogłoby jej tam w ogóle nie być). Czy naprawdę tak musi wyglądać nasza rzeczywistość?
Trudno mi było się pozbierać, emocje we mnie kipiały. Wydawało mi się, że czuję gdzieś tam w sobie, w środku smutek, żal, samotność, beznadzieję każdego płaczącego dziecka. Nadmiar empatii w takich miejscach potrafi być naprawdę zabójczy.
Małe dzieci nie rozumieją pojęcia czasu. Dla nich istnieje tylko tu i teraz. Nie wiedzą, że są pozostawione w przedszkolu tylko na jakiś czas. Płaczą tak, jakby były opuszczone już na zawsze. Jakby mama już nigdy nie miała po nie wrócić. Jest to smutek tak wielki i przejmujący, że wręcz eksplodujący na zewnątrz w całej swojej sile. Taka bomba rozpaczy. Nie mogłam tego znieść. Czułam, jak łzy same napływają mi do oczu. Walczyłam dzielnie, aby się nie rozpłakać. Nie mogłam przecież płakać razem z nimi, bo one płaczą. Byłam przecież profesjonalistką, panią od rytmiki.
Mijał czas. Po kilku miesiącach było już znacznie lepiej. Dzieci aklimatyzowały się, przyzwyczajały, przestawały rozpaczać. Zaczynały brać czynny udział w zabawach, a przedszkole powoli stawało się ich drugim domem z panią Basią w roli mamy zastępczej. I tak było ze wszystkimi dziećmi za wyjątkiem Marty.
Marta była inna. W końcu, po kilku miesiącach przestała płakać. Najwyraźniej dotarło do niej, że płacz nie ma sensu. Niczego nie daje i niczego nie zmienia. Za to wyczerpuje doszczętnie. W przeciwieństwie do innych dzieci jednak nie zaakceptowała przedszkola jako swojego drugiego domu. Nie śmiała się, nie bawiła się wesoło, tak, jak inne dzieci. Siedziała z boku, milcząca, ciągle w tym samym miejscu, na ławeczce pod oknem. Siedziała, kurczowo wtulała się w kocyk, który towarzyszył jej wszędzie i patrzyła w podłogę pustym wzrokiem. W zasadzie nie było z nią żadnego kontaktu. Nie reagowała na swoje imię, nie zwracała uwagi na to, co się działo wokół niej. Ignorowała wszelkie próby i zachęty, aby włączyć ją do zabawy. Zachowywała się tak, jakby jej tam nie było. Jej umysł się wyłączył, poddał. Po skończonych zajęciach nauczycielka brała ją za ręce, podnosiła, a Marta z trudem wstawała i niczym bezwładna kukiełka szła na dół, z innymi dziećmi, do swojej sali. Było jej wszystko jedno gdzie jest i co się z nią dzieje. Czasem, gdy na nią patrzyłam, miałam wrażenie, że w tym dziecku coś umarło.
To było ponad dwadzieścia lat temu, a ja wciąż tak dobrze pamiętam jej twarz. Ładna, delikatna buzia, kasztanowe włosy z naturalnymi, dziecięcymi lokami, te puste, martwe oczy i… kocyk.
Mimo upływu czasu, stan Marty nie ulegał poprawie. Pamiętam, jak pewnego dnia zapytałam pani Basi, co rodzice na to? Czy wiedzą, co się dzieje z ich dzieckiem? Co dyrekcja zamierza? „A no… nic – odpowiedziała mi smutno – pewnie, że wiedzą, ale nie widzą powodu, aby cokolwiek z tym robić”.
Tamtego dnia pękło mi serce.
